Najnowszą książkę Ryszarda Legutki "Esej o duszy polskiej" recenzowali już w "Europie" Maciej Urbanowski i Rafał Matyja. Dla nich była ona pesymistyczną, ale raczej trafną diagnozą polskich problemów, a także intelektualnym wyzwaniem rzuconym polskiemu konserwatyzmowi. Ireneusz Krzemiński pisze o "Eseju" w sposób skrajnie odmienny. Jego tekst to miażdżąca krytyka tez Legutki. Są one zdaniem Krzemińskiego w najlepszym razie bałamutne, a w dużej części po prostu fałszywe. Opierają się na ideologicznej, skrajnie uproszczonej wizji świata zakładającej, że nowa Polska po 1989 roku jest niewiele wartym tworem podejrzanych elit, które nigdy nie był zainteresowane realizacją rzeczywistych interesów narodu. To wizja dziwnie zbieżna z poglądami głoszonymi przez Radio Maryja i zbliżone do niego środowiska. Czyżby więc Ryszard Legutko stał się propagandystą tej właśnie najgorszej odmiany polskiej prawicowości? W praktyce tak właśnie jest - twierdzi Krzemiński - bo wywody krakowskiego filozofa legitymizują tego rodzaju poglądy, ubierając je w bardziej subtelny kostium. Powstaje z tego ideologiczny fantazmat, który niewiele ma wspólnego ze współczesną polską rzeczywistością. Rzeczywistością, w której Polacy coraz częściej próbują łączyć patriotyzm z indywidualizmem, poczucie odpowiedzialności za wspólnotę z tolerancją dla różnie manifestowanej inności. Takie połączenie nie ma jednak wedle Krzemińskiego racji bytu w ideologicznej wizji Ryszarda Legutki...

p

Ireneusz Krzemiński*

Ryszard Legutko w krainie ideoligii

Już drugi, a może i trzeci raz zaczynam spisywać wrażenia z lektury książki profesora Ryszarda Legutki i znów mam kłopoty! Bynajmniej nie dlatego, że przeczytałem dzieło tak umysłowo finezyjne i zaskakujące, że nie wiem, co powiedzieć. Szczerze mówiąc, jest odwrotnie: to mizerny poziom refleksji zamieszczonych pod bombastycznym tytułem "Esej o duszy polskiej" sprawia taką trudność. Czuję się wręcz zawstydzony, bo - było nie było - książka wyszła spod pióra akademika, profesora najlepszej polskiej uczelni (przynajmniej w tegorocznym rankingu). Tymczasem zawiera ona treści w dużym stopniu banalne, od początku do końca podporządkowane jakimś ideologicznym celom i przedstawiające tak schematyczny i nieprawdziwy obraz świata, że nie wiadomo, jak się do nich odnieść. Piszę: "jakimś ideologicznym celom", bo z całą pewnością Legutko podporządkowuje swoje rozważania obronie, a może i propagandzie pewnej polityczno-ideologicznej wizji świata. Mamy tu wyraźnie zarysowanych przeciwników - choć nigdy nie są oni wprost wymienieni. Kryją się za to pod swego rodzaju kryptonimami: a to "postępowych intelektualistów katolickich", którzy chcieli prowadzić dialog z komunistami i tym samym przekroczyli linię nieprzekraczalną, a to "części elity i inteligencji", która przyczyniła się co prawda do upadku komunizmu, ale robiła to przeciw narodowi (chyba powinno się pisać: Narodowi), a to znowu innej (czy tej samej?) "części elit" politycznych i umysłowych, która najpierw Kościół popierała i wykorzystywała, a potem go zdradziła i oddała się jego bezlitosnej krytyce. Z nazwiska wymieniony jest tylko Miłosz jako reprezentant - jak można mniemać - tej "nienarodowej" części elity i inteligencji oraz ucieleśnienie zdradliwej krytyki II Rzeczypospolitej, która była wszak, jak sugeruje Legutko, absolutnie świetlanym okresem naszej historii. Pojawia się jeszcze, raz chyba tylko, nazwisko Leszka Kołakowskiego, który jest ponuro wyśmiewany (wraz z Miłoszem) za tłumaczenie swego poparcia dla PRL niechęcią do Polski przedwojennej. Zaraz wątek ten podejmę, teraz powiem jedynie, że gdyby przynajmniej ideologiczne (bo raczej nie intelektualne) ataki zawarte w książce Legutki zostały wymierzone w przeciwników równie ściśle jak Miłosz i Kołakowski określonych, nabrałaby ona chociaż rumieńców pamfletu politycznego. A tak propagandowy talent autora idzie na marne, bo nie wiadomo do końca, kogo ma na myśli.

