Bohaterskie zmagania francuskiego Résistance, zdominowanego przez feministki w czarnych beretach, z okupantem, któremu przewodził gestapowiec Herr Otto Flick, bawiły do łez Polaków. I to tak mocno, że oglądające namiętnie "Allo allo!" ówczesne pokolenie trzydziesto i czterdziestolatków, dwie dekady później zaczęło rekonstruować serial w przestrzeni publicznej.

Pół biedy, że demonicznego Herr Flicka ma odgrywać stateczny miłośnik kotów z Żoliborza, nigdy nie chodzący w długim prochowcu. Prawdziwym nieszczęściem okazuje się w rodzimej wersji "Allo allo!" polski Résistance. Jego twarzą coraz mocniej stają się spadkobierczynie Michelle Dubois. Wprawdzie bez beretów i białych podkolanówek, lecz mające równie szalone pomysły. Najnowszym tego wykwitem jest budowanie alternatywnego państwa podziemnego w pakiecie z laleczkami voodoo.

Wspomniane idee da się nawet ze sobą twórczo łączyć. W podziemnych szwalniach, szwacze zamaskowani wąsami a’la René mogą szyć laleczki, a na podziemnych uniwersytetach wykładowczynie z doklejonymi wąsami a’la René będą prowadzić seminaria poświęcone technikom wbijania szpilek. Dzięki temu uniknie się płciowej dyskryminacji, a jesienią tysiące ludzie wyjdą na ulice z laleczkami w dłoniach i setkami tysięcy szpilek po kieszeniach, by publicznie nakłuwać wszystko co popadnie, łącznie z policjantami. Naród obejrzy to z wielką fascynacją, po czym na wszelki wypadek zagłosuje na PiS. Bo ludzie czują się jednak bezpieczniej, gdy rządzą wariaci, którzy już pokazali na co ich stać.

Jeśli więc szeroko rozumiany obóz opozycji ma nieco większe ambicje, niż praca na trzy zmiany w podziemnych szwalniach powinie rzucić w kąt szpilki i sięgnąć po brzytwę. Nie po to, żeby dać wyraz swej obecnej depresji, przechodzącej w rozpacz i podciąć sobie żyły, lecz aby jej twórczo użyć. Tak, jak to robił genialny franciszkanin William Ockham. Jego zdaniem każdy szanujący się badacz praw rządzących światem winien szukać prostych wyjaśnień, zamiast uciekać w irracjonalne, skomplikowane teorie lub idee. Bytów nie należy mnożyć ponad potrzebę – lubił mawiać Ockham, po czym zabierał studentów do oxfordzkiej biblioteki. Tam ponoć dawał im do ręki brzytwę i nakazywał wycinać z uczonych ksiąg kartki, gdy spisane na nich teorie mnożyły byty ponad potrzebę.

W realiach polskiej sceny politycznej "brzytwa Ockhama" pozwoliłaby wyciąć z wyobrażeń opozycji kilka złudzeń. Przy każdym nasileniu się ulicznych protestów liderzy ruchu oporu i przyjazne im media zaczynają euforycznie ogłaszać, że lada chwila społeczeństwo powstanie i obali tyranię Kaczyńskiego. Nikt nie zadaje sobie trudu uściślenia, kto powstanie? Od trzech dekad do wyborów chodzi w Polsce połowa osób uprawnionych do głosowania, czyli maksymalnie 15 mln. Dla drugiej połowy to, kto nią rządzi i w jakim ustroju żyje ma jak widać trzeciorzędne znaczenie. W wielu przypadkach ludzie ci nawet się w tym specjalnie nie orientują. Mijają lata i to się nie zmienia. Nie ma też ani jednej przesłanki, aby wierzyć, że w dającej się przewidzieć przyszłości zmieni.

Wśród aktywnych społecznie Polaków od trzech lat PiS (niezależnie jak jedzie po bandzie), utrzymuje poparcie ok. 40 proc. Prorządowe i rządowe media nieustannie donoszą, jak bardzo poparcie rośnie. Media sympatyzujące z opozycją ekscytują się jego spadkiem. Co ciekawe obie strony zdają się wierzyć we własne narracje, choć patrząc na same notowania niewiele się one różnią od tych z 2015 r. Po użyciu brzytwy z rzekomych 15 mln powstańców prawie 6 mln popiera reżym plus dochodzi jeszcze ponad milion "Kukizowców". Wiara, iż te osoby wyjdą na ulice, żeby wesprzeć obóz "antypisu" przypomina przekonanie prof. Środy, że lada dzień polska kadra profesorska zacznie w swych mieszkaniach prowadzić tajne komplety i to całkiem za darmo. Po kilku ciachnięciach brzytwą widać, iż opozycja realnie może liczyć na wsparcie około 7 mln Polaków. Co nie znaczy, że je dostanie. Na ulice miast chciało się wyjść z tej grupy marnym kilkudziesięciu tysiącom.

