Powrót do skansenu

Nowe polityczne otwarcie w Polsce dokonało się pod hasłami "powrotu do normalności". Rozumiano przez to ustabilizowanie sytuacji, uspokojenie konfliktów i emocji po dwóch latach ogromnego napięcia. Trudno jednak powiedzieć, co to wszystko będzie oznaczało w praktyce. Czy nie czeka nas aby powrót do "spokoju" lat 90., kiedy istotne spory były skutecznie wyciszane w ramach rzekomego konsensusu? Czy Donald Tusk nie będzie kopią "teflonowego prezia" (by użyć nieco brutalnego, ale jakże trafnego określenia jednego z felietonistów) Aleksandra Kwaśniewskiego? Taką pesymistyczną diagnozę stawia na naszych łamach znany publicysta Rafał Matyja. Polską rządzą dziś, w jego opinii, dwa populizmy. Pierwszy z nich to PiS-owski populizm podejrzliwości wszędzie dostrzegający ukrytą grę interesów. I potrafiący jedynie przedstawiać negatywne oceny sytuacji, które jasno identyfikują "wrogów Polski". PO reprezentuje natomiast drugi rodzaj populizmu, zdaniem Matyi jeszcze gorszy. Walczy on pod hasłami "antypolityki", wzywa do ogólnonarodowego pogodzenia i wygaszenia konfliktów. Oba populizmy robią wokół siebie sporo zamieszania i oba są perfekcyjnie jałowe. "Hiperrealistyczny" populizm Kaczyńskiego okazał się niezdolny do dokonania jakichkolwiek istotniejszych reform instytucjonalnych. Jeszcze mniej zdolny od nich będzie jednak populizm Tuska. Matyja nie pozostawia złudzeń: po wyborach wracamy nie tylko do nierozwiązanych problemów z 2003 i 2005 roku. Wracamy też do "politycznego skansenu" lat 90. - z jego jałowymi personalnymi sporami i niezdolnością do politycznej mobilizacji mającej w miarę konkretne cele. Z partiami politycznymi, które wciąż nie mogą osiągnąć instytucjonalnej stabilności, bo są jedynie wyborczymi machinami służącymi liderom.

p

Rafał Matyja*

O jałowości polskiej polityki

Zmiana polityczna, jaka dokonała się wraz z wyborami, nie oznacza powrotu do stabilności lub normalności w polityce. Będzie raczej kolejną próbą wyjścia z kryzysu roku 2003. Próbą zachowawczą - przez odwołanie się do istniejących wzorów praktyki politycznej i przez afirmację społecznego status quo ukształtowanego w latach 90. Próbą zachowawczą także ze względu na minimalizm aspiracji politycznych. W teczkach nowej ekipy nie ma ani projektów reform, z jakimi szedł do władzy rząd Buzka, ani rewolucyjnych deklaracji PO i PiS sprzed dwóch lat.

Wiele wskazuje, że rząd Tuska może wpisać się raczej w tradycję doraźnych korekt i pragmatyzmu z czasów Sejmu II kadencji niż w reformatorski duch gabinetów postsolidarnościowych. W tym sensie wybór Polaków może oznaczać poparcie dla niemożliwego projektu kołaczy bez pracy. Dla projektu, w którym nienaprawiane instytucje państwa nagle zaczynają funkcjonować sprawnie, organy ścigania są niepotrzebne z powodu rozkwitającej wszędzie praworządności, a polityka kojarzy się wszystkim z nieustającym prawieniem sobie komplementów.

W tym sensie polityczne ryzyko rozpoczynających się rządów wiązać można nie tyle z cynizmem Tuska - o którym trafnie, choć z przesadą pisze Sławomir Sierakowski ("Europa" z 10 listopada) - lecz z antypolitycznością nowego projektu rządzenia. Antypolitycznością, która jest uprawnioną retorycznie reakcją na przepolityzowane do bólu rządy Prawa i Sprawiedliwości, ale która poza sferę retoryki wychodzić nie powinna.

Jeżeli pominiemy dziesiątki drobnych sporów minionych dwóch lat, łatwo zauważymy, że jedną z kluczowych kwestii różniących dwa główne ośrodki polityczne był stosunek do polityki jako takiej. Wizja Jarosława Kaczyńskiego była przerysowanym realizmem, który odrzuca wszelkie optymistyczne interpretacje źródeł ładu społecznego, wątpi w moc reguł formalnych i szuka realnych interesów podtrzymujących status quo. Wizja Donalda Tuska była zbudowana na przekonaniu, że polityka konfliktu jest przeszkodą do ukształtowania się optymalnego ładu społecznego. Jeżeli uważnie czytać propozycje ustrojowe Tuska czy analizować pewne polityczne pomysły (prawybory 2001 roku, negocjacje koalicyjne w obecności telewizyjnych kamer, notoryczne postulaty cięcia wydatków na politykę połączone z zamiłowaniem do obliczania, ile kosztuje nas Senat czy Kancelaria Prezydenta), to stwierdzimy, że antypolityczność jest równie trwałym elementem jego przesłania co gospodarczy liberalizm.

