DOMINIKA ĆOSIĆ: Niedawno łotewska premier stwierdziła, że na Łotwie Rosja prowadzi już wojnę hybrydową.

ROBERTS ZILE: Nie jestem pewien czy jej słowa nie zostały nadinterpretowane. Na pewno Rosja próbuje destabilizować sytuację na Łotwie. I robi to głównie za pomocą propagandy i szerzenia nieprawdziwych informacji.

A co z mniejszością rosyjskojęzyczną?

Były już próby wykorzystania mniejszości. Mieliśmy referendum w sprawie zmian w konstytucji zmierzających do uznania rosyjskiego językiem urzędowym na Łotwie. Zwolennicy tej opcji przegrali, choć oczywiście we wschodniej części kraju graniczącej z Rosją i Białorusią wyniki były dla nich korzystniejsze. Kwestia języka w przypadku tak małych krajów jak Łotwa jest szczególnie ważna. Nasz język jest używany tylko na Łotwie, stąd czujemy szczególną odpowiedzialność za to, by po prostu nie zniknął.

W jaki sposób Rosja może destabilizować sytuację w Pana kraju? Wariant z zielonymi ludzikami według Pana mógłby wchodzić w grę?

Oczywiście trudno mi przewidzieć, co zrobi i pomyśli Władimir Putin, ale nie sądzę, by powtórzył dokładnie wariant ukraiński z Krymem. To nie będzie takie „kopiuj i wklej”, choćby ze względu na różnice między naszymi granicami. Granica Rosji z Łotwą czy Estonią jest o wiele bardziej restrykcyjnie chroniona i szczelna niż granica z Ukrainą. Na Krymie były bazy rosyjskie, u nas od lat ich nie ma. Zatem wariant z zielonymi ludzikami byłoby o wiele trudniej wcielić w życie. No i przede wszystkim Łotwa jest członkiem Unii Europejskiej i NATO, a to czyni ogromną różnicę. To zresztą ciekawe, bo niektórzy eksperci twierdzą, że Putin chce się zmierzyć z NATO i rzucić wyzwanie paktowi. Stąd właśnie kraje nadbałtyckie są bardziej narażone na rosyjskie działania. W tej sytuacji powinny zostać wzmocnione stacjonujące u nas siły NATO.

Wierzy Pan, że NATO jest w stanie obronić Łotwę? Osławiony 5. paragraf mówiący o konieczności udzielenia pomocy zaatakowanemu krajowi członkowskiemu istnieje od lat, ale nie jest takie pewne, czy w razie konieczności zostałby wykorzystany.

To oczywiście jest przedmiotem naszej troski. Ale oficjalne wypowiedzi poprzedniego sekretarza generalnego, a także i obecnego, nie pozostawiają wątpliwości. NATO jest sojuszem i będzie bronić swoich członków. Obaj mówili wprost o 5. paragrafie, który nakłada obowiązek bronienia zaatakowanego kraju członkowskiego. Szczyt w Cardiff także przyniósł podobne zapewnienia.

Litwa ostatnio zdecydowała się na powrót do poboru do armii. Łotwa nie ma takich planów?

Z obowiązkowej służby wojskowej zrezygnowaliśmy już ładnych kilka lat temu. Powrót do niej po latach przerwy nie byłby łatwy. Utrzymanie żołnierzy i oficerów armii zawodowej oraz poborowych stwarzałoby problemy logistyczne i finansowe. Mimo to niektórzy politycy rozważali taką opcję. Nie wydaje mi się jednak ona prawdopodobna właśnie ze względów finansowych. Przez ostatnie lata wskutek recesji wydatki na armię były ustawicznie zmniejszane. W efekcie nasza armia zawodowa jest niedofinansowana. I teraz nadrabiamy zaległości, inwestując w infrastrukturę militarną. Mając do wyboru: powrót do poboru i dofinansowanie zawodowej armii, wybieramy drugą opcję. Niestety, na obie opcje jednocześnie nie możemy sobie pozwolić.

Czy uważa Pan, że brukselski duet Tusk-Mogherini jest wystarczająco aktywny na polu polityki wschodniej? Bo ja nie odnoszę takiego wrażenia.

Nie byłbym tak surowy dla Tuska, dla Mogherini też nie. Ostatnie wypowiedzi Tuska na temat Ukrainy brzmiały dobrze. Choć z drugiej strony widać, kto teraz zajmuje się unijną polityką zagraniczną. Robią to największe kraje członkowskie: Niemcy, Francja i na szczęście czasem Wielkiej Brytanii udaje się coś przeforsować. Berlin z Paryżem zepchnęły Brukselę na drugi plan. Taka jest rzeczywistość.

Co Unia Europejskie powinna teraz zrobić, jak reagować na eskalację wojny na Ukrainie?

Ważniejsze jest to, co zrobi NATO. Najważniejsze będzie wzmocnienie realnych zdolności bojowych Sojuszu i rozmieszczenie oddziałów szybkiego reagowania w krajach leżących na flankach: wschodniej i południowej NATO. Od Unii nie ma co za dużo oczekiwać w tej kwestii, bo coś takiego jak wspólna polityka obrony przecież tak naprawdę nie istnieje. Unia nas nie obroni w razie konieczności. A politycznie? Najważniejsze i najtrudniejsze zarazem wyzwanie to zachowanie jedności. Rosja bardzo zręcznie wykorzystuje instrumenty ekonomiczne, na przykład zależność energetyczną do korumpowania polityków w krajach członkowskich i dzielenia Unii. Niestety, Unia nie jest jednomyślna, są w niej kraje bliżej współpracujące z Rosją – Węgry, Słowacja, Cypr, Grecja i one rozmiękczają wspólne stanowisko. Grecki minister obrony w Moskwie proponujący partnerstwo strategiczne to bardzo zły znak. A są też inne kraje, na które Rosja oddziałuje za pomocą rynków finansowych: Luksemburg i Austria są najlepszymi przykładami, Włochy w mniejszym stopniu. Tam bankierzy, korporacje, partnerzy gospodarczy Rosji oraz rosyjskich potentatów wywierają presję na tamtejsze rządy. W efekcie kraje te stają się bardziej miękkie w kwestii sankcji nakładanych na Rosję. Wyzwaniem dla Unii Europejskiej jest wzmocnienie pozycji politycznej i ekonomicznej jedności. Stąd uważam, że trzeba wspierać Donalda Tuska jako szefa Rady. Niedawno zaproponowana unia energetyczna to także krok w dobrym kierunku.