Ale cóż to za pole do popisu dla ideologicznych egzegetów! Doszły mnie bowiem słuchy, że na niektórych łamach książka - podobno - została uznana za niezmiernie doniosłe wydarzenie umysłowe. Nie sądzę, by dobrze świadczyło to o tych łamach...

Myśli bałamutne

Przeglądam po raz drugi albo trzeci początek "eseju" profesora Legutki i zastanawiam się, jak ująć jego tezy. Podstawowa myśl, która zarysowuje się w wywodach pseudohistorycznych głosi, że komunizm, ta dziejowa klęska, zerwał ciągłość dziejów narodowych, a wraz z odzyskaniem wolności w 1989 roku bynajmniej nie doszło do zawiązania na nowo zerwanych nici tradycji. W dodatku ci, którzy do upadku komunizmu się przyczynili, wspierając "społeczeństwo", zdradzili naród, bowiem - jak wspomniani wcześniej Miłosz i Kołakowski - określili jako swego głównego wroga tradycję narodową wolnej Polski przedwojennej, nazywając ją "nacjonalistyczną". Efekt był taki, że oto w obecnej wolnej Polsce mamy do czynienia ze społeczeństwem nijakim i równie nijakim narodem: nie wie Polak, kim jest i w ogóle ma zakłócony obraz siebie, a co gorsza żyje w całkiem amorficznej społeczności. Na co dzień zapomina ona całkiem, jakim to jest narodem, jedynie... goni za konsumpcją. Tak chyba trzeba tę tezę zreferować. Składają się na ten wywód szczegółowe podtezy, puenty kolejnych rozważań nad historycznymi epokami Polski, szczególnie peerelowskiej. Niby są to tezy proste, ba, niektóre mają w sobie coś z toporności pałki, ale zarazem sformułowano je tak, że właściwie każdą z ogólniejszych myśli trzeba byłoby natychmiast skorygować - i to abstrahując nawet od polemiki zasadniczej na temat głównego ideowego twierdzenia... Weźmy na przykład sam początek, gdzie profesor konstatuje, że Polskę i Polaków dotknął straszliwy kataklizm ("i to rozciągnięty w czasie"): "Naród po drugiej wojnie był już innym narodem i to w sensie społeczno-biologicznym, a nie tylko w sensie psychologicznym, związanym z doświadczeniem wojny". Dalej jest mowa o tym, że w wyniku wojny, a później komunistycznego terroru "doszło do niemal zupełnej likwidacji całych grup społecznych. Zniszczono ziemiaństwo i arystokrację". Niby to wszystko prawda, ale ciągnący się dalej opis tego kataklizmu wraz z resentymentalnymi wspominkami o polskich kresach jest tak napisany, że nie ma w nim choćby pół zdania na temat tego, że wszystkie wspomniane wydarzenia były cząstką olbrzymich przemian, jakie zaszły w całej Europie. A polski kataklizm, jakkolwiek wielki, był przecież - w równym, a niekiedy znacząco większym stopniu - także udziałem innych, włącznie z naszymi sąsiadami, że już na przykład o Żydach nie wspomnę.

