Chwilowa przerwa w sporze o wymiar sprawiedliwości stwarza możliwość rozpoczęcia debaty dotyczącej nauczania tej dyscypliny. Od lat uniwersyteckie wydziały prawa zamykają peleton w światowych rankingach. Być może niezmienność tej sytuacji sprawia, że mało kto poważnie się nad nią zastanawia. A wydaje się, że powody, co najmniej w pewnym zakresie, nie są skomplikowane.

W sferze stricte naukowej króluje system punktowy z dysfunkcjonalnym modelem finansowania badań. Przeniesiony do nauk humanistycznych z obszaru nauk ścisłych. Przypomnijmy tylko grant opiewający na kilkaset tysięcy złotych przeznaczony na finansowanie badań nad sposobami zawołań na konia w językach starosłowiańskich, który pewnie był przyznany z uwagi na teoretyczną i praktyczną doniosłość analizowanej materii. Czy perturbacje germanistki, przygotowującej rozprawę habilitacyjną dotyczącą skomplikowanych zagadnień z zakresu tłumaczeń z  niemieckiego, która usłyszała, że wprawdzie wybrany temat nie zasługuje na finansowanie, lecz szanse na uzyskanie grantu wzrosłyby, gdyby napisała rozprawę o Janie Pawle II. Tłumaczenia, że nie tym zajmuje się naukowo, nie znalazły zrozumienia. Obrazu nie mogą zmienić nieliczne przypadki sensownych grantów, których rezultatem są wartościowe prace. Model finansowania badań naukowych jest demoralizujący. Powoduje, że zamiast podejmować ważne i trudne problemy, młodzi naukowcy szukają tematów, które ułatwiają pozyskanie środków pozwalających na godziwe utrzymanie. To system, który prowadzi do trwonienia publicznych środków. Rozumiemy, że nie każdy ma w sobie dostatecznie dużo samozaparcia oraz pieniędzy, by poświęcić czas na prace badawcze dotyczące zagadnień istotnych, które rzadko są finansowane w ramach systemu publicznego.

Nadreprezentacja przedmiotów historycznych

Program dydaktyczny studiów w najistotniejszych obszarach nie zmienił się od dziesięcioleci. Nadal dominuje nauczanie oparte na wiedzy pochodzącej z napisanych przed laty podręczników, w najlepszym przypadku raz po raz aktualizowanych. Z nadreprezentacją przedmiotów historycznych podanych w  sposób pamięciowy, rzadko problemowy. W zasadniczej większości nauczanie oparte jest na wadliwym założeniu, że przygotowanie do egzaminu wymaga wyłącznie opanowania materii opisanej w podręczniku i odtworzenia jej w toku egzaminu. Skoro tak, to uczelnie mogą likwidować kosztowne konwersatoria, seminaria, debaty, eliminując naukę problemową, opartą na metodzie kazusowej. Obowiązujący model nauczania marginalizuje kształcenie umiejętności pisania prawniczego. Zadawanie prac domowych jest tak sporadyczne, że często praca magisterska jest pierwszym prawniczym tekstem pisanym w toku studiów. Aż dziwi, że nikomu to nie przeszkadza, skoro powszechnie wiadomo, że pierwszy okres zawodowych doświadczeń po ukończeniu studiów to nauka kwestii elementarnych, pominiętych podczas kształcenia uniwersyteckiego.

Mało kazusów, dużo pogadanek

Całkowicie marnujemy potencjał, jakim dysponują rozpoczynający studia prawnicze, oparty na systematycznej, codziennej nauce. Nawet nie próbujemy zlecać z zajęć na zajęcia prac pisemnych, powiązanych z merytoryczną analizą ich zawartości przez prowadzącego. Zamiast tego fundujemy fałszywe poczucie dorosłości oparte na modelu nieobowiązkowych wykładów, zbyt małej liczby ćwiczeń, seminariów i nauce od sesji do sesji. Idealne, zamiast obligatoryjnej obecności na zajęciach, byłoby stworzenie systemu, w  którym absencja wywołuje poczucie straty z uwagi na merytoryczną wartość tych spotkań. Dziewiętnastowieczne spojrzenie profesora znad dodającej powagi i ważności katedry trzeba zastąpić tutorskim podejściem. Nauka prawa powinna opierać się raczej na problemowej debacie i pisemnym rozwiązywaniu kazusów niż na wygłaszanych ex cathedra pogadankach. Na kontakcie z przedstawicielami zawodów prawniczych – którego nie zapewni fikcyjny system praktyk w sądach i prokuraturach, lecz stała współpraca z praktykami w ramach instytucjonalnego związku uczelni z samorządami zawodowymi. Niezmieniony istotnie od ćwierćwiecza system kształcenia sprawia, iż studia uniwersyteckie to dla mniej zaradnych, niepotrafiących samodzielnie zorganizować sobie styczności z  praktyką, pięć lat wakacji przerywanych pamięciowymi sesjami.

>>>Więcej na gazetaprawna.pl<<<