Donald Tusk i Platforma zdecydowali się jednak na coś dla Palikota dużo boleśniejszego - na odebranie mu przewodnictwa w sejmowej komisji Przyjazne Państwo. Takie w każdym razie - nieoficjalne - informacje dochodzą do nas w momencie, gdy zamykamy to wydanie gazety.

To kara bolesna, bo odbierająca lubelskiemu prowokatorowi alibi dla jego szaleństw. Dotychczas i on, i bliscy mu działacze na pytanie o kolejne przekroczenia odpowiadali, że nie można oceniać go tak jednoznacznie, bo jednocześnie wykonuje dobrą robotę w komisji mającej zreformować biurokracje. I choć z czasem ekscesów było coraz więcej, a ciężkiej pracy nad zmianami prawa coraz mniej, to jak długo Palikot szefował komisji, argument pozostawał w mocy. Ułatwiał on też Palikotowi budowanie wizerunku nieco szalonego liberała, może i wyrazistego, ale też pożytecznego.

Teraz to wszystko znika i jak znam Palikota - zaboli go to bardziej niż wyrzucenie z partii. Podobnie jak sporo gorzkich słów, które usłyszał wczoraj od kolegów z Platformy. Bo wbrew pozorom panu Januszowi nie jest obojętne, czy widzi półuśmieszki czy autentyczne oburzenie - choćby takie, jakie wczoraj pokazał naprawdę zirytowany Tusk. Bo Palikot to polityk jednocześnie racjonalny i zimny, ale też łasy na pochwały.

Osobiście najbardziej ucieszyły mnie wczoraj właśnie emocje premiera. Bo okazało się, że choć wielu działaczy PO namawiało szefa rządu na kolejne zbagatelizowanie sprawy, na dalsze liczenie, ile procencików przynoszą partii happeningi Palikota, on uznał, że są momenty, gdy interes partyjny można na chwilę odłożyć na bok. Premier, choć ma swój udział w wypromowaniu Palikota, teraz to zatrzymał. Mocny punkt dla niego.