Ważkość rywalizacji między ośrodkami kierowniczymi PO i PiS opiera się zatem w znacznym stopniu na nośności dwóch populizmów: antypolitycznego i antyestablishmentowego. W punkcie wyjścia, jakim był kryzys 2003 roku, znaczyły one tyle samo - uderzały w rząd Millera i związane z nim grupy interesu. W roku 2005 stanęły one naprzeciw siebie z całkowicie odmienną diagnozą stanu rzeczy. Podkreślić należy, że idee te wyrażały przede wszystkim opinie ośrodków przywódczych - a zatem Kaczyńskiego i Tuska - i nie uniemożliwiały zawarcia skutecznego porozumienia między Marcinkiewiczem i Rokitą. Jednak to nie premier z Gorzowa i pretendent z Krakowa mieli podejmować kluczowe decyzje.

Tusk i Kaczyński zgodzili się w jednym. Porzucili obowiązującą od 1989 roku polityczną strategię demobilizacji społecznej na rzecz apelu o silnym zabarwieniu emocjonalnym. Po raz pierwszy dwie główne siły polityczne zainwestowały w polityczny populizm. Tyle tylko, że w miejsce strategii demobilizacji pojawiła się strategia mobilizacji jałowej, niedążącej do żadnych istotnych celów. Sensem tej walki jest utrzymanie się w grze, ograniczenie pola manewru przeciwnika, zepchnięcie go do defensywy. Nawet wygrane wybory są jedynie środkiem, ba - nawet sama władza zdaje się tylko środkiem do celu, którego nie widać.

Tym, co blokuje perspektywę politycznej normalizacji - jeżeli nie sprowadzimy jej do chwilowego uspokojenia emocji - jest utrzymująca się od kilku lat jałowość polityki, jej niezdolność do tworzenia faktów społecznie znaczących i trwałych. Takich choćby jak stworzone w mniej korzystnych warunkach, przy mniejszym społecznym przyzwoleniu, instytucje samorządu powiatowego i wojewódzkiego (1998), jak wzmocnione przez rząd Buzka społeczne szkolnictwo czy dokonana pod auspicjami outsidera Sejmu III kadencji Ludwika Dorna reforma finansowania polityki.

Trwałą zmianą ostatnich dwóch lat jest likwidacja WSI, być może becikowe, sądy 24-godzinne. Niewiele więcej. Wszystko inne jest jedynie zapowiadane, niedokończone, odwracalne. Polityczny realizm Kaczyńskiego, tak przenikliwy w diagnozie, nie projektował bowiem polityki faktów dokonanych. Nie wskazywał instytucjonalnych gwarancji naprawy obyczajów publicznych. Co więcej, dążąc do bieżącej przewagi, nierzadko - jak w przypadku Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji czy szerzej mediów publicznych - odbierał nadzieję na jakąkolwiek naprawę tych obyczajów.

Antypolityczny idealizm lidera Platformy jest w tym sensie bliźniaczo wręcz podobny. Podobnie jak Kaczyński zakłada on możliwość rządzenia przez zmiany personalne, a nie instytucjonalne. Zapowiada, że zamiana podejrzliwych realistów na pełnych ufności i dobroci idealistów wystarczy, by sprawy państwa potoczyły się pomyślnie. Co więcej, potrafi tak konstruować obraz wroga (jako zagrożenia dla polityki ufności i dobroci), by w walce z nim można było uciekać się do każdej podłości. Podłości, która byłaby zresztą łatwiejsza do zniesienia, gdyby nie stał za nią patetyczny moralitet uzasadniający konieczność stosowania podobnych metod.

W tym sensie bliższy jest mi realizm Kaczyńskiego. Nie tylko dlatego, że wydaje się mniej obłudny, ale także dlatego, że stanowi bardziej prawdopodobną przesłankę rehabilitacji sensownych funkcji polityki jako koniecznej formy działania. W tym sensie wyposaża działanie publiczne w pewną nieufną i racjonalizującą przesłankę, której w przesłaniu Tuska nie dostrzegam. Tusk musi "doklejać" ją sztucznie do własnej wizji, tak by nie sprowadzić tej ostatniej do naiwnego permisywizmu.

