W sobotę demonstrowali ludzie, którzy chcą żeby było tak, jak było przez ostatnie 8 lat, chociaż nie przyjmują do wiadomości wyników wyborów z 25 października - mówił w "Kontrwywiadzie" RMF FM Mariusz Błaszczak. Jego zdaniem, ta demonstracja świadczy jednak o tym, że hasła protestujących o końcu demokracji w Polsce nijak mają się do rzeczywistości - ludziom tym przecież, jak wyjaśniał szef MSWiA, nie zabroniono urządzić demonstracji.

Błaszczak nie wierzy też w dobre intencje organizatorów sobotnich protestów. Kiedy słyszę panów, bo to był najpierw suport, pan Kosiniak-Kamysz, pani Nowacka, pan Neuman, a potem pan Petru. I pan Petru mówi o jakiś szaleńcach, którzy mają iść w manifestacji następnego dnia. Wydaje mi się, że jest to histeria rozpętana. Bo czego dotyczy istota? O co tym ludziom chodzi? - pytał. Uważa on bowiem, że nie można protestować przeciw łamaniu konstytucji, bo rząd ustawy zasadniczej nie łamie. Twierdził też, że całą histerię rozpętała wąska grupa polityków.

Jednocześnie wyjaśnia, że PiS musiał się wziąć za Trybunał Konstytucyjny, bo miał on zablokować reformowanie państwa. Problem polega na tym, że - tak to oceniam - poprzednicy sobie wymyślili: tak, te wybory są takie, jakie są, ich wynik jest taki, jaki jest - bo już przewidywali, że mogą przegrać - ale trzeba założyć nowej większości blokadę, żeby nie mogła nic zrobić, bo Trybunał będzie orzekał "niezgodny z konstytucją, niezgodny z konstytucją" - sugerował.

 Błaszczak mówił też, że sytuacja przypomina mu kilka wydarzeń z historii. Są tacy, którzy z tą zmianą się nie zgadzają, ale oni nie szanują wyniku wyborów - to naród tak zdecydował. 25 października to naród zdecydował, że ma się zmienić władza. A ja mam takie wrażenie, że już kiedyś to przeżywałem: tak było w przypadku - dawno, dawno temu - Lecha Wałęsy, który został prezydentem Rzeczypospolitej, a Tadeusz Mazowiecki zajął wówczas w wyborach prezydenckich dopiero trzecie miejsce. Potem Wałęsa oczywiście przeszedł na pozycje tych, których wcześniej krytykował. Potem rząd Jana Olszewskiego, też było identycznie. Potem lata 2005-2007, no i teraz powtórka z rozrywki - zauważył. Ja myślę, że to jest tak, że jest pewna grupa ludzi w Polsce, którzy są taką klasą panującą. No i oni uważają, że ktokolwiek wybory wygra, oni i tak muszą panować - stwierdził.

Szefowi MSWiA nie podobała się też demonstracja pod domem Jarosława Kaczyńskiego. Sugerował, że to wścieklizna polityczna, która uwłacza pamięci ofiar stanu wojennego.