Fałszywie brzmi także lament nad Polską utraconą, który kończy się zdaniem następującym: "Nieco upraszczając, można powiedzieć, że ojczyzna symboliczna Polaków znajduje się dziś poza obecną ojczyzną geograficzną, a dla ogromnej większości znaczy teraz praktycznie tyle, co Termopile, Appomattox czy Pe`re-Lachaise". Konstatacja wydaje mi się bałamutna z kilku co najmniej powodów. Po pierwsze, nikt Mickiewicza ani innych autorów "kresowych" nie wyrzucił z "polszczyzny". A jeśli nawet, to wyrzucaniem zajmowali się zaciekli elpeerowcy, wśród których szerzy się teoria o Mickiewiczu jako agencie carskim, nie wspominając już o jego (tfu!) żydowskim pochodzeniu, o którym w kościołach polskich ostatnio usłyszeć można wcale nierzadko.

Po drugie, jeśli całą sprawę chce się traktować w ten sposób, należałoby uznać, że dla większości narodów Europy ich "ojczyzny symboliczne" są poza granicami geograficznymi. W tej sytuacji niepokój może budzić sens tego stwierdzenia: czy młodzi Polacy, dla których Lwów ma być teraz czymś tak odległym jak Termopile, mieliby zmienić swe nastawienie i przyjąć postawę Serbów niemogących zapomnieć, że to na terenie w większości albańskiego Kosowa mieszczą się ich założycielskie "miejsca narodowe"? Nie wiem, doprawdy, co chce tutaj powiedzieć filozof z Krakowa.

Dalej mowa jest o tym, że władza totalitarna niemal zniewoliła naród polski, ale przedsięwzięcie wykreowania nowego człowieka jednak się nie powiodło. I - co więcej - autor z radością konstatuje, że pogląd, jakoby Polacy nie byli zdolni do zbudowania demokratycznego państwa wolności, jest całkiem błędny: "Polacy sprawnie zbudowali demokrację polityczną - na poziomie nieodbiegającym od innych krajów - a także nieźle poradzili sobie z wolną przedsiębiorczością". Przeczytawszy to, natychmiast popada się w zdumienie, bo oto jeden akapit dalej filozof z Krakowa formułuje swą podstawową tezę: o zerwaniu ciągłości tradycji społeczno-narodowej. Chwilami ma się więc wrażenie, że "nowy człowiek" jednak powstał! Obraz "nowego Polaka" tak jak i obraz "komunisty" na kartach książki Legutki to obraz kogoś w rodzaju kosmity, jakiejś innej mutacji ludzkiego gatunku. "Człowiek po wstąpieniu do partii komunistycznej stawał się inny: inaczej mówił [sic!], zachowywał się [sic!!)] i inaczej organizował stosunki z innymi ludźmi [sic!!!]. To kolejna uderzająco bałamutna myśl: wszystko po wojnie zaczęło się od zera, oczywiście złego zera (a może i dwóch?) - jako coś obcego, niepojętego, narzuconego gwałtem i tylko gwałtem. Stąd do dziś, twierdzi filozof z Krakowa, "Polska, tak jak Warszawa (odbudowana źle i "sztucznie" po wojnie - przyp. IK) sprawia wrażenie kraju sztucznego, żyjącego na niby, bez wyraźnej tożsamości, bez wyraźnego wizerunku (...), bez cech rozpoznawalnych wśród innych narodów europejskich, bez samoświadomości, czym jest, jaką ma wartość i jaką rolę do spełnienia". Uff! Prowokacja to jakaś czy po prostu głupota?

A dalej, kontrastując "sztuczną Warszawę" z "tradycyjnym Krakowem", w którym: "tak jak moja rodzina ledwie aspirująca do inteligencji" ludzie czuli się nosicielami "cnót mieszczańskich" i antykomunizmem, darzy nas Legutko myślą następującą: "O ile Warszawa jest sztuczną hybrydą bez trwałej jedności, o tyle Kraków to społeczność żyjąca w fikcyjnym przeświadczeniu, że taką trwałą jedność posiada, ponieważ - i to jedyny argument - zawsze ją posiadała". Jak łatwo się domyślić, zaraz obok mowa jest o tym, jak to Kraków próbowano "podbić" przez Nową Hutę i jak to w opozycji do niej "stary Kraków" utwierdził swą tożsamość. W tej chwili człowiek traci już głowę: zatracona ta ciągłość czy nie?

