Dziennik Gazeta Prawana logo

Państwo Islamskie chce zrealizować syryjski scenariusz w Libii

1 marca 2016, 07:32
Ten tekst przeczytasz w 5 minut
Zniszczzony obóz Państwa Islamskiego w Libii
Zniszczzony obóz Państwa Islamskiego w Libii/PAP Archiwalny
Zagrożenie ze strony Państwa Islamskiego jest tak duże, że zachodnie mocarstwa zaczęły ponownie rozważać zaangażowanie militarne na północy Afryki. Właściwie już tam walczą żołnierze jednostek specjalnych. Część polityków ostrzega jednak przed oficjalną interwencją zbrojną - twierdzą, że to tylko wzmocni islamistów.

Przerzut - tego słowa używali dotychczas dyplomaci na określenie możliwości powstawania komórek Państwa Islamskiego w innych krajach. I chociaż pojedyncze grupy na całym świecie (m.in. w Afganistanie, Egipcie, Jemenie, Nigerii i na Kaukazie) deklarowały wierność syryjskiej organizacji matce, to żaden z tych przerzutów nie zakończył się takim sukcesem jak w Libii.

Według szacunków Pentagonu islamiści dysponują w kraju siłami liczącymi ok. 6 tys. bojowników. Główną bazą stało się dla nich portowe miasto Syrta. Stąd udało im się rozepchnąć po okolicy, przejmując kontrolę nad 250-kilometrowym pasem wybrzeża. Obecnie głównym celem dżihadystów jest przejęcie infrastruktury naftowej. Kiedy im się to uda, zdobędą stałe źródło finansowania swojej działalności (powielając w ten sposób model, jaki dżihadyści z powodzeniem stosują w Syrii).

Obecność Państwa Islamskiego w Libii stała się na tyle poważna, że zachodnie mocarstwa wróciły do dyskusji nad zastosowaniem opcji militarnej. Amerykańskie, brytyjskie i francuskie lotnictwo przeprowadza nad tym krajem misje rozpoznawcze. Nie dalej jak w niedzielę Amerykanie przeprowadzili udany nalot na konwój, którym według Departamentu Obrony podróżowało 40 bojowników. Na miejscu znajdują się również żołnierze jednostek specjalnych. Francuski dziennik "Le Monde" poinformował w ubiegłym tygodniu, że Paryż prowadzi w Libii tajną wojnę. Prezydent Francois Hollande zaordynował wysłanie do kraju żołnierzy sił specjalnych, a także komandosów podległych francuskiemu wywiadowi DGSE. Część miała zostać zakwaterowana w bazie na północy Nigru, tuż przy granicy z Libią. Część trafiła na wybrzeże Morza Śródziemnego w charakterze doradców wojskowych i szkoleniowców.

Z punktu widzenia Państwa Islamskiego Libia to niezwykle łakomy kąsek. Po pierwsze, sytuacja jest niemal identyczna jak w Syrii. Państwo targane wewnętrznym konfliktem dwóch stron o władzę daje doskonałą możliwość zastosowania w praktyce zasady "gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta". Po drugie, zarówno Syria, jak i Libia dysponują zasobami ropy naftowej, co w przypadku przejęcia kluczowej infrastruktury daje możliwość finansowania bieżącej działalności. Po trzecie, przejęcie kontroli nad częścią kraju zapewni schronienie wszystkim bojownikom, którzy chcieliby uciec z Syrii i Iraku - gdyby zaszła taka konieczność. Niemałe znaczenie ma przy tym położenie kraju - znacznie bliżej jest do Europy. Daje ono również możliwość eksportu dżihadu do sąsiednich państw: Tunezji, Algierii, Nigru, Czadu, Sudanu i Egiptu.

