Coraz częściej politycy w sporze z przeciwnikiem politycznym nie przebierają w słowach. "Cham", "belzebub", "czarownica", "buc nadęty" czy "polityczna prostytutka" - te określenia, kiedyś nie do pomyślenia, padły w politycznych starciach w ostatnich miesiącach. Minister sprawiedliwości uznał, że prawo powinno podążać w ślad za zmieniającymi się, czytaj: coraz gorszymi, obyczajami. Zaproponował więc, by za pomówienie, czyli poniżenie kogoś w opinii publicznej lub narażenie na utratę zaufania, nie groziła już kara więzienia. I to niezależnie od tego, czy złe słowo padło na imieninach u cioci, czy w programie telewizyjnym. Przypomnijmy, że obecnie pomówienie kogoś w sytuacji prywatnej jest zagrożone karą jednego roku więzienia, a publiczne zniesławienie nawet dwóch lat.

Propozycja Czumy trafiła do Sejmu. I od razu, już na etapie prac komisji, wywołała burzliwą dyskusję. Bo okazało się, że posłowie w kwestii karania mają odmienne zdanie niż minister. Poseł Marian Filar, profesor prawa, jest za pozostawieniem kary więzienia za zniesławienie publiczne. "Większa jest siła rażenia słów wypowiedzianych w mediach niż przez panią Malinowską na targu. Nie chodzi o faktyczne zamykanie do kryminału, ale kara więzienia to sygnał, że tego robić nie wolno" - tłumaczy.

Andrzej Dera, poseł PiS, jest jeszcze bardziej radykalny. Może dlatego, że sam został nazwany "kretynem" przez adwokata Józefa Oleksego. Jego zdaniem kary więzienia i tak nikt się nie boi, bo wyroki zawsze zapadają w zawieszeniu. Ale PiS chciało likwidować ten sam artykuł kodeksu karnego. W zamian proponowało zaostrzenie prawa prasowego i przyspieszenie spraw o zniesławienie w sądzie.

Dera uważa, że skuteczniejsze byłoby rozstrzyganie spraw o pomówienie w trybie 24-godzinnym. "Przeproszenie po roku, jak obecnie, mija się z celem. To musi być krótka piłka. Ktoś kogoś nazywa baranem, sąd ocenia, czy to zniesławienie, nakazuje przeprosiny i karze wysoką grzywną" - tłumaczy.

Dera tłumaczy na swoim przykładzie. Gdy obraźliwe słowa mecenasa zostały upublicznione, zapowiedział oddanie sprawy do sądu i zażądał 5 tys. zł zadośćuczynienia na dom samotnej matki. Już sama zapowiedź spowodowała natychmiastowe przeprosiny i dobrowolną wpłatę na cel charytatywny.

Poseł PO Stefan Niesiołowski to niekwestionowany lider polityków o najbardziej ciętym języku, który Andrzeja Leppera nazwał "gruboskórnym prostakiem" oraz "dopalającą się końcówką bełkotliwej hucpy", a prezydenta Lecha Kaczyńskiego "małym zakompleksionym człowiekiem". Jest za całkowitą likwidacją przepisu przewidującego kary za pomówienie. "Jeśli chodzi o kulturę języka, to kodeks karny nic tu nie pomoże" - tłumaczy.

Według Niesiołowskiego minęły czasy dyktatury, kiedy za słowo płaciło się wolnością. "Jeśli polityk będzie przesadzał, wyborcy go wyeliminują. Tak jak nie zgodzili się np. na porównania do dr. Mengele czy przesadę w wykonaniu Janusza Korwin-Mikkego" - wyjaśnia Niesiołowski.