Wojna pozycyjna, w której aktywny udział bierze kilkadziesiąt osób, trwa od wczorajszego popołudnia. Na miejscu jest jednak około tysiąca oponentów władz, którzy przyglądają się bitwie. Wśród nich jest wielu kijowian, którzy przekonują, że rządzący sami doprowadzili do radykalizacji protestu. Jednocześnie nie wierzą oni w porozumienie z władzami.

Oni cały czas kłamią. Dziś chcą rozmów, jestem prawie pewna, że niby się porozumieją, a później puszczą na nas wojsko - powiedziała Polskiemu Radiu 70-letnia emerytka.

Niektórzy przyszli ze swoimi dziećmi, jak na przykład Jewhen z Kijowa, który przyprowadził swojego 12-letniego syna. On powinien to zobaczyć. Ukraina nigdy nie była wolna, mimo że 20 lat nie jest już w Związku Radzieckim. To nie zapach gazu, ale wolności - powiedział Polskiemu Radiu.

MSW informuje, że w związku z niepokojami na ulicy Hruszewskiego zatrzymano już 20 osób. Zatrzymani zostali też dwaj dziennikarze Radia Swoboda. Pracownicy mediów twierdzą, że broniący się funkcjonariusze specjalnie rzucają w nich granatami hukowymi, a nawet strzelają gumowymi kulami. Ucierpiała między innymi kamera informacyjnego Kanału Piątego. W areszcie jest też kilka osób, które wieczorem zostały napadnięte przez tituszków, czyli dresiarzy współpracujących z władzami.

Zostały one oskarżone o to, że sprowokowały bójkę. Z kolei nad ranem "sportowcy" pobili reportera portalu "Lewy Brzeg" Maksa Lewina. Ogółem ponad sto osób zwróciło się do lekarzy o pomoc.