Polityka obu ośrodków kierowniczych jest w tym sensie populistyczna, że umieszcza realne społeczne potrzeby i grupowe interesy w dwóch kanałach ekspresji - antypolitycznym i antyestablishmentowym. Jest populistyczna przez jałowość takiej mobilizacji. Jest wreszcie populistyczna ze względu na odrzucenie instytucji pośredniczących - w tym dość oczywistą redukcję roli partii w systemie politycznym.

Podczas gdy Marcin Król dostrzega "nienormalność" polskich partii w braku spójności programowej ("Europa" z 10 listopada), ja widziałbym ją raczej w ograniczeniu funkcji, jakie spełniają w życiu politycznym. Kształt partii politycznych odpowiada dziś interesom wąskich ośrodków politycznych kształtujących swe strategie całkowicie woluntarystycznie, bez liczenia się z opinią własnych partii traktujących te ostatnie jako podlegający całkowitej wymianie zasób. Najchętniej sprowadzono by je do roli wielkiej agencji reklamowej realizującej odgórnie zaprojektowaną strategię marketingową. Do roli grup, które skutecznie przeprowadzą wiec wyborczy, ściągną skłonnych do wiwatowania zwolenników. Obie partie wyszły zresztą w kampanii samorządowej z podobnymi projektami zbudowania "sieci punktów usługowych", które byłyby substytutem normalnych struktur partyjnych. Substytutem, gdyż nowe partie na scenie politycznej (PO, PiS, Samoobrona, LPR) nie były w stanie wejść w fazę instytucjonalizacji. Zbudowały swoiste mechanizmy rekrutacji i selekcji, które z jednej strony powstrzymują szerszy napływ członków, z drugiej gwarantują skuteczne wypełnianie istotnych dla kierownictwa funkcji wyborczo--marketingowych.

Sam dobór ludzi w polityce partyjnej nie dokonuje się przy tym wyłącznie przez decyzje selekcyjne podejmowane przez zarząd główny. Ta selekcja zaczyna się właśnie wtedy, gdy tworzone są zasady awansu, reguły sprawowania przywództwa, warunki wewnętrznej dyskusji. Przypomnijmy sobie, że najpoważniejszy kryzys w Platformie wybuchł, gdy jeden z działaczy lokalnych zapragnął zorganizować konferencję programową z udziałem Jana Rokity. Kryzys w Prawie i Sprawiedliwości wybuchł, gdy trzech wiceprezesów zażądało dyskusji o strategii politycznej partii i przegrawszy - podało się do dymisji. Oba te obrazy powinny na długo utkwić w pamięci tych, którzy wybierali się po deklarację członkowską ulubionego stronnictwa.

Kto bowiem pójdzie do partii rządzonej w sposób scentralizowany, oparty na przekonaniu o geniuszu lidera, w której cała polityka sprowadza się do dworskiej gry o jego względy? Tylko ci, którym taka kariera odpowiada. Którzy uważają, że dla przyszłych zaszczytów warto przejść przez upokorzenia i zrzec się politycznej podmiotowości. Politolodzy zresztą od dawna wiedzą, czym różnią się partie "duże", masowe od "małych", rzekomo kadrowych. W tych pierwszych liderzy muszą płacić obiektywnymi osiągnięciami i poczuciem uczestnictwa w decyzjach, w tych drugich - płaci się posadami, dojściami do władzy lokalnej bądź centralnej. Do tych pierwszych partii mogą należeć względnie bezinteresowni sympatycy zainteresowani polityką na tyle, by nie poprzestawać na udziale w wyborach powszechnych, zapisujący się do "selektoratu", który wyłania kandydatów na posłów czy radnych, ocenia ich pracę, uczestniczy w partyjnych bataliach między frakcjami, sporach o program czy przywództwo. Do tych drugich zapisują się niemal wyłącznie kandydaci na radnych i posłów, na ratuszowych urzędników i drobniejszych politycznych pośredników. Te drugie upowszechniają wzór polityki ściśle klientelistycznej i transakcyjnej.

Nic zatem dziwnego, że partie takie dochodząc do władzy, nie sięgają do różnorodnych form doradztwa, co postuluje Marcin Król. Doradztwo jest bowiem potrzebne tym, którzy będą rozliczani z efektów rządzenia. W sytuacji, gdy jedynym rozliczającym jest głosujący w wyborach obywatel, jedynym istotnym doradcą będzie wszechobecny spin doctor, spec od wyborczego marketingu, od łatwego zwycięstwa.

