Trudno nie przyznać racji Brytyjczykowi, takie jawne łamanie umów jest wodą na młyn dla eurosceptyków.

W Parlamencie Europejskim działa dwadzieścia komisji i dwie podkomisje (ds. obrony i bezpieczeństwa oraz praw człowieka - EFDD). Zgodnie z obowiązującym parytetem (uwzględniającym wynik majowych wyborów i liczbę posłów w danej frakcji) Europie Wolności i Demokracji Bezpośredniej powinno przypaść przewodniczenie jednej komisji. Konkretnie, bo tak to wynikało ze wstępnego podziału, komisji petycji. W poniedziałek jednak odbyło się formalne głosowanie – sami członkowie komisji petycji wybierali przewodniczącego.

I – pomimo, że powinno być to formalnością właśnie – odrzucili kandydaturę Eleanory Evi z EEFD. Było to wynikiem porozumienia zawartego przez trzy mainstreamowe frakcje: chadeków, socjalistów i liberałów.

Wszystkie te trzy grupy polityczne, postrzegające same siebie jako euro entuzjastyczne (choć do niedawna chadecy byli mniej fanatyczni w miłości do UE niż liberałowie) postanowiły stworzyć wokół euro, a właściwie unio-sceptycznej frakcji Farage’a stworzyć kordon sanitarny. Wynalazek nie jest nowy, już od lat w różnych krajach tego typu blokada jest wytwarzana wokół partii uważanych za – no właśnie, populistyczne? Nie poddające się poprawności politycznej? Za każdym razem mało wspólnego ma to z demokracją, bo polityków populistów wybrali jednak jacyś wyborcy i ich głos nie powinien być jawnie lekceważony.

CZYTAJ WSZYSTKO o Nigelu Farage >>>

W starciu z "fanatycznymi federalistami" Farage zyskał jednak nieoczekiwanego sprzymierzeńca – frakcję Zielonych. Jej europosłowie – pomimo, że na ogół są na politycznych antypodach w stosunku do eurosceptyków - uznali za skandaliczne naruszenie zasad demokracji blokadę wokół frakcji Farage’a.

I trudno odmówić racji, zarówno samemu Brytyjczykowi, jak i popierającym go posłom z Zielonych. Taka zmowa i blokada to jednocześnie podważenie dotychczas istniejącej zasady (D’Hondta) , ale przede wszystkim kpina z demokracji. Owszem, retoryka Farage’a może być irytująca dla zwolenników federacji europejskiej, ale należy uszanować decyzję jego wyborców. Albo szanujemy decyzje wyborców, dzięki którym eurosceptyczne i populistyczne partie dostały się do PE albo przestańmy bawić się w pozory demokracji i powiedzmy jasno, że głos obywateli nie ma jakiegokolwiek znaczenia dla europejskiego nurtu głównego.

Zastanawiam się tylko nad jednym – czy w przypadku, gdy za na przykład pięć lat eurosceptycy staną się drugą co do wielkości frakcją w PE (a taka zmowa liberałów, chadeków i socjalistów to woda na młyn dla antyunijnej retoryki) frakcje z gatunku jedynych i słusznych też będą udawały, że nie widzą zmiany i będą się starały na różne sposoby blokować niewygodnych polityków?

Nie chodzi o zgadzanie się z poglądami głoszonymi przez Farage’a, ale o uszanowanie podstawowych zasad demokracji. Zgodnie z przypisywaną Wolterowi maksymą

Nie zgadzam się z tym co mówisz, ale oddam życie, abyś miał prawo to powiedzieć.

I taka wykluczająca postawa dziwi zwłaszcza w przypadku liberałów. W ogóle dziwi mnie taka schizofreniczna postawa, która pozwala na obrażanie sfery sacrum w przestrzeni publicznej, a jednocześnie nie pozwala na sceptycyzm wobec Unii Europejskiej. Jeżeli nie mamy żadnych świętości, to i retoryka unijna nie powinna być świętością. To zagranie było także ryzykowne dla samego Europarlamentu – jeśli zasada D’Hondta raz została podważona lub ominięta może to być precedensem, który z kolei może wprowadzić zamieszanie i chaos w prace PE.