Obok Doliny Pięciu Stawów, Doliny Miętusiej, Giewontu i Morskiego Oka na osiedlu Karpackim w Bielsku-Białej była ulica Czerwonych Wierchów. Tamte są nadal, ulicy Czerwonych Wierchów już nie ma – bielscy radni zmienili jej nazwę na gen. Andersa. W ramach dekomunizacji.

Ale to było dawno, na początku lat 90. Wtedy, w rewolucyjnym szale zrywania z niechlubną przeszłością, żadna nazwa nie była bezpieczna. Jedni obrywali słusznie, inni nie. Jak Wierchy, które miały pecha być czerwone. Albo jak Ludwik Waryński, który znikał z ulic w ekspresowym tempie, choć z komunizmem nie miał nic wspólnego. Jego pech polegał na tym, że był twarzą peerelowskiej stuzłotówki. Wystarczyło.

Teraz jest inaczej, nic na żywioł. Obowiązuje ustawa, która mówi, co i jak zmieniać. Wiadomo więc, że nazwy budynków, ulic, dróg, mostów, skwerów i placów nie mogą upamiętniać osób, organizacji ani też wydarzeń lub dat symbolizujących komunizm lub inny ustrój totalitarny. Nie mogą również w żaden inny sposób takiego ustroju propagować. A jeśli propagują, to do końca września tego roku władze gmin, miast i miasteczek, w których takie nazwy jeszcze funkcjonują, muszą je zmienić.

Proste? Proste. Ale, jak zawsze, nie do końca.