Przypadek Nowej Huty powinien zresztą sprawić autorowi kłopot, bo trudno mu zarazem nie przedstawić tego eksperymentu społecznego jako totalnej klapy komunistów. I słusznie Legutko przypomina, że niezwykle symbolicznym końcem "nowego człowieka" w Nowej Hucie (końcem, który musiał stwarzać straszliwy dylemat dla rządzących!) była walka o budowę kościoła przez jej robotniczych mieszkańców. Zarazem, wspominając późniejsze już lata, zwłaszcza posolidarnościową epokę lat 80., nie może nie przyznać, że nastąpiła szczególna, ludzka i obywatelska, by tak rzec, integracja Krakowa i Nowej Huty. Jak to wszystko ma się do tezy o "zerwanej ciągłości"?

Wzmianka o korzeniach rodzinnych autora otwiera inny, niezwykle doniosły i kontrowersyjny temat: chodzi o wielką migrację ludności wiejskiej do miast. Co by się powiedziało na temat przebiegu tych procesów urbanizacyjnych, ich niepotrzebnych kosztów społecznych i kulturowych, była to jednak wielka modernizacja kraju. I żeby nie wiem co mówił filozof z Krakowa, dziś tysiące ludzi będzie twierdzić, że proces zainicjowany przez komunistów otworzył im nowe możliwości życiowe. Sprawa jest zresztą opisywana i analizowana w bogatej literaturze i chyba nie warto pisać banialuk na ten temat niemal 20 lat po upadku komunistycznej Polski.

Następna myśl bałamutna dotyczy stosunku do II Rzeczypospolitej, o którym już wspomniałem. Przemyślenia na ten temat są w omawianej książce dość ogólnie wyrażone - takie terminy jak ideologia narodowa czy Narodowa Demokracja nie pojawiają się w ogóle. Jednak ton wywodów jest jednoznaczny: autor zarzuca zatwardziałą i (rzecz jasna) całkowicie nieuzasadnioną niechęć owej nienazwanej "części elity i inteligencji", która śmiała krytykować II Rzeczpospolitą i zarzucać polskiemu społeczeństwu przedwojennemu uleganie nacjonalizmowi albo "megalomanii narodowej". W tym ogólnikowo zarysowanym i raczej sugerowanym obrazie Naród z Kościołem przed wojną rysuje się jako tradycja świetlana. Miłoszowi dostaje się od Legutki za to, że tak kalał własne gniazdo narodowe, z niechęcią pisząc o II Rzeczypospolitej. Zło pochodzi tylko od komunizmu, nie ma nic złego w przeszłej Polsce. Wymyślane przeciw niej zarzuty (też zresztą lewicowej konduity) są oczywiście niegodne nie tylko dyskusji, ale nawet bardziej systematycznego zreferowania.

Odnosząc zaś sprawę do peerelowskiej przeszłości, bałamutność twierdzeń Legutki na tym polega, że zapomina on całkowicie o tym, że zachodził wyraźny związek między dawnymi endekami a częścią komunistycznego aparatu i że od 1968 roku całkiem jawnie niechęć do Żydów oraz wyraźny autorytaryzm połączyły całkiem różne części narodu. Można tu choćby wskazać działania PAX, który jednak już w latach 70. (nie mówiąc o wzniosłym okresie lat 80.) zmienił swe oblicze na znacząco obywatelskie, i to w sensie całkiem odbiegającym od endeckiej tradycji. Dzięki temu zyskał wówczas społeczne znaczenie. Można wskazać proces wchłonięcia ogromnej części pokolenia AK w "epoce gierkowskiej" przez ZBOWiD, a z drugiej strony przywołać symboliczny przykład Stowarzyszenia Grunwald, którego idee narodowe doprawdy nie odbiegały od endeckiej tradycji. Gdy pisze się o tej przeszłości najbliższej, ale już przecież dość odległej, nie ma żadnego powodu do dokonywania bałamutnych, ideologicznych uproszczeń. Tym bardziej że w refleksji na temat komunizmu banałem stał się już obraz jego ewolucji od antynarodowej ideologii i polityki do "komunizmu narodowego", jak to określił Milovan Dżilas. "Unarodowienie" komunizmu to zresztą zjawisko raczej uniwersalne, które w Polsce manifestowało się ze szczególną intensywnością od czasów Gomułki. I nic dziwnego, bo przecież jego dojście do władzy dokonało się dzięki ogromnemu narodowemu poparciu!

