Najważniejsze pytanie, na jakie będzie musiał odpowiedzieć b. szef biura, brzmi: czy Trump lub członkowie jego administracji naciskali na niego, aby zamknął dochodzenie FBI w sprawie związków prezydenckiego otoczenia z Rosją? Słów Comeya będzie słuchać cała Ameryka. Były dyrektor FBI wystąpi publicznie pierwszy raz od momentu zwolnienia go ze stanowiska. Przesłuchanie będzie jawne.

Jak to się wszystko zaczęło?

W maju ub.r., w samym środku prezydenckiej kampanii wyborczej, rosyjscy hakerzy włamali się na konta pocztowe komitetu krajowego Partii Demokratycznej i opublikowali e-maile jego członków. W korespondencji nie było jednak nic wyjątkowego – ale w USA podniósł się alarm, że rosyjskie służby chcą wpłynąć na wynik wyborów.

Co wiąże Trumpa z Rosją?

Po raz pierwszy Donald Trump pojechał do Rosji w 1987 r., aby rozejrzeć się za lokalizacją pod budowę hotelu. Sowieckie podejście do własności prywatnej zniechęciło go jednak na dekadę. Pod koniec lat 90. biznesmen chciał zainwestować w moskiewskie nieruchomości, ale ten pomysł też nie wypalił. Rosyjscy bogacze chętnie za to kupowali na przełomie wieków budowane przez Trumpa apartamenty w Nowym Jorku. Idea hotelu lub wieżowca w Rosji pojawiła się znów pod koniec ubiegłej dekady, ale ostatecznie Trump zorganizował w Moskwie tylko wybory Miss Universe w 2013 r. W latach 2007–2009 w Rosji można było też kupić wódkę "Trump Super Premium". W mediach pojawiły się informacje, że rosyjskim służbom udało się zdobyć kompromitujące biznesmena materiały, które mogłyby być wykorzystane do szantażu. Wrażenie to potęgowała nieprzejrzysta struktura biznesowego księstwa Trumpa i jego niechęć do opublikowania swoich zeznań podatkowych. Co więcej, w lipcu ub.r. - już po uzyskaniu przez Trumpa nominacji – do FBI zaczęły dochodzić niepokojące sygnały (m.in. od sojuszniczych wywiadów, w tym z Polski już pod rządami PiS, o czym pisał dziennik "Guardian"). Chodziło o podsłuchane rozmowy współpracowników Trumpa z Rosjanami m.in. za pośrednictwem instalacji NSA niedaleko granicy z obwodem kaliningradzkim. Wtedy FBI zdecydowało się rozpocząć w tej sprawie śledztwo. Comey poinformował o nim publicznie dopiero w marcu br.

Kim zainteresowało się FBI?

Między innymi Paulem Manafortem, prawnikiem i lobbystą, którego Trump znał od lat 80. i któremu powierzył nadzór nad swoją kampanią wyborczą. Kiedy w połowie sierpnia amerykańskie media zaczęły donosić o szczegółach kontaktów Manaforta z Wiktorem Janukowyczem i Partią Regionów (na usługach dla prezydenta Ukrainy mógł zarobić nawet 12 mln dol.) ten podał się do dymisji.

W marcu "The New York Times" potwierdził, że w polu zainteresowania oprócz lobbysty znajdują się byli doradcy Trumpa, Roger Stone i Carter Page.

Co z członkami administracji?

Pierwszą ofiarą afery został emerytowany generał Michael Flynn, który doradzał Trumpowi jeszcze w trakcie kampanii, a potem otrzymał nominację na doradcę ds. bezpieczeństwa narodowego. Flynn wzbudzał kontrowersje niejasnymi kontaktami z Rosją jeszcze przed objęciem urzędu - wiadomo było np., że w 2015 r. uczestniczył w spotkaniu z okazji 10-lecia zależnej od Kremla telewizji Russia Today. To z tego wydarzenia pochodzi fotografia, na której Flynn siedzi przy jednym stoliku razem z Putinem. To kiepsko wygląda w CV, ale to jeszcze nie powód do dymisji.

Flynn zrezygnował ze stanowiska, kiedy wyszło na jaw, że tuż przed Nowym Rokiem, czyli przed objęciem urzędu, rozmawiał o zniesieniu sankcji z rosyjskim ambasadorem Siergiejem Kisliakiem. Co więcej, sam Flynn długo zaprzeczał, jakoby taki temat pojawił się w rozmowie; potem jednak zmienił zdanie i nie wykluczał, że kwestia została poruszona, chociaż nie pamiętał tego. Sprawa była przegrana, kiedy "Washington Post" napisał, że o kłamstwo podejrzewała go już miesiąc wcześniej p.o. prokuratora generalnego Sally Yates. 13 lutego Flynn podał się do dymisji.

To jednak nie koniec kłopotów generała.