Hiperrealistyczna wizja władzy budowana przez Jarosława Kaczyńskiego była bardziej rozwinięta i zakładała konieczność korzystania z rad ekspertów od uprawnień dyskrecjonalnych, szefów służb, kluczowych prokuratorów oraz architektów wzrostu gospodarczego - korzystania z nich jako głębszego źródła społecznej aprobaty. Jednak w codziennym rządzeniu eksperci okazywali się zwyczajnie niepotrzebni. Politycy mogli mówić, co im ślina na język przyniesie, bez obawy o jakiekolwiek koszty jednorazowej czy nawet kilkukrotnej kompromitacji.

Mogli także dlatego, że pozwalali im na to dziennikarze. Długo nie zapomnę modelowego wręcz zachowania dziennikarza telewizyjnego, który najpierw przez kilkanaście minut odpytywał polityków wyłącznie z plotek i komentarzy do komentarzy, a potem przez kolejny kwadrans narzekał z ekspertami na brak merytorycznej debaty w kampanii wyborczej. "Nowemu populizmowi" ulegli bowiem nie tylko politycy, ale także dziennikarze. Poszli drogą gorszej tabloidyzacji. O ile bowiem w tabloidzie potrzebny jest jakiś konkret - to, że ktoś coś ukradł, kogoś pobił lub choćby skłamał - to w wersji złagodzonej wystarczy, że coś powiedział.

Do dobrego tonu należy przerwanie merytorycznego wywodu polityka stwierdzeniem, że widzowie nie zrozumieją tego, co mówi. Nie jest natomiast niczym złym piąta prośba o interpretację jakiejś niemądrej wypowiedzi partyjnego lidera czy politycznego adwersarza połączona z prośbą o jej moralną ocenę. Prym w tym dziele wiodą zatem mało znający się na czymkolwiek, ale za to ostrzy w słowach i szybcy w reakcjach polityczni fighterzy. Oni też stają się nieuchronnie twarzami walczących partii.

Redaktor, który po raz piętnasty zaprasza do studia parę Niesiołowski - Kurski czy Pitera - Karski nie może udawać przed widzami, że nie wiedział, czym się to skończy. Wie doskonale, że do takiego programu może przyjść całkowicie nieprzygotowany. Nie musi sprawdzać, jakie stanowiska mają strony w sprawie polityki karnej, służby zdrowia czy reformy finansów publicznych. I tak przecież nikogo to nie interesuje. Nie tylko media elektroniczne, ale także poważne dzienniki i tygodniki redukują pole rzetelnej informacji o rzeczywistych planach rządu i opiniach opozycji w sprawach praktycznych na rzecz politycznych ploteczek, które następnego dnia zostaną zredukowane do rozmiaru nic nieznaczącej intrygi.

Rzekome społeczeństwo wiedzy wie znacznie mniej o działaniach władz publicznych, niż powinno. Konkretny przykład: w trakcie prac nad ustawą o szkolnictwie wyższym, która dotyczy przecież sporej rzeszy potencjalnych czytelników gazet, relacje prasowe były tak skąpe i ogólnikowe, że trzeba było czekać parę tygodni na ogłoszenie stenogramu z posiedzenia komisji sejmowej, by dowiedzieć się o losach kluczowych nawet rozwiązań. Polityka w jej "ciężkim" i realnym wymiarze toczy się w cieniu spraw błahych, mało konkretnych, za to dających pole do zabawnych polemik.

Normalność w polityce oznacza wyjście poza pozory, poza jałowość, w krainę dających się osiągnąć i weryfikowalnych celów. Bram prowadzących do tego wyjścia nie strzeże żaden obóz polityczny, lecz koalicja mało kompetentnych choć gadatliwych polityków, leniwych dziennikarzy, biernych i konformistycznie nastawionych członków partii. Nie jest to jednak koalicja zdolna do długiego i wytrwałego oporu. O jej sile stanowią pewne trendy cywilizacyjne, w ramach których "infotainment" wypiera resztki informacji niezabawnych. W ramach których wizerunek staje się podstawowym atutem polityka, a merytoryczne przygotowanie staje się równie śmiesznym anachronizmem jak melonik czy muszka. Równie nieuchronne, jak wystąpienie podobnych trendów, wydaje się powstanie reakcji na ich triumfy. O ile jedne z tych reakcji powstaną w wyniku normalnych mechanizmów rynkowych, to inne muszą powstać jako efekt poczucia odpowiedzialności za jakość polityki. Dziś polityka jest grą, w której działania najbardziej pożyteczne pozostają bez nagrody, a laurami obdarza się jednostki destrukcyjne. Poseł, który włożył wiele wysiłków, by ustawa nie była bublem prawnym, minister, który sprawiedliwie rozdzielił publiczne środki, autor pomysłowego rozwiązania, które dało Polsce przewagę konkurencyjną nad innymi krajami - pozostaną zwykle bez nagrody. Ba, w wypadku posła, który pracując nad ustawą, zaniedba przecinanie wstęgi w okręgu i dziesiątki imprez o niewiadomym celu, zasługa taka może zostać ukarana brakiem ponownego wyboru.