Fakt ten tak rozwścieczał, brylujących w mediach liderów oporu społecznego, aż ich głównym zajęciem stało się bluzganie na pozostałe 6,99 mln potencjalnych wyborców. No bo zamiast np. nakłuwać laleczki voodoo wolą grillowanie, lub plażowanie. Gdy Władysław Frasyniuk ogłasza, że Polacy sprzedali wolność i demokrację za "500 plus", to ta część elektoratu władzy, która korzysta z programu czuje, że musi gnać do urny wyborczej, bo nie chce stracić bardzo namacalnego dochodu. Natomiast z "500 plus" równie często korzystają potencjalni wyborcy "antypisu". Sugerowanie im, iż są właściwie sprzedajnymi szmatami (chyba, że demonstracyjnie zaczną zwracać rządowi ów zasiłek) na pewno zachęci ich do wspierania oporu.

Podobnie prezentuje się komunikowanie w mediach społecznościowych młodzieży o tym, jak powinna się wstydzić, bo nie broni zdobyczy III RP. A ta zafundowała młodym bogactwo i masę innych, fajnych rzeczy (choćby możność harowania na zmywaku w Londynie). Na szczęście pokolenie urodzone po roku 1989 r. puszcza obelgi mimo uszu i nie próbuje własnoręcznie zademonstrować autorom irracjonalnych tez, jak bardzo już odjechali od rzeczywistości. Reguła, by nie mnożyć bytów ponad potrzeby nakazuje dostrzec także, iż opozycja nie dojdzie do władzy organizując coraz to nowe demonstracje. Nawet wówczas, gdy uda się uruchomić ogólnokrajową zbiórkę długopisów, po czym wszystkie użyje się do nakłuwania laleczki voodoo z twarzą prezydenta.

Podobnie efektywne okazuje się nieustanne powtarzanie frazy o końcu demokracji w III RP oraz rozdzieranie szat w Brukseli. Po odcięciu tych nieskutecznych metod działania na placu boju pozostaje tylko jedna droga w przyszłość. Należy po prostu przekonać nieco ponad 7 mln Polaków, żeby oddali swoje głosy na partie chcące przenieść posłów PiS do ław opozycji. Logika nakazywałaby robić jak najwięcej, żeby ową grupę ludzi do siebie zachęcić. Ostatnio Ewa Wanat zamieściła w mediach społecznościowych ogłoszenie: szukam jakiegoś tekstu, może wywiadu, w którym znajdę informację o tym, jaką przywódcy opozycji politycznej w Polsce mają strategię i jaką chcą obrać taktykę, żeby za rok odebrać PiS władzę. Ludzie naprawdę próbowali jej pomóc. Pomimo zbiorowych poszukiwań ponieśli fiasko.

Wygląda więc na to, że życzenia pani Wanat przerasta potencjał twórczy liderów opozycji. W tym beznadziejnym momencie znów z pomocą może przyjść niezawodny William Ockham. Skoro obóz "antypisu" nie umie wymyślić czegokolwiek pociągającego dla wyborców, to zamiast brnąć w samobójcze idee fix pozostaje mu tylko jedno - zacząć plagiatować program PiS. Brać z niego to, co działa i podoba się wyborcom najbardziej. Przy okazji obiecując, iż wszystko zostanie zrobione dużo lepiej. Jest to mało chwalebna czynność, lecz dość powszechna w starych demokracjach.

Niegdyś Otto von Bismarck ukradł postulaty społeczne socjalistom, dziś na naszych oczach CDU/CSU sukcesywnie podbiera do swego programu kolejne żądania populistów z AfD. Oczywiście będącym u władzy jest łatwiej, ale np. Nowa Lewica Tony'ego Blaira na długo zepchnęła konserwatystów w Wielkiej Brytanii do opozycji, wprzód przejmując sporą część ich programu gospodarczego. Takie oto wnioski pozostają po krótkim użyciu "brzytwy Ockhama". Miłośnicy szpilek mają oczywiście prawo je odrzucić i nadal marzyć o szwalniach laleczek voodoo, a wyborcom sugerować, że powinni się wstydzić każdego grosza z "500 plus". Zwłaszcza gdy nie chcą go przekazać na fundusz założycielski podziemnego państwa.