Robert Mazurek: A kiedy pan biegał, to jak było?

Witold Bańka*: Na zgrupowaniu w RPA poznałem Marca Raquila, francuskiego mistrza Europy na 400 m. Leżał w dyskotece na stole.

Toście sobie nie pogadali.

W lutym i marcu lekkoatletyczny świat jeździ na zgrupowania do Potchefstroom w RPA, niedaleko Johannesburga. I tam w dzielnicy dla białych była dyskoteka, w której zawsze można spotkać sportowców, wszyscy wyluzowani. Obok dyskoteki była budka z hot dogami. Matko, w życiu nie zjadłbym takiego hot doga. Ale na tych imprezach wszystkim smakowało i nikt się nie zatruł. Zresztą, kogo to obchodziło o trzeciej nad ranem?

Ładnieście trenowali.

To był cały tydzień nieprawdopodobnie ciężkiej harówki, a najgorszy trening był w sobotę. Po południu odnowa biologiczna, a wieczorem trener Józef Lisowski zamykał się w pokoju i odpoczywał.

A wy?

Stare chłopy, wszyscy dorośli, a przemykaliśmy po kątach… Wie pan, jak się na zgrupowaniach spędza więcej czasu niż w domu i ciągle z tymi samymi facetami, to raz na miesiąc w sobotę trzeba gdzieś wyjść, żeby sobie po mordach nie dać.

I trenowaliście 4 x 100 gramów?

Raczej piwo, nie wódkę.

To pewnie 4 x 400.

Nie, było grzecznie. Jak się jest na zgrupowaniu, to nie może się to kończyć chlaniem, bo trzeba pracować. Inaczej jest na bankietach po dużych zawodach lekkoatletycznych, tam niektórzy odpuszczali. Koledzy opowiadali, że rekordy były bite w 2006 r., po halowych mistrzostwach świata w Moskwie. Tam wódka lała się strumieniami, Jamajczycy umierali, a jedynymi, którzy to ustali, prócz gospodarzy, byli nasi.

Wytrenowani.

Ba, uwarunkowania genetyczne.

*Witold Bańka, minister sportu, lekkoatleta