Karolina Baca-Pogorzelska: KGHM znowu na ustach wszystkich. Po panu zwolniono już dwóch prezesów, ostatniego w sobotę.

Herbert Wirth: To nie do końca logiczne, skoro kadencja zarządu i tak upływa w połowie roku. Częste zmiany kadrowe powodują zanik wartości firmy. Akcjonariusze i kooperanci, także na rynkach międzynarodowych, tego nie lubią. Ale to chyba specjalność obecnie rządzących, aby zmieniać zarządzających co kilkanaście miesięcy. Na pewno nasi partnerzy japońscy z Sierra Gorda z niedowierzaniem przecierają oczy ze zdumienia.

Księstwem Lubińskim rządzi się pod presją? Bo KGHM to spółka wyjątkowa. Jeden wielki łup do podziału na dolnośląskim podwórku.

Zawsze było tak, że lokalni politycy i liderzy związkowi chcieli mieć wpływ na KGHM. Niestety teraz to uległo wręcz wynaturzeniu. Co gorsze, jest przyzwolenie z Warszawy na walki frakcji partyjnych o wpływy, niestety odbywa się to kosztem pracowników. Jeśli nie będzie woli politycznej do normalnego decydowania o KGHM, to nic się nie zmieni.

W KGHM dobrze już było i czas szykować się na kryzys?

Zawsze trzeba być przygotowanym na kryzys. Ale ja jestem optymistą jeśli chodzi o ceny miedzi. Biorąc pod uwagę światowy program rozwoju elektromobilności, ona ma przed sobą przyszłość, bo światowe zapotrzebowanie na nią będzie rosnąć. I to wielka szansa dla KGHM. Wtedy dobre czasy dla tej spółki jeszcze będą.

Pan w ciągu ponad 6 lat był "odwoływany" przynajmniej kilkanaście razy, ale skutecznie dopiero w 2016 r. Tym dłużej będzie się pan musiał tłumaczyć - złote dziecko PO, Michał Dzięba, powiedział o korupcji w firmie na poziomie 16 mld zł. To poważne zarzuty.

Na początek sprostowanie - pan Dzięba nigdy nie był członkiem rady nadzorczej KGHM Polska Miedź, a mówi różnie rzeczy, nie mając kompetencji i źródła. Na początku mojej kadencji ten pan był członkiem rady nadzorczej, ale nie KGHM, a Metraco, naszej spółki córki. Firma Quasar Energy Holding, z którą był związany w 2011 r., złożyła wartą kilkaset tysięcy złotych ofertę doradztwa, na którą nie zareagowaliśmy. On konfabuluje, więc rozważam kroki prawne, bo z ust tego pana padło już tyle nieprawdziwych informacji, że jakaś reakcja z mojej strony musi być.

Ale dyskusja o decyzjach KGHM za pana kadencji na razie nie milknie. Za 2017 r. w końcu nie ma odpisów z tytułu utraty wartości chilijskiej kopalni Sierra Gorda, ale te za lata 2016 i 2015 opiewały one na 7 mld zł, tymczasem zakup całej Quadry to 9 mld zł.

Wpływ na przeszacowanie wartości aktywów mają zasady księgowe, które nie wynikają z faktycznych strat. Jest to jedynie próba wyceny aktywów na dany moment przy aktualnych założeniach cen miedzi, kursów walut. Jednak takie odpisy pokazują brak walki zarządu o utrzymanie wartości. Nasi partnerzy japońscy z Sumitomo, którzy mają 45 proc. w tym projekcie, byli w szoku po odpisach, jakie bez wcześniejszych z nimi konsultacji zrobił w 2016 roku zarząd Krzysztofa Skóry. Owszem, gdy ceny miedzi spadły, wartość aktywów także spadła, więc nie kwestionuję samych odpisów, bo i ja o nich rozmawiałem z Japończykami. Ale ich wielkość to przesada. Tym bardziej dziwi mnie, że gdy ceny miedzi znacząco wzrosły, nie mamy teraz odpisów odwróconych, czyli przywracających wartość tej inwestycji, bo moim zdaniem ją odzyskała. W górnictwie trzeba być cierpliwym. Jak w październiku 2016 roku cena miedzi wzrosła z 4200 USD/t do ponad 5000 USD/t, to nowy wówczas prezes Radosław Domagalski-Łabędzki twierdził, że ma to podłoże spekulacyjne. Ciekawe, jak z dzisiejszej perspektywy ocenia te słowa, bo cena miedzi to około 7000 USD /t i zapowiadają się dalsze jej wzrosty.

Przy aktualnych uwarunkowaniach cenowych na rynku miedzi na koniec 2017 roku, nawet uwzględniając skrócenie życia kopalni Sierra Gorda do 23 lat (brak realizacji II fazy projektu), wszystkie dokonane odpisy powinny zostać odwrócone, czyli zwiększają wycenę z roku 2016 o ponad 10,2 mld zł. Problem polega na tym, że zmiana planu produkcji przy założeniu znacznie niższych cen miedzi oznacza, że część złoża, którego się nie eksploatuje, a byłoby to ekonomicznie uzasadnione przy dzisiejszych cenach, idzie na odpad.