Flynn ryzykuje też proces, bo od czasu jego dymisji wyszło na jaw, że odnawiając swój certyfikat dostępu do informacji niejawnych w połowie ub.r. nie zadeklarował dochodów m.in. ze wspomnianego wystąpienia na 10-leciu Russia Today, gdzie zarobił 45 tys. dol. Zatajenie takiej informacji według prawa federalnego to przestępstwo. Co więcej, były doradca Trumpa zapowiedział, że w razie wezwania na przesłuchanie do Senatu powoła się na 5. poprawkę do konstytucji, która pozwala odmówić zeznań, jakie mogą obciążyć zeznającego – i zażądał w zamian za zeznania immunitetu (Kongres przyznawał go w przeszłości wyjątkowo cennym świadkom wezwanym na Kapitol, np. w aferze Iran Contras).

To jeszcze nic. W niecały miesiąc od dymisji Flynna okazało się, że dwukrotnie w 2016 r. z ambasadorem Kisliakiem spotkał się również prokurator generalny Jeff Sessions. Session tłumaczył, że jako senator z Alabamy (jego poprzednia funkcja) spotykał się z oficjelami z różnych krajów, co byłoby wiarygodnym tłumaczeniem, gdyby nie to, że wcześniej zaprzeczał, jakoby spotykał się z rosyjskimi dyplomatami. Okazało się również, że Sessions nie zgłosił tych spotkań na formularzu wypełnianym przy wyrabianiu certyfikatu dostępu do informacji tajnych. Z powyższych względów prokurator odsunął się na początku marca od nadzoru nad podległymi mu śledztwami w sprawie kontaktów z Rosją – w tym prowadzonym przez FBI.

Media w USA doniosły o jeszcze jednej osobie z otoczenia Trumpa na celowniku biura. I to wysokiej rangą. Niedawno okazał się nią prezydencki zięć Jared Kuschner, który odbył dwa spotkania z Rosjanami celem budowy nieoficjalnego kanału komunikacji. Na początku grudnia widział się w Trump Tower z ambasadorem Kisliakiem, a w marcu z prezesem państwowego Wnieszekonombanku Siergiejem Gorkowem. Problem polega na tym, że bank ten został objęty sankcjami po agresji na Ukrainę i bardzo pomogłoby mu ich zniesienie.

Do tego wszystkiego jeszcze Comey...

Dyrektor FBI stracił posadę na początku maja, co było fatalnym zagraniem wizerunkowym. Po pierwsze, dlatego że od ponad miesiąca było wiadomo oficjalnie, że biuro prowadzi dochodzenie w sprawie związków prezydenckiego otoczenia z Rosją (Comey zeznał tak w marcu przed komisją ds. wywiadu w Izbie Reprezentantów).

...i jego służbowa notatka

Już po dymisji dziennikarze „NYT” zobaczyli notatkę, jaką były dyrektor FBI sporządził podczas spotkania z prezydentem pod koniec stycznia. Comey zanotował, że Trump spotkał się z nim, żeby zapytać, czy nie mógłby odpuścić Flynnowi oraz czy może liczyć na lojalność dyrektora. Dwa tygodnie temu zaś „Washington Post” doniósł, że już po wystąpieniu Comeya przed Kongresem w marcu Trump skontaktował się z dwoma ważnymi postaciami wywiadu USA: szefem NSA, adm. Michaelem Rogersem oraz koordynatorem służb specjalnych Danem Coatsem. Miał do nich podobno jedno pytanie: czy nie mogliby publicznie zaprzeczyć, jakoby cokolwiek wiązałoby go lub jego otoczenie z Rosją.

Skąd chaos u Trumpa?

Prezydent dolewa oliwy do ognia, działając chaotycznie. Oskarżył administrację Baracka Obamy o to, że założyła podsłuchy jemu i ludziom z jego otoczenia - czemu stanowczo zaprzeczyli Comey i Rogers. Po niedawnym spotkaniu z szefem rosyjskiego MSZ Siergiejem Ławrowem pojawiły się doniesienia, że podzielił się lekkomyślnie wiedzą wywiadowczą o najwyższym stopniu tajności. Potem media doniosły, że w tej samej rozmowie nazwał Comeya "szaleńcem" ("nut job"). Przyjaciel byłego dyrektora w wywiadzie dla jednej ze stacji telewizyjnych powiedział, że Comey unikał prezydenta, a w Gabinecie Owalnym starał się stawać jak najdalej od niego. Osobny wątek to oszustwo, jakiego chciał się dopuścić przewodniczący komisji ds. wywiadu w Izbie Reprezentantów Devin Nunes, zatajając część pism uzyskanych w tej sprawie z Białego Domu. Sprawa zrobiła się tak skomplikowana i wielowątkowa, że satyryk John Oliver nazwał ją "głupim Watergate'.

Czy prezydentowi grozi impeachment?

Prawdopodobnie nie, chociaż wszystko zależy od tego, co jeszcze wyjdzie na jaw. Słowa Comeya (oraz Rogersa) są jak na razie najcięższym oskarżeniem pod adresem Trumpa, bo sugerują próbę wpływu na przebieg śledztwa. To jednak będzie trudno udowodnić, poza tym republikanie mają większość w obu izbach Kongresu. Na razie bronią prezydenta w nietypowy sposób - kiedy pojawia się kolejna medialna bomba, wielu z nich po prostu nie odbiera telefonu od mediów.