Jak relacjonuje z Bejrutu specjalny wysłannik Polskiego Radia Wojciech Cegielski, syryjski prezydent Baszar al-Assad oznajmił, że jest gotów do odparcia amerykańskiego ataku. Z kolei wiceminister spraw zagranicznych Faisal al-Magdad ostrzegł Zachód przed skutkami interwencji w jego kraju. Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i Francja chcą pomóc terrorystom. To oni wkrótce użyją broni chemicznej przeciwko mieszkańcom Europy - powiedział.

Z Syrii nie docierają oficjalne informacje o przygotowaniach na amerykański atak, ale aktywiści twierdzą, że od środy władze przewożą więźniów z zakładów karnych do bazy Mezzeh na przedmieściach stolicy. Syryjska Rada Narodowa twierdzi, że więźniowie mogą być użyci jako żywe tarcze, bo to właśnie ta baza jest potencjalnie jednym z celów ataku.

Na ulicach Damaszku z pozoru toczy się normalne życie, ale mieszkańcy masowo wykupują ze sklepów wodę i jedzenie w puszkach. Chleb na czarnym rynku osiąga niebotyczne ceny, a przed piekarniami ustawiają się długie kolejki.

Na interwencję w Syrii naciskają Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i Francja. Uderzenie miałoby być karą za atak chemiczny, dokonany 8 dni temu na przedmieściach Damaszku. Zginęło w nim co najmniej 300 osób. Zachód obwinia o to syryjskie władze, ale te zaprzeczają.