Faworyci mieli budżety porównywalne z poprzednim pojedynkiem prezydenckim w 2010 r. Sztab Bronisława Komorowskiego wydał minimum 15 mln zł; nieoficjalne informacje mówią nawet o 18 mln. Jak twierdzi jeden z polityków PO, prezydent chciał jeszcze więcej, ale nie było na to zgody premier Ewy Kopacz. Dla porównania w poprzedniej zwycięskiej kampanii Bronisław Komorowski wydał 15,4 mln zł. Na starcie wydawało się, że piastowanie funkcji głowy państwa daje naturalną przewagę, która pozwoli zaoszczędzić na kampanijnym budżecie.

Gdy PO postanowiła odpowiedzieć na dudabusa, zamiast jednego pojazdu, którym przemieszczał się kandydat PiS, pojawiło się 16 bronkobusów. Przed pierwszą turą skromna była kampania outdoorowa. – Strategia była taka, by billboardy z kandydatem dawać w zachodniej części Polski, czyli skoncentrować się na miejscach, gdzie można zyskać najwięcej – twierdzi jeden ze sztabowców PO. Później zdecydowano się na bardziej ofensywne działania. W drugiej turze PO powiesiła 2000 billboardów. Do tego dochodzą koszty produkcji i kilkuset emisji wyborczych spotów Komorowskiego. Dokładne dane mają być w sprawozdaniu finansowym.

Z kolei sztab Andrzeja Dudy, jak wynika ze wstępnych szacunków, które poznał DGP, wydał 12–13 mln zł. Mniej niż w 2010 r., gdy kampania Jarosława Kaczyńskiego kosztowała 14,6 mln zł.

PiS paradoksalnie zaoszczędził, szykując wystawną pierwszą konwencję. Później zdjęcia Dudy w otoczeniu wiwatujących tłumów pojawiały się systematycznie w spotach kandydata. PiS postawił także na inne formy niż PO, by lansować wizerunek kandydata. Zamiast billboardów, których było niewiele (np. w Warszawie tylko 10), wybrał niewielkie plakaty czy banery rozklejane na płotach, ścianach budynków, stawiane na prywatnych działkach. To było z jednej strony tańsze niż wynajmowanie powierzchni w profesjonalnych firmach, a przy okazji mobilizowało do pracy w kampanii struktury partii.

– Jak się wyjechało z Warszawy, to przez kilkadziesiąt kilometrów wszędzie można było zobaczyć w zasadzie tylko Dudę – zauważa jeden z polityków PO.

Fundusze pozostałych sztabów były bardzo skromne. Przewagą Pawła Kukiza była umiejętność wykorzystania działań wolontariuszy i wydarzeń, bo jego wyborczy budżet wyniósł niepełna 600 tys. zł. Z kolei Magdalena Ogórek i Adam Jarubas mieli zrobić jak najlepszy wynik jak najmniejszym kosztem, by były pieniądze na kampanię parlamentarną. Więc w ich przypadku sztaby liczyły raczej na efekty pokazywania się w mediach niż faktycznie prowadzonej kampanii wyborczej. Podatników organizacja wyborów kosztowała ok. 160 mln – wynika ze wstępnych informacji PKW.

Większe fundusze na pewno pójdą na kampanię parlamentarną. Powody są dwa. Po pierwsze dla wielu ugrupowań to walka o życie. Chodzi przede wszystkim o SLD i PSL. Sojusz liczy się z wydaniem kilku milionów złotych. W gorszej sytuacji są ludowcy. Nadal spłacają dług wynikający z błędów w rozliczeniach sprzed czternastu lat. Ich budżet wyborczy – jak wynika z naszych informacji – będzie porównywalny z tym, czym dysponował Adam Jarubas.

PSL będzie chciał oprzeć kampanię na swoich strukturach, co może w pewnym stopniu rekompensować mniejsze pieniądze z centrali. W poprzednim starciu o Sejm ludowcy wydali niemal 13 mln, a SLD 24 mln zł.

Największe budżety będą miały PO i PiS. – Na kampanię parlamentarną trzeba wydać dwa razy tyle, ile na prezydencką – mówi jeden ze sztabowców PO. Zgadza się z nim sztabowiec PiS. To oznacza sumy w okolicach 30 mln zł.

Zachętą do wydatków jest obietnica zwrotu kosztów kampanii dla wszystkich komitetów czy partii biorących udział w wyborach, które przekroczą próg 3 proc. poparcia.

Jak wynika z sondaży, jest bardzo prawdopodobne, że do Sejmu mogą trafić trzy nowe ugrupowania: partia Pawła Kukiza, Janusza Korwin-Mikkego oraz ruch polityczny, który może utworzyć Ryszard Petru.

Ten ostatni ma najambitniejsze plany. Jutro konwencja w Warszawie. Następnie objazd po Polsce, który ma pokazać, jaki jest potencjał dla tego ruchu politycznego. – Nie chodzi o to, czy przekroczę próg wyborczy. Chcę tworzyć ugrupowanie, które będzie miało 20 proc., co może dać realny wpływ na zmiany – podkreśla Petru.

Ekonomista z rozmachem planuje budżet nowego ruchu. – 15 mln zł. Trzeba mieć minimum tyle, by prowadzić na poważnie kampanię – mówi Petru. Zamierza zdobyć te pieniądze m.in. dzięki crowdfundingowi i innym nowoczesnym formom finansowania, choć szczegóły mają być ujawnione dopiero w kolejnych dniach.

Inną strategię ma ugrupowanie Pawła Kukiza. Oparte na wolontariuszach i aktywności społecznej raczej nie liczy na duże fundusze. Budżet kampanijny będzie zbliżony do tego z wyborów prezydenckich. Czyli zapewne nie przekroczy miliona złotych. – To będzie identyczny model, oddolna kampania organizowana przez obywateli – deklaruje Patryk Hałaczkiewicz, współpracownik Pawła Kukiza.

Działacze związani z Kukizem liczą, że ich kampanię nakręci referendum, które rozpisał Bronisław Komorowski. Pytanie o JOW-y i finansowanie partii politycznych z budżetu miało dać mu głosy wyborców Kukiza, ale nie dało. Za to może pomóc Pawłowi Kukizowi zaktywizować zwolenników i pozwolić na zbudowanie struktur. – Czekamy na decyzję o referendum. Wolontariusze będą mieli cel działań – przekonuje Patryk Hałaczkiewicz.

Ustępujący prezydent Bronisław Komorowski dostał zgodę Senatu na przeprowadzenie referendum w sprawie m.in. JOW-ów (w formie uchwały). Na początku czerwca ma wydać zarządzenie o jego przeprowadzeniu (choć może w tej sprawie zmienić zdanie). Jak wynika z naszych rozmów z politykami PO, takie zarządzenie zostanie wydane. Według nieoficjalnych szacunków PKW koszt referendum wyniesie 80 mln zł, a wyborów – 100–130 mln zł.