Czy w przyszłości zwolennicy większego otwarcia na przybyszów zgodziliby się na płacenie dodatkowych danin – oprócz obowiązujących podatków, na rzecz ich godnego życia? To sumy niebagatelne. Jak piszemy, Niemcy w tym roku mogą zamknąć te wydatki w sumie 10 mld euro. Czy osoby formułujące humanitarne i słuszne poglądy wiedzą, jakie są realne możliwości państwa polskiego, jeśli chodzi o prawdziwe, a nie iluzoryczne włączenie imigrantów do społeczeństwa? Czy mają wiedzę o tym, ilu z imigrantów ucieka do Europy za pracą z Bangladeszu czy obozów dla uchodźców w Turcji, a ilu w obawie o życie spod syryjskiego Alleppo i Kobani?

Imigranci, którzy szturmują Europę, nie przypadkiem omijają w swojej wędrówce Polskę. Wielu z nich jest doskonale wykształconych i wie, że nasz kraj nie jest państwem dobrobytu. Mapa przebiegu ich trasy jest chyba najbardziej dobitną odpowiedzią na drugie z pytań.

Po wysłuchaniu apelu w TOK FM nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że jego autor wie mniej o swoim kraju niż ludzie, w obronie których stanął. Oni doskonale orientują się, że w perspektywie następnych kilku dekad nie będą mogli u nas liczyć na to, na co mogą liczyć w Niemczech czy Skandynawii.

Między innymi ta wiedza przyczyniła się do śmierci trzyletniego chłopca, którego ciało odnaleziono na plaży w tureckim Bodrum. Spróbujmy bez emocji przeanalizować genezę tragedii, którą za pośrednictwem wstrząsających zdjęć poznał cały świat.

Jak wynika z informacji „Wall Street Journal” Ajlan Kurdi pochodził z syryjskiego Kobani. Od trzech lat wraz z 5-letnim bratem Galipem, matką Rehan i ojcem Abdullahem mieszkał w Turcji. Tata pracował na budowie, na której zarabiał 17 dol. dziennie. Marzył o tym, by wyleczyć zęby w profesjonalnym gabinecie stomatologicznym. Całej rodzinie regularnymi zasiłkami pomagała siostra Abdullaha – Tima, która żyje w Kanadzie. Mały Ajlan podczas swojego pobytu w obozie dla uchodźców wraz z rodzicami odwiedzał Istambuł. Ma zdjęcia zrobione niedaleko Nowego Meczetu.

Ostatecznie trzylatek został zabrany na statek, który przemycał uchodźców na Kos. Tragiczny rejs przeżył tylko Abdullah.

Rodzina Kurdich nie szukała ucieczki przed wojną. W tureckim obozie byli relatywnie bezpieczni. Nie uciekali z Syrii do Niemiec, tylko z Turcji do Niemiec.

Zdjęcie martwego Ajlana na plaży w Bodrum, do którego pół Polski jeździ na all inclusive – szokuje. Emocjonalna fotografia nie może jednak być narzędziem szantażu. A właśnie do takiej rangi urasta. Moralny szantaż w ostatnich dniach stosują politycy z Francji i Niemiec, którzy pragnąc zminimalizować skutki obecnego kryzysu – za zasłoną niemal religijnych argumentów uprawiają jak najbardziej realną politykę. Popełniają przy tym masę błędów, które prowadzą do tragedii takiej jak ta z udziałem Ajlana. Gdyby nie zapewnienia kanclerz Angeli Merkel o tym, że jej kraj poradzi sobie z falą uchodźców i deklaracji federalnego urzędu ds. uchodźców, który zapewnia, że nie odeśle żadnego Syryjczyka, może nie byłoby fali uciekinierów, którzy – co jest jak najbardziej racjonalne – zamiast ciężkiej harówy za 17 dolarów dziennie wolą opiekę państwa niemieckiego i perspektywę godnej pracy.

Warto debatować nad przyczyną obecnych tragedii. Nie warto ferować ocen wobec tych, którzy uczciwie dają do zrozumienia, że z imigrantami sobie nie poradzą.

Łatwo rzucić liczbą. Nie dwa tysiące. Tylko pięć, dwadzieścia, pięćdziesiąt, milion. Tylko co dalej? Czy osoby namawiające do tego wezmą odpowiedzialność za skutki porażki zintegrowania tych tysięcy z resztą społeczeństwa. Czy wezmą odpowiedzialność za los kolejnych Ajlanów, których rodzice zapłacą gangom przerzucającym ludzi z tureckich obozów dla uchodźców na Kos?

Czy może mamy przyjąć pod presją ambitne zobowiązania, a później – jak to w Polsce – „się zobaczy”. Co jest bardziej dwuznaczne moralnie: przyznanie, że nie mamy możliwości, by pomóc? Czy obietnica pomocy, której nie można udzielić?

Spójrzmy na nasze możliwości przez pryzmat uchodźców z Czeczenii przebywających w Polsce od lat. Oni do dziś funkcjonują w świecie równoległym. Mimo tego, że są bliżsi nam kulturowo niż Erytrejczycy czy Kurdowie.

Nie warto powtarzać truizmów o naszych moralnych zobowiązaniach wobec ludzkości. Nikt o zdrowych zmysłach nie czeka, by oglądać w serwisach zdjęcia martwego Ajlana. Zachowajmy jednak również zdrowe zmysły przy ocenie naszych możliwości w pomaganiu potrzebującym. Nie róbmy złudnej nadziei kurdyjskim ojcom, którzy wydają ostatnie pieniądze zarobione na tureckich budowach, by dostać się do Unii Europejskiej. Z takich obietnic więcej będzie dramatu niż z wstrzemięźliwości w rzucaniu liczbami uchodźców, których powinniśmy przyjąć. Ile razy jeszcze powtórzymy komunały o konieczności pomagania bliźniemu?