Jeśli przyjąć, że dla PiS najważniejszym zadaniem jest wzmacnianie bezpieczeństwa, minister wypadł blado. Jeszcze zanim wprowadził się na al. Szucha, twardo przekonywał, że bezpieczeństwo może być wzmocnione jedynie stałą obecnością sił NATO. Stałe, a nie rotacyjne bazy były oczywistym celem „dobrej zmiany” i lipcowego szczytu sojuszu w Warszawie. Wystarczyło niecałe pół roku, by zweryfikować ten plan. W piątek minister ani razu nie użył w kontekście warszawskiego szczytu pojęcia „stałe bazy NATO”. Termin „baza” pojawił się jedynie w odniesieniu do dokończenia amerykańskiego projektu tarczy antyrakietowej. Jednak akurat ta umowa została wynegocjowana przez rząd Platformy.

Przed wyborami PiS licytował wysoko także w obszarze polityki wschodniej. Ważnym postulatem, choć już wówczas dyskusyjnym, było włączenie Polski do formatu normandzkiego, który negocjuje pokój dla Ukrainy. Później pojawiła się kwestia konferencji międzynarodowej dla trwałego uregulowania konfliktu. Jednak tak jak w przypadku baz, każdy kolejny dzień na rządowym stanowisku urealniał te oczekiwania. Najpierw nasze ambicje mocno ograniczył prezydent Andrzej Duda podczas wizyty w Kijowie. W exposé ministra Waszczykowskiego temat w ogóle zniknął. Sama Ukraina została potraktowana zapewnieniami, że zależy nam na jej suwerenności i integralności terytorialnej. Tym samym, co oferowali poprzednicy ministra.

Do przewidzenia było stanowisko wobec Rosji. Z jednej strony padły uzasadnione oskarżenia, z drugiej – oferta pewnego odprężenia. Ten pragmatyzm ma dla PiS ogromne znaczenie. Pozwala uciec od zarzutu rusofobii, osłabiającego nasze argumenty w dyskusji o Rosji. W kontekście Wschodu zaskakujące były nawiązania do Partnerstwa Wschodniego, którego jednym z założycieli był arcywróg Waszczykowskiego Radosław Sikorski. Szef MSZ mówił o czymś na kształt PW plus, choć bez większych konkretów na temat tego, jak usunąć wrażenie erozji idei stowarzyszania tych państw z UE, choćby w kontekście pełzającej rewolucji w Mołdawii.

Największa zmiana dotyczyła sojuszy w Europie. Oficjalnie zakwestionowany został forsowany przez PO paradygmat „najpierw Berlin”. Jednak, jak w niemal każdym obszarze, Waszczykowski wykonał dwa kroki do przodu i jeden w tył. Otwarcie zakwestionował – skądinąd nieudolne i skompromitowane – niemieckie przywództwo w Europie. Ale poza ogólnikami nie zaproponował spójnej wizji tego, jak w nowych warunkach, już bez strategicznego partnerstwa z RFN, miałaby wyglądać polityka Polski. Wiemy jedynie, że od piątku obowiązuje zasada „po pierwsze Wielka Brytania”.

Remanent w relacjach z RFN jest konieczny. Trzeba na nowo ustalić, co jest wspólnotowe, a co biznesowe. Angela Merkel nie może arbitralnie i instrumentalnie decydować, że wspólnotowy charakter ma problem migracji, a Nord Stream 2 to tylko biznes, jakaś tam merkantylna drobnica. Dobrze, że minister urealnił stan stosunków z naszym zachodnim sąsiadem. Wątpliwe jednak, by Wielka Brytania – także w kontekście planowanego referendum i realnej groźby wystąpienia z Unii – mogła skutecznie zastąpić RFN jako partnera do załatwiania strategicznych spraw w UE. Czy w przypadku Brexitu MSZ zamierza realizować politykę unijną w oparciu na państwie, które będzie poza Unią? Co więcej, to brytyjsko-holenderski Shell jest jednym z udziałowców w spółce, która chce budować Nord Stream 2.

Witold Waszczykowski w Sejmie przedstawił doktrynę rządu w sprawach międzynarodowych. Wyszedł z roli publicysty, który odważnie wypowiada się o wegetarianach. Już wie, że za każde słowo zostanie rozliczony. Pierwszy test ze skuteczności już w lipcu. Szczyt NATO pokaże, ile publicystyki pozostało w jego koncepcji. Dowiemy się, czy jest jedynie dobrym polemistą, czy też skutecznym dyplomatą.