Byłem sędzią i wiem, co wiedziałem wtedy i co wiedziałem, gdy zostałem radcą – jak bardzo moje horyzonty, wiedza o funkcjonowaniu państwa się poszerzyły. Do zmiany została jedna trudna rzecz: mentalność prokuratorów i sędziów” – powiedział poseł Jerzy Kozdroń w wywiadzie przeprowadzonym przez Bogdana Wróblewskiego dla „Gazety Wyborczej” (1 czerwca br.).

To tak jakbym cytował samego siebie – taka była bowiem pierwsza myśl, jaka mi przemknęła przez głowę, kiedy przeczytałem powyższy fragment wywiadu.

Moje doświadczenie w chwili zdjęcia sędziowskiej togi było bowiem identyczne. I nie mogło być inne. Pomińmy już sam tok studiów, kiedy to w latach 60. mieliśmy w programie cztery semestry historii prawa, a z Rzymem to i sześć, trzy semestry filozofii, cztery ekonomii (a myliłby się ktoś, kto by sądził, że wykładano nam wtedy ekonomię księżycową – wiedza z wykładów prof. Jarosława Semkowa z ekonomii politycznej kapitalizmu jeszcze dzisiaj broni się z powodzeniem sama), dwa logiki, trzy doktryn polityczno-prawnych, a ćwiczenia odbywały się w grupach kilkunastoosobowych. Dzisiejsi studenci prawa mogą, nam, starym tylko pozazdrościć tego poziomu ogólności, która stanowiła niezbędny fundament do bardziej już samodzielnego przyswajania sobie wiedzy w trakcie ostatnich dwóch, trzech lat studiów, a przede wszystkim podczas aplikacji odbywanych na zasadzie mistrz – uczeń.

Potem była asesura, czyli okres, kiedy to w większości przypadków młodzi ludzie zabiegają o swoje sprawy bytowe, zakładają rodziny, tak wtedy jak i dziś muszą myśleć o oddzielnym mieszkaniu, opiece nad dziećmi itd. I na to nakładają się w naszych warunkach jeszcze wysiłki, by niejako równolegle zdobyć odpowiednią pozycję w sądzie. Siłą rzeczy tak ustawiona droga kariery zawodowej musi zamykać adeptów tej sztuki w sędziowskim getcie.

Po kilku latach (w moim przypadku, licząc od skończenia aplikacji, po ośmiu) trudno było dostrzec, że poza murami sądów i własnych mieszkań jest jakiś inny świat – co najwyżej w telewizji i w gazetach – jeśli sędziowie czytają gazety...

Rozstanie z sądem przyniosło rozliczne, jak się później miało okazać, bardzo pozytywne, pouczające doświadczenia. Naraz przestają się kłaniać prokuratorzy, adwokaci i radcowie, a przecież jeszcze wczoraj przed trzydziestolatkiem czapkowali wszyscy bez wyjątku. Okazuje się, że poza sądami jest jeszcze jakaś administracja, jakieś urzędy, ba – fabryki, zakłady pracy, w których pracują nie tylko ubiegający się o rozwody i podwyższenie alimentów, że w społeczeństwie żyją także tacy, którzy nie kradną, nie biją, nie powodują wypadków pod wpływem alkoholu. Słowem – jakiś inny świat, który na dodatek nie chce się kręcić tak jak dotychczas wokół nas.

Ten upadek, choć z niezbyt przecież wysokiego konia, jest mimo wszystko bolesny, ale na szczęście życie toczy się dalej i stwarza wyjątkową okazję do dalszej nauki. To jest ten moment, o którym mówi poseł Kozdroń – został radcą i od tej chwili zaczęły się mu poszerzać horyzonty, ujawniając rzeczywistość prawdziwą – nie tę z akt sądowych.

Te nowe doświadczenia mogłyby być po latach bazą przydatną sędziemu, ale to w Polsce se ne vrati, pane Havranek...

Funkcjonująca od czasów zaborów urzędnicza kariera sędziowska, której nie byliśmy w stanie zmienić w międzywojniu i wygodna po 1926 r., zrozumiała jeszcze w czasach komunizmu, dziś jest już anachronizmem, ale paradoksalnie najtrudniej to wytłumaczyć samym sędziom i prokuratorom z uwagi – jak zauważa pan poseł – na ich mentalność.

Gdyby nie to, już dawno nikt w Ministerstwie Sprawiedliwości by ich nie uświadczył. Trudno sobie wyobrazić bowiem coś bardziej sprzecznego ze statusem sędziego i w ogóle z zasadą odrębności władzy sądowniczej od pozostałych władz, jak praca sędziego w ministerstwie, czyli pod kontrolą polityków.

Na szczęście są już pewne symptomy poprawy – do niedawna pracowało tam 360 sędziów, a obecnie pozostaje ich tu jeszcze tyko 120. Może nawet doczekamy takich czasów, kiedy znikną z korytarzy tego ministerstwa strażnicy więzienni, pracujący tam w charakterze portierów...