To jedno z ustaleń najnowszego raportu amerykańskiego Urban Institute, instytucji badawczej zajmującej się m.in. kwestiami społecznymi. Autorzy postawili sobie za zadanie zbadanie zjawiska prostytucji od strony logistycznej i biznesowej. Interesowało ich m.in. jak wyglądają techniki rekrutacyjne, jaki jest najbardziej pożądany typ pracownika, jak podchodzi się w branży do działań reklamowych, jak wygląda codzienne zarządzanie. Wiedzę tą zdobyli przeprowadzając wywiady z ponad 70 skazanymi stręczycielami.

Większość rozmówców widziała siebie w roli "biznes menedżerów" i w takim tonie opisywała swoje codzienne zajęcia. Do "czynności służbowych" zaliczali przede wszystkim działania związane z rekrutingiem, szkoleniem, zarządzaniem finansami, zapewnianiem ochrony i bezpieczeństwa. Jeden z rozmówców stwierdził, że do jego obowiązków należało także upewniać się, że dziewczyny myją się i są czyste. Ale biznes to przede wszystkim zarządzanie finansami i tutaj rozmówcy byli zgodni, że kontrola nad zarobkami musi być ścisła. Część z nich motywowała to względami psychologicznymi; argumentowali, że pozostawienie zbyt dużej ilości pieniędzy w rękach dziewczyny z ubogiej rodziny doprowadzi do tego, że je przepuści.

Przeciętnie rozmówcy mieli "pod opieką" ok. 20 dziewczyn. Oznacza to, że część swoich obowiązków musieli delegować zaufanej osobie, którą nazywali "bottom". – To zazwyczaj jest najważniejsza dziwka. Zajmuje się wszystkim, kiedy nie ma cię w mieście i potrafi robić to jak alfons. Kiedy już znajdziesz odpowiedni "bottom", wszystko idzie automatycznie – mówił jeden z rozmówców. Niektórzy wskazywali, że bottom dba także o to, żeby "dziewczyny były zadowolone". A jeden z rozmówców opowiedział, że ze swoją prawą ręką mieszkał, a zarobione pieniądze z prostytucji określał jako ich "wspólną kasę". Często w grę wchodzili także dodatkowi pracownicy, tj. kierowcy, ochroniarze, a nawet sekretarki.

Rotacja w branży jest bardzo duża, a to oznacza, że w przeciągu swojej kariery rozmówcy pracowali ze stu i więcej dziewczynami (jeden określił, że było ich 500-600). Z tego względu kluczowa dla powodzenia przedsięwzięcia jest rekrutacja, która pozwoli wyłuskać osoby nadające się do pracy. Rozmówcy wskazywali, że nie idą na współpracę z każdą dziewczyną, lecz przeprowadzają proces selekcji. Jedna z najbardziej ogólnych zasad głosi, że odpada każda, która ma problem z narkotykami, przy czym chodzi głównie o twarde narkotyki. Wstępna ocena ma miejsce podczas "rozmowy kwalifikacyjnej". Najważniejsze dla rozmówców było wybadanie, czy rozmawiają z kimś, kto będzie w stanie wywiązywać się ze swoich obowiązków. Często padają pytania o tło rodzinne i o to, czy dziewczyna nie była molestowana w dzieciństwie. Jak określił to jeden z rozmówców: potrzebujesz kogoś, kto jest w stanie przyłożyć się do tej pracy przez określony czas. Niektórzy z kolei mieli zupełnie inną strategię, mianowicie udawali podryw.

- Staram się trzymać dziewczyn, które mają wzięcie na rynku – powiedział jeden z alfonsów. Dla większości rozmówców oznaczało to, że muszą to być białe dziewczyny, choć nie zawsze. Jeden wyjaśniał, że koncentrował się na białych dziewczynach, bo większość jego klientów stanowili Azjaci. Z kolei inny, działający na terenie Kalifornii wspominał, że jego klienci często prosili o dziewczyny azjatyckiego pochodzenia. Wywiadowani wskazywali jednak, że jednymi dziewczynami steruje się łatwiej, niż innymi. – Biała dziewczyna pozwoli ci działać jak alfonsowi. Czarnoskóra zrobi z ciebie alfonsa – wspominał jeden z nich. Jeszcze inny opowiadał, że kiedy zaczynał w branży, wydawało mu się, że prostytutkami zostają kobiety "z jakimś urazem". – Ale zdarzało się i tak, że przychodziła do mnie żona pastora i pracowała dla mnie przez miesiąc – opowiadał.