Doświadczenie Marca '68

Wiąże się z tym wszystkim jeszcze jedna sprawa. Ryszard Legutko jest moim rówieśnikiem, a więc przynależy do tego dziwnego pokolenia marcowego, które odegrało istotną rolę w najnowszych dziejach społecznych. Byłem dotąd przekonany, że doświadczenie Marca '68, a potem towarzyszenie nowemu pokoleniu Czerwca '76 (a w Krakowie dodatkowo temu zawiązkowi buntu, jaki powstał po zabójstwie Pyjasa), to wydarzenia fundujące światopoglądowo. Krystalizujące także świat wartości i wrażliwość społeczną. Tymczasem w rozważaniach Legutki Marzec '68 w ogóle nie jawi się jako bunt w imię wolności - zarówno narodowej i demokratycznej, jak i indywidualnej. Rozważania na temat wydarzeń Marca są tak napisane, jakby autora w ogóle przy nich nie było. To zresztą wyraźny znak ideologizacji rzeczywistości: obraz nie wynika z doświadczenia, a jeśli nawet, to z zaklętego w ideologiczne formuły. Marzec '68 to dla Legutki "znak konfuzji" wyrażającej się hasłem, "które podobno" pojawiło się wśród demonstrujących przeciwko zdjęciu z afisza "Dziadów", a mianowicie: "Niepodległość bez cenzury". Jak do tego doszło, komentuje filozof z Krakowa, że można było przypisywać "hasłu wolności wypowiedzi znaczenie tak kluczowe, że mogło być ono postawione na jednym poziomie z hasłem niepodległości"? Całkiem nierzeczywisty był także konflikt wartości, jaki ujawnił Marzec '68 - nie można bowiem przypisać Gomułce i Moczarowi "szacunku do narodu" i chęci obrony tradycji narodowych ("Moczar w takiej roli to absurd" - pisze Legutko). Rzeczywistość marcowa, uruchomienie narodowo-antysemickich haseł, wyrzucenie z kraju Żydów jako nie swoich, nie-Polaków, bez względu na to, z jak bardzo polskich rodzin pochodzili - to wszystko nie istnieje w obrazie Legutki. Natomiast istnieje opozycyjne środowisko, które szukało "jakiejś nieortodoksyjnej" drogi w obrębie systemu, aby powiększyć zakres wolności.

Zdanie, które wyżej cytowałem, a które sugeruje jednoznacznie, że żadna wartość nie może konkurować z narodową, jest bardzo znamienne. Można je zapewne uznać za ilustrację ideologiczno-nacjonalistycznych przekonań. Dla Legutki zespół poglądów, który łączy umiłowanie wolności jednostki z umiłowaniem ojczyzny a nawet grupy narodowej, jest w ogóle niemożliwy. Niemożliwe jest więc także uwzględnienie patriotyzmu tego pokolenia oraz jego uwrażliwienia na kwestię odmienności, a zwłaszcza kwestię stosunków polsko-żydowskich. Wrażliwość moralna pokolenia stworzonego przez doświadczenie marcowe dotyczyła kwestii praw obywatelskich dla mniejszości, a także "kwestii żydowskiej" w dziejach ruchu komunistycznego. Stąd tak ważna była dla tego pokolenia rejestracja przejawów partyjno-państwowego zadęcia narodowego, które nieodmiennie podszyte było tradycyjnym antysemityzmem, tym antysemityzmem, który uzasadniony ideologią narodowo-katolicką wypełniał przecież codzienną rzeczywistość Polski przedwojennej.

