Szef opozycyjnej Syryjskiej Koalicji Narodowej Georg Sabra powiedział, że w wyniku ataków, w których sił reżim prezydenta Baszara al-Asada użył broni chemicznej zginęło 1300 osób. 

- Dzisiaj reżim nie po raz pierwszy użył broni chemicznej. Ale dzisiejsze zbrodnie oznaczają punkt zwrotny w operacjach reżimu. Tym razem chodziło raczej o unicestwienie niż terror - powiedział Sabra na konferencji prasowej w Stambule. 

Opozycja twierdzi, że doszło dziś do ataku prawdopodobnie sarinem. Podają, że w wyniku tego zginęło ponad 650 osób, wśród nich kobiety i dzieci. Zachodnie agencje informacyjne piszą o około 100 zabitych.

Syryjscy działacze z Lokalnych Komitetów Koordynacyjnych z siedzibą w Londynie alarmują, że po ataku szpitale polowe są przepełnione. Lekarzom brakuje sprzętu medycznego i leków.

Tymczasem władze w Damaszku zaprzeczają jakoby użyły broni chemicznej przeciwko bojownikom.

Do akcji syryjskich sił rządowych miało dojść we wschodniej dzielnicy Damaszku - oazie Guta. Według telewizji al-Arabija, do ataku została użyta rakieta klasy ziemia - ziemia. Informuje też, że do masowej ofensywy armii wiernej prezydentowi Assadowi doszło we wszystkich rejonach podmiejskich syryjskiej stolicy.

W Damaszku przebywają inspektorzy ONZ. 20-osobowa grupa ma sprawdzić, czy w czasie trwającego w tym kraju konfliktu rzeczywiście użyto broni chemicznej.

Syria jest jednym z siedmiu krajów, które w 1997 roku nie przystąpiły do konwencji zakazującej użycia broni chemicznej.
ONZ ocenia, że syryjski konflikt kosztował życie ponad 100 tysięcy osób.