W "normalnej" partii polityk taki zasłużyłby na uznanie przywódców, którzy dla własnej wygody chcieliby mieć w drużynie kogoś zdolnego i pracowitego, a przy tym politycznie niegroźnego. W partii, w której politycy są kontrolowani przez dobrze poinformowane i względnie bezinteresowne struktury, istnieje pewna szansa na merytoryczne nagrody. W partii klientelistycznej takie zachowania są obojętne. Mogą stać się przedmiotem zazdrości, jeżeli budzą uznanie ośrodka centralnego. Ten ostatni zwykle jednak woli prostą lojalność i bierność połączoną ze zdolnością zbierania głosów wyborczych.

Obecna degeneracja polityki spowodowana jest w znacznej mierze obowiązującym w niej głęboko niesprawiedliwym systemem kar i nagród, jałowością politycznego działania oraz bezprzedmiotowością wielu politycznych sporów. A ponieważ polityka jest rzemiosłem, nabór uczniów w znacznej mierze określany jest przez to, kogo uważa się za mistrza. Nadzieja na to, że młode pokolenie okaże się zdolne do naprawy instytucji i obyczajów, może okazać się płonna, jeżeli ukrytym kryterium takiej rekrutacji będzie podobieństwo do tych, którzy stanowią przynajmniej medialną reprezentację elity politycznej.

U progu nowej kadencji, na początku nowego politycznego rozdania, warto zatem sformułować sąd sceptyczny co do możliwości "samonaprawy" polityki, co do perspektyw na powrót - czy raczej narodziny - normalności. Proces takiej naprawy powinien zostać wymuszony przede wszystkim przez mechanizmy zewnętrznej oceny działalności publicznej. Punktem wyjścia nie jest zatrudnienie ekspertów w instytucjach władzy, lecz wykorzystywanie ich wiedzy przez instytucje oceniające i relacjonujące działania polityków.

Normalność Tuska i Pawlaka okaże się za chwilę kolejnym hasłem marketingowym i nabierze innego, bardziej dwuznacznego charakteru. Antypolityczna retoryka będzie musiała skapitulować przed politycznością dylematów i odmiennych interesów. Zaniechanie reform instytucjonalnych będzie nie tylko długiem zaciągniętym u następnych rządzących ekip, ale także poważną barierą działania tego rządu, który ich zaniecha.

Po rządach lat 90. odziedziczyliśmy bowiem częściowo tylko zracjonalizowany przez Marka Pola i Jerzego Hausnera aparat polityczno-administracyjny oraz ustrój konstytucyjny blokujący możliwość sprawnego rządzenia. Ciekawe diagnozy stanu państwa formułowane najliczniej w apogeum kryzysu 2003 roku zostały jednak odłożone do archiwum, a triumfy święci odwieczne "jakoś to będzie". Dające szanse na normalność szarpnięcie cugli zostało zastąpione lirycznym i obłudnym kochajmy się, które spycha nas ku politycznemu skansenowi nie mniej stanowczo niż gołosłowne starcia ostatnich miesięcy. Istotną opozycją do normalności w polityce nie jest bowiem spór, konflikt czy awantura, ale jałowość działania politycznego. Wszystko jedno, czy usposobionego bojowo, czy też ugodowo.

Rafał Matyja

p

*Rafał Matyja, ur. 1967, politolog, historyk, wykładowca Wyższej Szkoły Biznesu w Nowym Sączu. Jeden z najbardziej znanych polskich publicystów i komentatorów politycznych - dziś związany z "Dziennikiem". Był działaczem opozycji demokratycznej, redaktorem pism "Nurt" oraz "Debata". W latach 90. pełnił funkcję redaktora naczelnego "Kwartalnika Konserwatywnego" oraz redaktora "Nowego Państwa". Opublikował (wraz Kazimierzem M. Ujazdowskim) książki "Równi i równiejsi" (1993) oraz "Ustrojowa pozycja związków zawodowych: szansa czy zagrożenie?" (1994). Ostatnio wydał "Państwowość PRL w refleksji politycznej lat 1956 - 1980" (2007). Wielokrotnie gościł na łamach "Europy" - ostatnio w nr 186 z 27 października br. zamieściliśmy jego tekst "Koniec Kwaśniewskiego".