BARBARA KASPRZYCKA: Pojawiły się głosy, żeby Polska zamieniła się na prezydencję z Danią albo ogłosiła wcześniejsze wybory parlamentarne - po to, żeby nie odbywały się podczas naszego przewodnictwa w Unii. Czy to rzeczywiście takie ważne?

Jacek Saryusz-Wolski: Na pewno nie można sobie wyobrazić, aby wybory odbywały się w trakcie prezydencji. Prezydencja nie jest problemem jedynie organizacyjnym, ale w najwyższym stopniu politycznym, bo angażuje cały rząd. Tak w aktualnej formule, jak i w tej zaplanowanej w Traktacie Lizbońskim, każdy minister kraju przewodniczącego Unii przewodniczy też unijnej Radzie Ministrów danego działu: minister rolnictwa przewodniczy Radzie Ministrów Rolnictwa itp. Wyjątkiem jest tylko minister spraw zagranicznych.

I nie da się tego pogodzić z wyborami?

- To się dotąd jeszcze nie zdarzyło, bo wybory i zmiana rządu w trakcie prezydencji oznaczałyby paraliż prac Unii.

Dlaczego?

- Prezydencję przygotowuje się z dużym wyprzedzeniem, często dwuletnim. Odbywa się to w rytmie kroczącym, bo działania planują de facto każdorazowo trzy rządy: byłego, obecnego i przyszłego kraju sprawującego prezydencję. To jest poważne zaangażowanie co najmniej pół roku wcześniej i jeszcze pół roku potem. Oczywiście więc najlepiej jest, żeby ten sam rząd sprawował prezydencję, a także działał sześć miesięcy przed i po niej.

Czyli wybory na wiosnę 2011 też nie rozwiązują problemu.

- Rozwiązują problem kardynalny: żeby nie było zmiany rządu w trakcie prezydencji. W wypadku zmiany rządu na wiosnę nowa ekipa będzie oczywiście musiała w trybie przyśpieszonym wdrożyć się w zagadnienia prezydencji.

Więc może lepiej zamienić się z innym krajem, jak proponują niektórzy?

- Nie, nie słyszałem jeszcze o takim przypadku -- choć nie przesądzam, że się nigdy nie zdarzył. Taka zamiana z naszego punktu widzenia nie wchodzi jednak w grę. To zły pomysł, bo Polska w układzie z Danią i Szwecją ma rolę wiodącą, jako kraj dużej kategorii wagowej. Nie wyobrażam sobie zmiany kolejności. Raczej więc cykl wyborczy musi się dostosować do cyklu unijnego, a nie odwrotnie. Konstytucja nie pozwala nam na opóźnienie wyborów, jedynym wyjściem jest więc ich przyśpieszenie. Nie jest to rozwiązanie doskonałe, ale rozwiązuje przynajmniej podstawowy problem.