Zachodnie mocarstwa mają świadomość, że - podobnie jak w Syrii - kluczowe dla pokonania dżihadystów jest uformowanie rządu jedności narodowej. Tylko to pozwoli wypełnić próżnię, jaka powstała w wyniku walki o władzę między dwoma ośrodkami - jednym z siedzibą w Tobruku (wspieranym przez Zachód) i drugim z siedzibą w Trypolisie. Jak na razie strony nie są w stanie porozumieć się co do składu nowego rządu; jedną z kluczowych kwestii spornych pozostaje m.in. dowództwo nad siłami zbrojnymi. Jednak nawet ten wstępny sukces polityczny może się nie przełożyć w prosty sposób na intensyfikację działań przeciw Państwu Islamskiemu.

Taką opinię wyraził w ubiegłym tygodniu na forum Parlamentu Europejskiego specjalny wysłannik Organizacji Narodów Zjednoczonych w Libii Martin Kobler (odpowiedzialny za mediację między stronami w kwestii powołania nowego rządu). Przestrzegał on eurodeputowanych przed zmuszaniem nowego libijskiego rządu do poparcia obcej interwencji przeciw Państwu Islamskiemu. Jego zdaniem osłabi to w oczach Libijczyków i tak rachityczny mandat, jakim na początku będzie dysponować nowy gabinet. Podobnego zdania jest włoska minister obrony Roberta Pinotti. W wywiadzie udzielonym telewizji Canale 5 mówiła, że zbrojna interwencja Zachodu spowoduje tylko wzrost popularności islamistów. Podobnego zdania musi też być Paryż, skoro po publikacji materiału dotyczącego obecności francuskich komandosów w Libii przez "Le Monde" minister obrony Jean-Yves Le Drian miał wszcząć dochodzenie w sprawie przecieku.

Włoski rząd może się też obawiać losu swoich naftowych interesów w Libii, którym z pewnością nie pomogłyby antyzachodnie sentymenty wśród lokalnej ludności. Przed upadkiem Muammara al-Kaddafiego Libia wydobywała 1,6 mln baryłek ropy dziennie. Wartość ta obecnie spadła do ok. 400 tys. baryłek dziennie; to jednak oznacza, że kraj znajdujący się w stanie wojny domowej produkuje dziennie tyle czarnego złota, ile Syria w czasach pokoju poprzedzających arabską wiosnę.

Drugi front kryzysu migracyjnego

Jeśli konflikt z Państwem Islamskim w Libii się zaogni, może się to przyczynić do większej liczby imigrantów starających się przedostać z tego kraju do Włoch. Tymczasem sytuacja staje się coraz bardziej napięta na szlaku bałkańskim, który podczas kryzysu migracyjnego pełnił funkcję głównej drogi tranzytowej dla uchodźców z Bliskiego Wschodu. Wczoraj migranci koczujący na granicy grecko-macedońskiej staranowali stalowe ogrodzenie oddzielające oba kraje. W stronę macedońskiej policji posypały się kamienie; funkcjonariusze odpowiedzieli, wystrzeliwując naboje z gazem łzawiącym. Sytuacja na szlaku bałkańskim zrobiła się napięta, odkąd Austria zdecydowała się wprowadzić dzienny limit przyjęć migrantów - zaledwie 80 osób.

To spowodowało efekt domina i ograniczenia w przepuszczaniu przez granicę w innych krajach. Własne ograniczenia krótko po Austrii wprowadziła Macedonia, nie wpuszczając obywateli afgańskich. W efekcie według rządu w Atenach w Grecji jest teraz uwięzionych ok. 22 tys. migrantów. Część z nich zakwaterowano tymczasowo w nieużywanych obiektach wybudowanych z okazji igrzysk olimpijskich w 2004 r. Na skutek braku skoordynowanej polityki migracyjnej na szczeblu europejskim sprawy w swoje ręce postanowili wziąć Austriacy. Nie tylko wbrew intencjom Berlina wprowadzili dzienny limit przyjęć, lecz także postanowili we własnym zakresie koordynować działania antykryzysowe z państwami bałkańskimi. Rząd w Atenach obawia się, że w kraju wybuchnie kryzys humanitarny. Kanclerz Angela Merkel w wywiadzie udzielonym w weekend uspokajała, że nie po to w 2015 r. walczyła o utrzymanie Grecji w strefie euro, żeby teraz pozwolić krajowi pogrążyć się w chaosie.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Powiązane
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj