Czy w ogóle można poznać prawdę dotyczącą najmniejszej choćby kwestii? To jest pytanie, na które prostej odpowiedzi udzielił tylko Lenin. Tylko Lenin i jego następcy głosili koncepcję prawdy jako odbicia rzeczywistości. Czyli prawdą jest to, co uważamy za prawdę odruchowo. Na ogół filozofowie, którzy uważają, że nie można obyć się bez idei prawdy (a są też inni), sądzą, że – jak pisał Leszek Kołakowski – istnieje horyzont prawdy, do którego dążymy, ale nigdy nie docieramy.

Postanowiłem nie podejmować sprawy smoleńskiej, ale wyprowadził mnie z równowagi Jarosław Kaczyński głoszoną ostatnio leninowską teorią prawdy w tej kwestii. Można rozmaicie interpretować przyczyny i okoliczności tragedii smoleńskiej, ale żadna z tych interpretacji nie stanowi prawdy, żadna nie jest prawdziwa. Nie wolno zatem mówić, że się zna w tej kwestii prawdę. Olbrzymia większość rozsądnych ludzi skłania się do wielce prawdopodobnego przypuszczenia dotyczącego tego, jak było. Czyli pogoda, lotnisko, błąd pilotów, presja okoliczności.

Jednak taka opinia nie jest prawdziwa, a tylko wysoce prawdopodobna. Prawdy na temat przyczyn i okoliczności katastrofy smoleńskiej nie poznamy nigdy. Wynika to, po pierwsze, z samej natury tej katastrofy – nikt nam nie opowie, jak to było. Po drugie, z samej idei prawdy. Mam wrażenie, że wiele osób, także poważnych ekspertów, dało się zapędzić przez media, przez partie polityczne, przez opinię publiczną na ścieżkę zmierzającą do prawdy, chociaż w istocie wiedzą oni doskonale, że o prawdzie nie może tu być mowy.

Nie trzeba zapuszczać się na filozoficzne terytoria, by uznać, że prawdy o żadnym zdarzeniu historycznym do końca nie znamy. Taki już nasz los. Kiedy odruchowo mówimy – jak Joanna Szczepkowska – że w 1989 r. komunizm upadł, to mamy na myśli pewne przybliżenie do prawdy. Może już wcześniej komunizm upadł i tylko jego resztki trwały, a może nie upadł i się, nie daj Boże, odrodzi?

W przypadku smoleńskim wchodzą w grę dodatkowe okoliczności sprawiające, że wiele spraw pozostanie tajemnicą. A do tajemnicy trzeba mieć szacunek taki sam jak do prawdy. Tajemniczych zdarzeń jest wokół nas znacznie więcej, niż zazwyczaj sądzimy. Zdaje nam się, że wiemy, dlaczego kwitną kwiaty, dlaczego złoty jest obecnie silny czy dlaczego Putin czyni to, co czyni. Ale nie wiemy do końca i żadne ani naukowe, ani potoczne, zdroworozsądkowe wyjaśnienia nic nie dadzą. Uczeni już bardzo spokornieli i wiedzą świetnie, wbrew oświeceniowym tendencjom, że mogą tylko przybliżyć się do prawdy. My, ludzie zwyczajni, chcielibyśmy odruchowo znać prawdę. To zrozumiałe, ale im lepiej zrozumiemy, że tajemnica spowija wiele spraw tego świata, tym nam będzie łatwiej odróżnić sprawy nie do poznania, od spraw, które zrozumieć możemy.

Więc trzeba stanowczo zaprotestować. W sprawie tragedii smoleńskiej nie ma prawdy. Nie jest też dopuszczalne stanowisko ambiwalentne, na zasadzie z jednej strony, z drugiej strony. Mamy dostatecznie dużo wiedzy i dysponujemy dostatecznym rozsądkiem, by głosić poglądy twarde. Problem w tym, że nie będą one prawdziwe, a tym bardziej „jedynie prawdziwe”.

Nie wolno nadużywać wielkiego pojęcia prawdy. Jest ono zarezerwowane dla kwestii religijnych oraz dla tych, którzy uporczywie do prawdy dążą. Wobec tego nie może być tak, że co kilka miesięcy w sprawie smoleńskiej słyszymy nową ideę prawdy, jaką wygłasza Antoni Macierewicz czy ostatnio Jarosław Kaczyński. Nie wolno nadużywać naszej cierpliwości lub – często – łatwowierności.

Roztropnie by zatem także było, gdyby publicyści i inni komentatorzy nie posługiwali się ideą prawdy, ale zarazem by nie wahali się głosić, że to, co wiemy – wiemy z dużym prawdopodobieństwem. Trzeba bronić dążenia do prawdy czy silnego poczucia prawdopodobieństwa przed inwazją prawdy prymitywnej, czyli leninowskiej.