W sejmowej komisji sportu słynął z rekordowej liczby nieobecności. W następstwie tego wszystkiego został ministrem. Jego jedyna solowa akcja polityczna - przeciw działaczom PZPN - zakończyła się kompletną klapą. Już ta klapa wystarczyłaby w innym kraju, aby poprosić polityka o dymisję.

Tyle po tekście Zalewskiej. Mało? Mało. Oto TVN-owski program "Teraz my" postawił Drzewieckiemu ustami Tomasza Sekielskiego i Andrzeja Morozowskiego kolejne zarzuty. Minister, a wtedy tylko poseł, został zatrzymany na Florydzie przez policję za atak podczas nocy sylwestrowej na własną żonę. W areszcie podał się za bezrobotnego, choć jest człowiekiem majętnym. Pytany o to po latach przez dziennikarzy zaprzeczył. Zaczął mówić pod wpływem okazanych dokumentów.

Sam nie jestem człowiekiem bezgrzesznym, więc nie osądzam ministra pochopnie. Choć obrończynie praw kobiet powinny zareagować podejrzliwością. Może jednak rzeczywiście jest tak, jak twierdzi po latach sama żona Drzewieckiego: wszystko to ciąg upiornych zbiegów okoliczności. To była szamotanina, a nie bicie. Choć przecież ofiary domowej przemocy często po fakcie zaprzeczają. Amerykańska policja podsunęła kwitki, które polski polityk podpisał bez szemrania. Wątpliwe, ale wciąż możliwe...

Tyle że bycie ministrem nie jest prawem obywatelskim. Jest wyzwaniem. Członek rządu jak żona Cezara powinien być poza podejrzeniem. A biografia Mirosława Drzewieckiego, człowieka sympatycznego i barwnego, to jeden wielki zbiór pechów. Mógłby nim obdzielić pięciu zwykłych śmiertelników. Ale sam nie jest, niestety, zwykłym śmiertelnikiem.

"Raczej najlepszy przyjaciel niż najlepszy urzędnik" - tak skwitował "New York Times" w roku 1921 decyzję ówczesnego prezydenta USA Warrena Hardinga, aby mianować prokuratorem generalnym bliskiego sobie człowieka, źle przez innych ocenianego Harry’ego Daugherty’ego. W dwa lata później ten sam prezydent jęczał: moi przyjaciele! Moi cholerni przyjaciele! Ci, którym zaufał, w tej liczbie Daugherty, wplątali go w brzydkie historie, a te stały się tematem dochodzeń komisji śledczej. Samego prezydenta od kłopotów wybawiła przedwczesna śmierć.

Na miejscu Donalda Tuska zastanowiłbym się, czy tykająca bomba nie wybuchnie mu w końcu w rękach. Na razie szef rządu wybiera metodę najprostszą - rozgrzeszania członków swojej ekipy. Szef ABW Krzysztof Bondaryk to ofiara złego CBA, a nie człowiek, który nie powinien przyjmować od firmy strategicznej dla bezpieczeństwa państwa krociową odprawę. A Drzewiecki? Szef rządu oznajmił już zagranicą, że kłopoty ministra z żoną go nie interesują. I tylko ta uparta myśl: kiedyż to Tusk zacznie jęczeć: moi przyjaciele! Moi cholerni przyjaciele!