Inny, całkowicie niedostrzeżony przez Legutkę fakt, to ten, że doświadczenie Marca '68 miało fundamentalne znaczenie dla wytworzenia się społecznie aktywnej, kontestacyjnej świadomości, krytycznej także wobec przeszłości narodowej, w której duma polska kojarzona była z nienawiścią do innych, na czele z Żydami. Nie ma śladu rozważań, które powinny należeć się czytelnikom takich historycznych wywodów i z większą przenikliwością analizowałyby przemiany potocznej świadomości. Zamknięcie analiz w ramy politycznych formuł związanych głównie z dzisiejszym pojmowaniem układu sił ideowo-politycznych to zbyt wielkie uproszczenie. Powiedziałbym nawet więcej: oczekiwałbym analizy pokazującej trudne dzieje tego pokolenia, które teraz jako ideowa, psychologiczna i społeczno-towarzyska całość na pewno nie istnieje - i to także z powodu ideowej przemiany pokoleniowych przywódców, ikon tego pokolenia, takich jak choćby Adam Michnik. Owszem, z chęcią przeczytałbym wnikliwą analizę krytyczną losów tego pokolenia i samego Michnika, ale, na Boga, niechże będzie ona na jakim takim umysłowym poziomie...

Sprawa katolicka

Jeszcze bardziej zawiła jest sprawa z Kościołem czy szerzej z polskimi katolikami - zwłaszcza jeśli powiązać ją z tezą o zerwanej ciągłości. W żaden sposób nie można wyjaśnić upadku PRL bez włączenia do tych wyjaśnień aktywności polskiego społeczeństwa czy narodu oraz działania Kościoła katolickiego. Kolejna teza Legutki głosi, że zwycięstwo było możliwe dzięki temu, że naród był "przykościelny". Właściwie nie wiem, czy kategoria "narodu przykościelnego" jest całkiem pozytywna, bo przecież brzmi raczej ironicznie... Choć opisywany tu rozdział zaczyna się od solennego, a nawet dramatycznego hołdu złożonego Kościołowi, który "przetrwał straszne czasy wojny, koszmar okresu powojennego, a także kolejne odwilże i przymrozki, by w końcu odnaleźć swoje miejsce w Polsce niepodległej", z dalszych rozważań wynika, że Kościół był zarazem wykorzystywany na swój sposób i przez lud, i przez wrażą dla autora część elity, która korzystała z tej przestrzeni, jaką Kościół dawał, a potem zaczęła go bezwzględnie atakować i krytykować. Na wszelki wypadek autor z góry uprzedza możliwe uzasadnienie krytyki Kościoła za rzekomą Realpolitik, jaką księża i biskupi musieli uprawiać, aby Kościół (a dzięki niemu i naród) w ogóle przetrwał. Potem idzie jeszcze dalej, bo z całą stanowczością krytykuje tych katolickich intelektualistów, którzy chcieli Kościół modernizować, a tym samym oderwać od jego ludowych korzeni. Co więcej, tychże intelektualistów katolickich oskarża o chęć dialogowania z komunistami, co oznaczało zacieranie "nieprzekraczalnej granicy, jak dzieliła komunistyczną ideę od katolicyzmu". Czyli Realpolitik biskupów była w porządku, ale katolickich intelektualistów ogarniętych chęcią dialogu - całkiem intelektualnego - tłumaczyć nie można. Potem - i to myśl naprawdę w lekturze przykra - wykorzystano Kościół do tego, by krzewić ideę społeczeństwa obywatelskiego, co naszemu autorowi bardzo się nie podoba. Jest to myśl przykra dlatego, że to właśnie naród "uobywatelniony" wywalczył tak naprawdę upadek systemu, co w przedziwny sposób uchodzi uwadze autora. Można się domyślać, o jakich to "katolickich intelektualistów" Legutce chodzi i bez względu na to, co można sądzić dzisiaj o tych dawnych kręgach, czymś całkowicie bałamutnym jest przypisywanie tym "dialogującym" środowiskom (krąg "Znaku", "Więzi" oraz "Tygodnika Powszechnego") chęci kooperowania z komunistami. Mamy tu do czynienia z myślami nie tylko bałamutnymi, ale po prostu nieprawdziwymi. Tak naprawdę bowiem ogromne społeczne, obywatelskie i kulturalne znaczenie Kościoła, zwłaszcza wśród mieszkańców miast, w tym wielkich miast, a także wśród inteligencji (i to nawet tej ukształtowanej w PRL) wiązało się z wielkim procesem odnowy religijnej, jaka miała miejsce po soborze watykańskim II. Proces ten w Europie Zachodniej był znacznie szybszy niż u nas, ale w Polsce przypadł właśnie na lata 70., co zbiegło się z innymi procesami, pozwalając na powstanie tego niezwykłego zjawiska, jakim był polski Kościół obywatelski na przełomie lat 70. i 80. (a także później, w ponurej epoce stanu wojennego). To nie tradycja ludowa dała wówczas Kościołowi napęd, ale raczej budowany na jej bazie nowy język kościelny, nowa religijność budząca zresztą wyjątkowe obawy komunistów. Nawet wybór kardynała Wojtyły na papieża był dobitnym znakiem siły tego nowoczesnego Kościoła polskiego. Przejawiał on chęć włączenia "nowej inteligencji" w nurt "odnowionego katolicyzmu", jak go nazywała Mirosława Grabowska usiłująca wówczas badać tę nową świadomość religijną. Była to świadomość manifestująca się choćby w duszpasterstwach akademickich i naukach słynnego w paru miastach ojca Ludwika, które nie miały nic wspólnego z ludowym katolicyzmem. Antysemicki, szowinistyczny, ksenofobiczny, antyinteligencki Kościół wymachujący narodowym sztandarem wydawał się wówczas czymś nie do pomyślenia! Nawet dla spadkobierców tradycji narodowo-katolickiej w "modernizującym się" stowarzyszeniu PAX. Nie można pominąć losów i przemian polskiego Kościoła i sensu owego "społeczeństwa przykościelnego", bo zmieniało ono swe znaczenie - czymś innym było czytanie w kościołach poezji Kamieńskiej, a czym innym są obecne wystąpienia Jerzego Roberta Nowaka... Inny, dramatycznie inny sens miała ta "narodowa przykościelność" w latach 80. i - niestety - obecnie.

