Ostatni raz Baltika widziano w piątek w Toruniu, jak bawił się na brzegu Wisły. Pies skakał to na krę, to na brzeg. W pewnym momencie fragment lodu odpłynął, a zwierzak bał się wskoczyć do lodowatej wody, by się ratować.

W sobotę psa dryfującego na krze dostrzegł rybak z Grudziądza. Wezwał strażaków, ale ci stwierdzili, że zwierzak jest zbyt daleko od brzegu i nie ma jak go ratować. A pies dryfował dalej. Dzień później widziano go w Kwidzyniu. Wtedy także nie udało się wydostać go na brzeg.

24 godziny później pies wpłynął do Zatoki Gdańskiej. Tam przypadkiem namierzyła go załoga statku "Baltica", która podziwiała foki wylegujące się na krach. W pewnej chwili jeden z marynarzy zauważył, że jedna z "fok" ma ogon, nogi i podkulony ogon.

Kapitan nakazał ratować psa. Spuszczono ponton, a ratownik starał się podpłynąć jak najbliżej. Pies trzy razy wpadł do wody i trzy razy się z niej wydostał. Gdy statek podpływał zbyt blisko, nurt wciągał zwierzaka pod kadłub. Wreszcie, po 25 minutach prób, udało się wydobyć czworonoga.

"Od razu był owinięty w koc, zrobione zostały masaże" - opowiada Adam Buczyński, ratownik okrętowy. Zziębnięty i przerażony zwierzak dostał ciepłe jedzenie, picie i nowe imię, Baltik. Odwiedził też weterynarza, gdzie został zaszczepiony i zbadany.

Teraz marynarze szukają właściciela lub nowego domu. Baltik, choć cały i zdrowy, wciąż jest bardzo przestraszony. Ale na szczęście już w dobrych rękach.