Federica Mogherini zastąpi Catherine Ashton na stanowisku szefowej unijnej dyplomacji dopiero 1 listopada, a już zdążyła się wystawić na krytykę polityków i dziennikarzy. Za co? Przede wszystkim za naiwne - delikatnie ujmując - podejście do Rosji.

Oczywiście największą wpadką pani Mogherini jest ta sprzed kilku dni, gdy na spotkaniu z europosłami określiła zestrzelenie malezyjskiego samolotu nad Ukrainą mianem „nieszczęśliwego wypadku”. W Parlamencie Europejskim, zwłaszcza wśród polskich i bałtyckich europosłów zawrzało. Bo też wypowiedź ta była co najmniej kuriozalna. I nikogo nie przekonują tłumaczenia włoskiej minister spraw zagranicznych, że była to pomyłka językowa. Może, gdyby ktoś inny to powiedział, słowa te miałyby inny wydźwięk.

Ale pani Mogherini już wcześniej dała się poznać, jako niespecjalnie zorientowana w meandrach polityki wschodniej. Gdy w lipcu pojechała do Rosji i na Ukrainę - jako szefowa MSZ kraju sprawującego aktualnie rotacyjną prezydencję w Unii Europejskiej - także nie obyło się bez lapsusów. Takich jak stwierdzenie, że Ukraina jest problemem.

Z kolei prezydenta Władymira Putina, z którym spotkała się nie po raz pierwszy, serdecznie zaprosiła do wzięcia udziału w forum Azja-Europa w Mediolanie. Gdy niedługo później został zestrzelony malezyjski samolot, zabrakło reakcji włoskiej prezydencji. A przecież w takiej sytuacji prezydencja, a konkretnie jej MSZ, powinna natychmiast zareagować. Z opóźnieniem pani Mogherini przyjęła z ubolewaniem tę tragedię. W kontekście tamtej reakcji, niedawna wypowiedź o zbrodni nabiera dodatkowego kontekstu. Nie jest to, w oczywisty sposób, tylko błąd językowy.

Mogherini od początku – czyli od momentu, gdy kilka miesięcy temu jej nazwisko po raz pierwszy pojawiło się wśród potencjalnych następców Catherine Ashton – była na cenzurowanym. Nie bez powodu. Jednym nie podobał się jej brak doświadczenia na forum międzynarodowym. Bo faktycznie, ktoś kto zaledwie od kilku miesięcy, po raz pierwszy w życiu jest ministrem spraw zagranicznych swojego kraju nie jest wymarzonym kandydatem na pokierowanie dyplomacją całej Unii Europejskiej!

Czytaj więcej: Nie ma doświadczenia, ale stanowisko dostanie? Absurd europarytetów>>>

Toż to nawet pani Ashton miała większe doświadczenie, a mimo to była bardzo krytykowana za to, że na forum międzynarodowym jest „no name”. Innym natomiast nie podobały się lewicowe, by nie powiedzieć komunistyczne afiliacje Włoszki. Swoje pierwsze polityczne kroki pani Mogherini stawiała we włoskiej młodzieżówce lewicowej, związanej ze środowiskiem komunistycznym. Swoją drogą, Włosi, którzy nie przeżyli komunizmu, nie wyzbyli się jeszcze idealistycznej wizji tego systemu.

Krótko mówiąc, swoją nominację pani Mogherini zawdzięcza bardziej szczęśliwemu zbiegowi okoliczności (dyktatowi parytetów: na tym stanowisku musiała być obsadzona kobieta i przedstawicielka frakcji socjalistycznej) niż wyjątkowym predyspozycjom. Mam zresztą wrażenie deja vu - pięć lat temu, gdy obsadzano Catherine Ashton na stanowisku pierwszej w historii szefowej unijnej dyplomacji o jej zwycięstwie także zdecydowała kombinacja kobieco-socjalistycznych kryteriów. Ale to nie wszystko.

Także Ashton postrzegana była jako niemal piąta kolumna komunizmu, o mocno lewicowej przeszłości i nie do końca jasnych powiązaniach z Rosją. Niestety, pięć lat kadencji pani Ashton udowodniły, że zainteresowanie i zrozumienie polityki wschodniej nie są jej mocną stroną. Czy podobnie będzie w przypadku pani Mogherini? W Brukseli nie brak głosów, że za Ashton jeszcze zatęsknimy. Pewne już jest, że dla Rosji Federica Mogherini nie będzie trudnym partnerem do rozmów. Nie chodzi o to, by ślepo dążyć do konfrontacji z Rosją. Potrzebny jest realizm i doświadczenie w kontaktach z partnerem, który ma twarz szczwanego politycznego lisa ministra Ławrowa.

ZOBACZ TAKŻE: Wpadka szefowej unijnej dyplomacji. "Nie przekonała, że nie jest tubą Moskwy">>>