Wynik greckiego referendum nie jest jedynym powodem, dla którego zapisze się ono w historii jako jedno z najważniejszych wydarzeń w historii UE. Po raz pierwszy odpowiadano na pytanie, które właściwie było nieaktualne. Głosowano nad programem pomocowym, który wraz z decyzją Aleksisa Tsiprasa o plebiscycie został wyrzucony do kosza. Jakby tego było mało, kilka dni temu Międzynarodowy Fundusz Walutowy opublikował dokument, z którego wynika, że właściwie nie jest ważne, co odpowiedzą Grecy. Bo scenariusz dla Aten został już napisany. Niezależnie od tego, czy będą rządzili populiści czy technokraci, długi państwa są niespłacalne. MFW podważył stanowisko Niemiec, które przekonywały, że jest inaczej.

Ta montyphytonowska narracja wpisuje się w ciąg wydarzeń, które przez ostatnie lata były kwintesencją kryzysu. Najpierw Ateny podkręcały statystyki dotyczące zadłużenia. Później Eurogrupa złamała świętą zasadę „no bailout” i pozwoliła EBC wyjść poza statutową rolę, jaką jest pilnowanie inflacji. W efekcie pozbawiono unię walutową wartości, która stanowi jej podstawę. Tą wartością jest wiarygodność.

Jeśli można było kłamać, pompować pieniądze w gospodarkę, która nie ma perspektyw, uruchomić drukowanie euro, a w końcu zorganizować plebiscyt nad zagadnieniem hipotetycznym, to dlaczego nie można założyć, że euro może upaść?