Jakub Karnowski, nowy szef PKP, postawił przed zarządem i przed sobą cele, którym trudno odmówić słuszności. Chodzi o sprawne zarządzanie gigantycznym długiem firmy – 4,5 mld złotych, sprzedaż kolejowych nieruchomości, prywatyzację, poprawa bezpieczeństwa i komfortu pasażerów. Do tego dochodzi sprawne wydawanie unijnych dotacji. Tylko przyklasnąć. Oczywiście można też postawić zarzut, że podobne cele stawiały sobie poprzednie kolejowe władze i jakoś się nie udało.
Reklama
Teraz jednak sytuacja jest inna. Nie warto może już szczegółowo wnikać w życiorysy wcześniejszych top menedżerów PKP, dość powiedzieć, że najczęściej była to mieszanka nominacji politycznych, mocnej opcji tzw. starych kolejarzy i ludzi dosyć przypadkowych, także bez większego doświadczenia w zarządzaniu. Słowem, z profesjonalizmem i determinacją różnie bywało. Nowego kolejowego zarządu nie da się podciągnąć pod te kategorie. Karnowski sam o sobie mówi per menedżer do wynajęcia. Jeżeli z takich czy innych względów będzie musiał z PKP kiedyś odejść, tzw. rynek – pewnie przede wszystkim instytucje finansowe – przyjmie go z otwartymi ramionami. W przeciwieństwie zresztą do dużej części dawnego top managementu PKP, który jakoś poginął w zawodowych czarnych dziurach.
Jednocześnie Karnowski, choć już ma łatkę „kolejowego Balcerowicza” z racji długoletniej współpracy z byłym szefem NBP, raczej zapowiada szybką, twardą ewolucję w spółkach PKP niż rewolucję czy terapię szokową. Nie zdradza się z żadnym radykalnym pomysłem, asem w rękawie, który ma zafundować kolejom przyspieszoną ścieżkę zdrowia. Zresztą twarda ewolucja sprawdziła się w przypadku jedynego ostatnio dużego sukcesu w grupie PKP, jaką była restrukturyzacja PKP Cargo.
Pytanie, czy uda się to w odniesieniu do reszty kolejowego molocha, który, przypomnę, łącznie liczy sobie 20 spółek i armię 90 tys. pracowników, w tym tysiące związkowców, którzy przy pewnym wysiłku są w stanie sparaliżować kraj. Odpowiedź brzmi: musi, bo powinna być to ostatnia próba twardej, ale jednak ewolucji w stosunku do kolejowej grupy. Jakkolwiek by to zabrzmiało, PKP jest w tej chwili na fali. Ma błogosławieństwo polityków, jeżeli chodzi o przeprowadzenie zmian, i dobry zarząd. Jeżeli zatem Karnowski nie osiągnie założonych przez siebie celów, wypadałoby nie tyle zmienić zarząd, ile sposób myślenia o kolei. Można przypuszczać, że zastąpienie Karnowskiego i jego ekipy już nic nie da, jeżeli PKP mają się naprawdę zmieniać, a nie dryfować od kryzysu do kryzysu.
Niepowodzenie misji nowego zarządu oznaczałoby, że trzeba powiedzieć: stop. Mamy do czynienia ze strukturą nienaprawialną i niewydolną. Molochem, który nigdy nie odzyska zdrowia przy pomocy klasycznych działań naprawczych. Konglomeratem, który w taki czy inny sposób spala olbrzymią pulę publicznych pieniędzy. Problem nie tkwi w zarządzie, bo byli w nim już najróżniejsi ludzie, lecz w konstrukcji kolejowej układanki.
I wtedy należałoby ją zburzyć. Pewnie również stosując operacje nie wiedzieć czemu jakoś zakazane w kolejowej rzeczywistości. Likwidacja, pełne otwarcie rynku pasażerskiego, pełna prywatyzacja i tak dalej. Z koleją w dotychczasowym kształcie nie warto byłoby się – nomen omen – wozić.
Na razie jednak najlepiej dać kredyt zaufania nowemu zarządowi PKP. To ekipa, która zrobi wszystko, żeby kolej się zmieniała. I którą czeka cała seria ciężkich testów. Pierwszy – Euro 2012 – już niedługo.
Prezes PKP to sprawdzony menedżer, pierwszy taki, jakiego ma kolej. Jeśli nie uzdrowi firmy, trzeba rozważyć, czy powinna ona pozostać w obecnej formie