Tylko złoża Sierry badała jedynie spółka KGHM, czyli Cuprum. Są zarzuty, że może powinno to być zweryfikowane przed ostatecznymi decyzjami. Bo miedzi jest tam mniej niż zakładaliście.

To zarzut nietrafiony. Przed zakupem projekt został udokumentowany zgodnie z restrykcyjnym w tym zakresie prawem kanadyjskim, które opiera się o standard NI 43-101. Ponadto wcześniej przed nami przebadali go bardzo dokładnie Japończycy. Nawet były prezes Domagalski-Łabędzki w jednym z wywiadów przyznał, że miedzi jest tam, ile planowano. W przypadku Sierra Gorda nie pomyliliśmy się w wielkości zasobów.

Z drugiej strony nigdy podczas rozpoznania geologicznego nie ma 100 proc. pewności, że prognoza jest idealna. Jeśli ktoś tak uważa, to znaczy, że nie zna ani górnictwa, ani geologii. Zdarza się jednak i tak, że szacunki nie pokrywają się do końca z faktycznymi zasobami, dobrym przykładem są tu złoża w polskich kopalniach KGHM. Zwiększonej ilości węgla organicznego w wydobywanej w kraju rudzie też nikt nie przewidział przez 50 lat. Każda taka niespodzianka jest wyzwaniem, a nie powodem do narzekania.

Profesjonalizm transakcji był gwarantowany przez wsparcie niezależnych firm doradczych, co paradoksalnie jest przedmiotem krytyki. Ich koszt był znacznie niższy niż sugerują nasi adwersarze.

A co z kanadyjskim projektem Ajax, gdzie poza hodowlą krów nic się nie dzieje? Chodzi mi o projekt kopalni w Kolumbii Brytyjskiej, który stoi w miejscu od 8 lat, a pochłonął już ok. 600 mln zł.

Przy takich projektach trzeba ciągle rozmawiać ze społecznością lokalną, a przy tym projekcie w ostatnich latach tego zabrakło. Do połowy 2016 r. projekt Ajax był na liście tych, które popierał lokalny rząd Kolumbii Brytyjskiej. W 2016 r. zwolniono najważniejszych menedżerów Ajax oraz ruszyła karuzela kadrowa w KGHM International - w tym czasie funkcję prezesa firmy pełniło po kolei sześć różnych osób, w tym jedna krócej niż miesiąc. Zatrzymano kampanię promocyjną w Kamploops oraz konsultacje ze społecznością lokalną poprzez drastyczne obcięcie budżetu w momencie, gdy badania pokazywały ze większość (ponad 60 proc.) mieszkańców jest za projektem. I wtedy miasto opowiedziało się przeciw projektowi. Przecież w Polsce jest to samo - KGHM działa od 60 lat, a za każdym razem słyszy od mieszkańców: po co nam te nowe szyby? I trzeba rozmawiać, przekonywać.

Mam wrażenie, że KGHM postawił na tym projekcie krzyżyk.

W hierarchii realizacji projektów zagranicznych to nie był priorytetowy projekt do uruchomienia "na już". Ale rezygnacja z niego to nieudolność.

A jak nazwać inwestycję w piec zawiesinowy w Hucie Miedzi Głogów, o którym były prezes Radosław Domagalski-Łabędzki mówił, że jest większym błędem niż zakup Sierra Gordy? W KGHM trwają audyty, także kosztów tej inwestycji - prawie dwukrotnie wyższych niż zakładano, czyli ponad 3 mld zł. Do prokuratury trafiło zawiadomienie po awarii z października, gdy na kocioł przy nowym piecu spadł wielki spiek, zatrzymując pracę huty na miesiąc. Znowu się pan będzie tłumaczyć.

Źle się z tym czuję, bo jak słyszę, że stawiałem sobie tymi inwestycjami pomniki, to głupota do kwadratu. Po swoim odejściu z firmy wyszedłem z propozycją spotkania, ale nie doszło do niego. Nie z mojej winy. A nie wszystko da się przekazać w opisach dokumentów. Ja na pewno nie będę się tłumaczyć z tego, że gdy powstał spiek, to ktoś nie zatrzymał pieca i nie skuł nawisu, dopuszczając do tej katastrofy. To są błędy zarządzania i decyzji w danym momencie. Bo sam fakt powstania spieku nie jest niczym zaskakującym. A projekt? On miał wiele lat i powinien być zaktualizowany. Projekt zakładał początkowo inne moce produkcyjne, potem okazało się, że potrzebny będzie prażak wytrącający wspomniany już węgiel organiczny w rudzie. W międzyczasie pojawiła się nowsza technologia fluidalna pozwalająca na odzyskanie energii przy prażeniu, bo węgiel organiczny ma porównywalną jakość energetyczną do węgla brunatnego. Dodam tylko, że dziś budowa takiej huty to koszt 1,5-2 mld, ale dolarów, nie złotych.