Nie byłoby to aż tak drastycznie widoczne, gdyby nie fakt, że dla kierownictw PO czy Nowoczesnej wojna o aborcję to jeden z ostatnich frontów, na którym mogą na coś liczyć. Czarny protest był chyba jedyną, naprawdę udaną opozycyjną akcją poza parlamentem. Parlament z kolei przynosi opozycji poczucie coraz mocniejszej frustracji. Można do woli debatować, czy to bardziej skutek strukturalnej przewagi PiS, taktycznych i strategicznych błędów opozycyjnych mandarynów, czy ich mało wyrazistych osobowości. Zapewne wszystkiego po trochu.

Powołanie „normalniejszego” pisowskiego rządu z popularnym już nowym premierem i wygaszenie waśni w samym obozie rządzącym (zawieszenie broni z prezydentem) rodzi nadzieję na zwiększenie, a nie zmniejszenie przewagi. Pomimo kasandrycznych przestróg prawicowych radykałów, że sieroty po Macierewiczu dadzą o sobie znać przy urnach. Chyba jednak nie.

I w tej sytuacji senator Marek Borowski zauważa, że jeśli rząd spóźni się z budżetem, dogadany z tymże rządem prezydent mógłby rozwiązać parlament. Po to, aby dać PiS czy Zjednoczonej Prawicy jeszcze lepszy wynik. Odpowiedzią są natychmiast nerwowe komentarze. Czy opozycja jest gotowa? Przeciwnie, coraz bardziej skłócona, niezdolna do połączenia sił, a przy okazji w wielu miejscach (Warszawa z Hanną Gronkiewicz-Waltz) totalnie skompromitowana, także i moralnie.

Pytanie, na ile ten scenariusz jest realny w samym obozie rządzącym. Prezydent dostał, co chciał – głowę Macierewicza. A jeśli w nowym Sejmie klub PiS przekroczyłby większość trzech piątych, znikałaby jego główny formalny atut – skuteczne weto. Na dokładkę nowy parlament ze świeżym mandatem mógłby się okazać mało podatny na jego napomnienia – w dowolnej sprawie. Czy więc ma on powód dawać swojej dawnej partii taki prezent? Pomyśli dwa razy, pokazał ostatnio, że umie być asertywny.

Obawiać się może także wielu liderów partii wchodzących w skład rządzącej koalicji. Ci, którzy najwięcej skorzystali na ostatnich przetasowaniach. Bo nawet jeśli obóz jako całość dostanie więcej, ich pozycja nie jest objęta gwarancją. Wszystko będzie się układać od nowa. Jeśli więc ktoś ich zapyta o zdanie, niekoniecznie muszą być za.
A czy Jarosław Kaczyński będzie namawiać do takiej decyzji prezydenta, z którym się właśnie ugodził? Można by w najbardziej spiskowej wersji mieć wrażenie, że po to tak długo zwlekał z rekonstrukcją, aby na koniec zyskać taką okazję.

Tylko że Kaczyński ma dwukrotne doświadczenie z wcześniejszymi wyborami. Wiosną 2006 roku nie dopuścił do nich, obawiając się wzmocnienia popularnego premiera Kazimierza Marcinkiewicza. To prawda, jego doświadczenia z Morawieckim są inne, lepsze. Ale czy zechce go puszczać przodem?

Z kolei w połowie roku 2007 dopuścił do wyborczego testu i przegrał. Prawda, PiS nie miał wtedy tak trwałej przewagi, a do tego borykał się z koalicyjnymi kłopotami. Niemniej niektóre sondaże dawały mu zwycięstwo. Kaczyńskiemu pozostał po tamtej przegranej szarży uraz. Czy chciałby znów ryzykować tak mocno? Przecież nigdy nie dowierzał sondażom.

Z drugiej zaś strony, możliwe, że niepokoi go porozumienie premiera Morawieckiego z prezydentem Dudą. Teraz na pewno miałby jeszcze pełną władzę nad listami, a po ewentualnych wygranych wyborach układałby kolejny rząd.Co będzie za dwa lata? Nie tylko zwycięstwo w normalnym terminie nie jest automatyczne (choć mocno prawdopodobne), ale pozostaje kwestią otwartą, kto byłby jego głównym profitentem.

Z trzeciej strony, mówi się, że Kaczyński nie traktuje Morawieckiego jako potencjalnego rywala, a jako przyszłego następcę. Że godzi się z oddaniem prawicy młodym, akceptuje jej nowe oblicze.

Ale może, niczym doświadczony drapieżca, tylko próbuje wytworzyć takie wrażenie? Niczego nie można być pewnym. Poza jednym – politycy nie będą spać przez najbliższe noce.