Rekrutacja najczęściej odbywa się poprzez własną sieć kontaktów. Na tej metodzie polega 42,5 proc. alfonsów. W miejscu swojego pochodzenia dziewczyn poszukuje 38 proc. z nich. W klubach i barach za potencjalnymi pracownikami rozgląda się 30,1 proc. rozmówców. Co piaty też wykorzystuje do tego celu Internet. Do przekonania dziewczyn najczęściej służy argument finansowy.

Kiedy już dziewczyna zgodziła się dla nich pracować, rozmówcy nie cofali się przed użyciem szantażu, przymuszania, manipulacji czy wykorzystania słabości do utrzymania kontroli nad świeżo pozyskanym pracownikiem. Tylko 15 proc. z wywiadowanych przyznało się do używania w tym celu przemocy, ale autorzy uważają tą wartość za zbyt niską, powołując się na uprzednie badania. Jeden z rozmówców ujął to tak: - Zepsutych jabłek trzeba się pozbywać. Jeśli musiałem ją uderzyć, to znaczy, że jej nie potrzebowałem.

Do rutynowych metod kontroli pracowników należało stosowanie zasad, przede wszystkim tej dotyczącej zakazu narkotyków. Ale były też inne, odnoszące się np. do nieobsługiwanej klienteli. Chociaż większość stręczycieli, na podstawie rozmów z którymi powstał raport, była czarnoskóra, to wykazywali sporo uprzedzeń względem klientów o tym samym kolorze skóry. Jedna piata rozmówców zabraniała stosunków z czarnoskórymi klientami. Do zasad należało także ustalanie "kwot minimalnych", które w zależności od dnia mogły się wahać od 700 dol. do nawet 2-3 tys., jeśli alfons uznał, że są ku temu sprzyjające okoliczności. Inne reguły dotyczyły zasad bezpieczeństwa, tj. nigdy nie zostawać z klientem dłużej niż to jest wymagane. Nakładane na pracowników zasady mogły także dotyczyć utrzymania higieny, ale przede wszystkim używania kondomów. Dziewczyny zawsze miały korzystać z własnych, nigdy z przyniesionych przez klienta. Zresztą, jak zauważają autorzy raportu, reguła dotycząca kondomów była także wprowadzana w wąsko pojmowanym interesie własnym alfonsów, którzy często sami korzystali z usług dziewczyn.

Niektórzy rozmówcy wskazywali, że dziewczyny rywalizowały o ich uwagę przynosząc jak najwięcej kasy.

Pomimo tego wszystkiego, przytłaczająca większość rozmówców nie identyfikowała się jako "pimp" (z ang. alfons, stręczyciel).- Nie jestem alfonsem. Alfonsów można zobaczyć tylko filmach z lat 70., gdzie noszą wielkie kapelusze i podpierają się laską. To nie ja. Większość uważała, że byli – jako to było powiedziane wcześniej - menedżerami biznesu. Alfonsi często grożą dziewczynom, żeby przyniosły kasę. Ja zapewniałem odpowiednią reklamę, zdobywałem klientów, troszczyłem się o bezpieczeństwo i nie zabierałem większości pieniędzy.

Jak podkreślają autorzy raportu, dla wielu z ich rozmówców prostytucja była doświadczeniem towarzyszącym od najmłodszych lat. Bardzo często było to jedyne źródło utrzymania osoby bardzo bliskiej, jak matka, siostra czy ciotka. Niektórzy wspominali też, że stręczycielstwem trudnili się ojciec czy brat. Do zetknięcia się z prostytucją w rodzinie przyznało się 31,5 proc. badanych. 26 proc. deklarowało, że mieli ze zjawiskiem styczność w miejscu dorastania. Tylu samo przerzuciło się na stręczycielstwo z handlu narkotykami. Co ciekawe, jedna czwarta zadeklarowała, że weszli w biznes zachęceni przez kobietę, która chciała, żeby się nią zaopiekowali, czasami będąc jeszcze w dość młodym wieku, np. w liceum. Jeden wspomina, jak pierwszej nocy zarobił 2,4 tys. dol. – Pomyślałem sobie wtedy: to niemożliwe. I tak wszedłem do branży.