Powstanie Państwa Islamskiego jest efektem splotu sprzyjających okoliczności, które wystąpiły w ciągu ostatnich kilku lat na Bliskim Wschodzie. Korzeni organizacji należy doszukiwać się jeszcze w czasach tuż po obaleniu Saddama Husajna. Rozkwit od dwóch lat zawdzięcza jednak wykorzystaniu chaosu w Syrii i tarciom politycznym na religijnym tle w Iraku. W zdobyciu obecnej pozycji Państwu Islamskiemu pomogło również niezdecydowanie odnośnie do sposobu interwencji w Syrii ze strony światowych mocarstw, a także reguły bliskowschodniej geopolityki.

Organizacja kontroluje obszary rozciągające się od okolic Aleppo w zachodniej Syrii aż do Mosulu w północnym Iraku. W najlepszym momencie bojownicy prowadzili działania w odległości kilkunastu kilometrów od Bagdadu oraz Irbilu, czyli stolicy irackich Kurdów. Stolicą Państwa Islamskiego jest liczące ok. 200 tys. mieszkańców syryjskie miasto Ar-Rakka, leżące nad Eufratem.

Według koordynatora służb wywiadowczych USA Jamesa Clappera organizacja posiada armię liczącą między 20 a 32 tysięcy bojowników. Spora część z nich przybyła do Syrii i Iraku z zagranicy. W październiku br. dyrektor amerykańskiego Krajowego Centrum Zwalczania Terroryzmu Nicholas Rasmussen szacował liczbę takich przybyszy na ok. 28 tys., z czego 5 tys. to obywatele państw Zachodu. Z tych ostatnich najliczniejszą grupę stanowią Francuzi. Amerykańskie władze w czerwcu szacowały, że tylko w ciągu 9 miesięcy nalotów udało się zabić ok. 10 tys. bojowników. To oznacza, że Państwo Islamskie musi być w stanie na bieżąco uzupełniać braki osobowe wśród lokalnej ludności.

Na czele organizacji stoi Abu Bakr Al-Baghdadi, który już w 2004 r. powołał do życia zbrojną organizację mającą na celu walkę z amerykańską okupacją w postsaddamowskim Iraku. Trafił za to do jednego z więzień administrowanych przez armię USA, gdzie zetknął się z innymi dżihadystami – przede wszystkim związanymi z iracką częścią Al-Kaidy. Po wypuszczeniu na wolność w 2005 r. powoli budował swoją pozycję wśród ekstremistów, aż w 2010 r. stanął na czele całej organizacji, po czym zaczął obsadzać kluczowe pozycje byłymi funkcjonariuszami reżimu Saddama Husajna. To Al-Baghdadi już w 2011 r. wysłał do Syrii swoich ludzi, aby tworzyli tam struktury, a w 2013 r. proklamował powstanie Państwa Islamskiego Iraku i Lewantu.

To w Syrii podwładni Al-Baghdadiego byli w stanie wykroić sobie przyczółek, korzystając z zasady „gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta”. Wykorzystując trwające walki między oddziałami wiernymi prezydentowi kraju Baszarowi al-Assadowi a opozycją, przejęli kontrolę nad znacznymi połaciami wschodniej części kraju, w tym nad roponośnymi obszarami, które przez długi czas zapewniały dżihadystom spore dochody. Po oczyszczeniu zajętych terenów z wpływów konkurencyjnych grup Al-Baghdadi skierował swoją uwagę na sąsiedni Irak, gdzie wśród sunnickiej ludności rosło niezadowolenie z rządów faworyzującego szyicką mniejszość ówczesnego premiera Nuriego Al-Malikiego. Wykorzystując ten fakt Państwo Islamskie przerzuciło swoich bojowników na drugą stronę granicy i w błyskotliwej kampanii wyparło słabo wyszkoloną iracką armię z terenów zamieszkanych przez sunnitów. Jej ukoronowaniem było zdobycie Mosulu, drugiego co do wielkości miasta w Iraku. Ofensywa dżihadystów zatrzymała się dopiero na terenach, na których nie mogli liczyć na wsparcie sunnickiej ludności – na ziemiach zamieszkanych przez Kurdów i szyitów.

W nieskrępowanym rozwoju Państwu Islamskiemu pomogła z pewnością niechęć zachodnich mocarstw, a zwłaszcza USA, do angażowania się w kolejną wojnę lądową. Symptomatyczne, że zarówno Francja, jak i Wielka Brytania były gotowe do podjęcia kampanii nalotów już w 2012 r., po tym jak Baszar al-Assad użył broni chemicznej przeciw cywilom. Zapędy te zostały wówczas powstrzymane przez Waszyngton. Na rękę dżihadystom był również fakt, że działali w opozycji względem Al-Assada, będącego sojusznikiem Iranu. Ponieważ na Bliskim Wschodzie jak nigdzie znajduje zastosowanie reguła „wróg mojego wroga jest moim przyjacielem”, o wsparcie finansowe organizacji przez długi czas podejrzewano m.in. Arabię Saudyjską.

O Państwie Islamskim mówi się, że to najbogatsza organizacja terrorystyczna na świecie. Głównym źródłem utrzymania bojowników był przemyt ropy, co zapewniało grupie od 1 do 3 mln dol. zysku dziennie. Uważa się jednak, że po rozpoczęciu nalotów przez amerykańskie lotnictwo możliwość handlu ropą uległa znacznemu pogorszeniu. Dlatego terroryści utrzymują się też z działalności przestępczej, porywając dla okupu oraz wymuszając pieniądze od biznesu działającego na kontrolowanych terenach. Państwo Islamskie zbiera także podatki, w tym specjalną daninę od innowierców.

W przeciwieństwie dla Al-Kaidy, której celem było głównie prowadzenie dżihadu, Państwo Islamskie jest w pewnym sensie także projektem państwotwórczym. To dlatego na kontrolowanych przez siebie terenach bojownicy zaczęli organizować zręby administracji, a także sądownictwa i policji obyczajowej. Pojawiły się również doniesienia o powołaniu służb socjalnych (np. sierocińców), a także dystrybucji darmowego chleba dla potrzebujących.

Na łamach publikowanego w internecie czasopisma „Dabiq” można było znaleźć odezwy do wykształconych muzułmanów, zwłaszcza inżynierów, aby wspomogli swoją wiedzą budowę kalifatu. Państwotwórczość wymaga jednak olbrzymich nakładów finansowych; wraz z ubytkami w zyskach z handlu ropą, bojowcy mogli sobie ten aspekt działalności odpuścić.

Ostatecznym celem Państwa Islamskiego jest budowa kalifatu, czyli organizmu politycznego skupiającego wszystkich wyznawców islamu. 29 czerwca ub.r. Al-Baghdadi faktycznie proklamował ustanowienie kalifatu, na czele którego stanął. Swoim sukcesom Państwo Islamskie zawdzięcza fakt, że wierność mu deklarują grupy dżihadystów na całym świecie – od Tunezji, przez Libię i półwysep Synaj, Północny Kaukaz, po Pakistan i Afganistan.