Podczas, gdy chińskie służby medyczne ścigają się z czasem, próbując zdezynfekować obszar, na którym doszło do zakażeń, ludzie z miasta ratują się ucieczką. Według mieszkańców Ziketan ulice są zupełnie wyludnione. Chociaż policja dokładnie otoczyła zamieszkany przez około 10 tys. osób obszar, miejscowi znają dziki teren dużo lepiej i przekradają się obok posterunków.

>>>Mamy pierwszą pandemię w XXI wieku

"Bardzo wielu ludzi wyjechało. Ulice są prawie zupełnie puste" - mówi jeden z uciekinierów, który przekradł się do sąsiedniej prowincji Quinghai. Mężczyzna odmówił jednak podania miejsca, gdzie się ukrył. Inni mieszkańcy miasta, według jego przypuszczeń, dostali się do Xiningu, stolicy prowincji. Reszta schroniła sie u krewnych lub przyjaciół, którzy wciąż wiodą koczowniczy żywot na tybetańskim płaskowyżu.

>>>Kobieta-wampir z Wenecji z cegłą w ustach

To może oznaczać, że Tybetowi i zachodnim Chinom grozi epidemia. Dżuma płucna jest jedną z najniebezpieczniejszych chorób zakaźnych. Przenosi się drogą kropelkową i niezwykle rzadko zdarza się, by wystąpiła na tak gęsto zaludnionym obszarze. Przez ostatnie kilkadziesiąt lat jej ogniska występowały w odludnych miejscach. Zaraza atakowała głównie pasterzy, którzy zjedli surowe mięso z marmota - ssaka podobnego do wiewiórki - lub zostali zakażeni przez pchły, przenoszone przez szczury.

>>>Wybuch w chińskiej fabryce grozi skażeniem

Jednak w ostatnich latach zmierzająca do zwiększenia kontroli nad Tybetańczykami polityka rządu chińskiego doprowadziła do masowych przeprowadzek pasterzy do miast. I to właśnie 32-letni pasterz, który zachorował po pogrzebaniu swojego psa, był pierwszą ofiarą dżumy. Kolejnych 11 osób zaraziło się na jego pogrzebie. Dwa następne przypadki śmiertelne to sąsiedzi pierwszej ofiary.

>>>13 milionów aborcji w Chinach

Chińskie władze uspokajają: nie ma groźby wybuchu epidemii, a objęte kwarantanną miasto Ziketan jest pod kontrolą. Najwyraźniej jednak rządzący zapomnieli o tych, którzy już z epicentrum choroby uciekli.