Propagandzista Legutko

Pora przerwać tę egzegezę, by nie zamęczyć czytelników do końca. Warto wreszcie powiedzieć sobie: za czym ta propaganda, którą uprawia Legutko? Wywody filozofa z Krakowa nazwałem banalnymi, co już oburzyło innego przywódcę obozu prawicowego, a dawnego liberała i mego przyjaciela, Bronisława Wildsteina. Nie mówię tego przypadkowo: zasadnicza myśl - w swej istocie ideologiczno-polityczna - zawarta w "eseju" Legutki jest myślą nieodbiegającą od tych, jakie pojawiły się już na początku lat 90. Są to interpretacje rzeczywistości z upodobaniem powtarzane przez takich nadawców jak Radio Maryja i jego rozliczne wpływowe kręgi czy też przez zorganizowany ruch neoendecki w postaci Młodzieży Wszechpolskiej i Ligi Polskich Rodzin.

Zawarta w tych interpretacjach idea jest prosta - stała się ona zresztą zaczynem (na szczęście już zakończonego) dzieła PiS. Jej właściwą, potoczną treść można odtworzyć tak oto: Naród, zapatrzony w swą narodowo-katolicką tradycję, dzięki zrządzeniom Opatrzności przetrwał komunistyczną nawałę. Jego oparciem zawsze był Kościół i tylko w Kościele przetrwała prawdziwa, narodowa tradycja oraz duch oporu. Jednak "na powierzchni zjawisk" pokolenie "umoczone" w komunizm i z komunizmu się wywodzące, a chcące "po swojemu" socjalizm zagospodarować przyczyniło się (nie wiadomo właściwie jakim cudem) do upadku komunizmu. Podszywając się pod naród i wykorzystując Kościół oraz poświęcenie zwykłego ludu doszło do władzy, szybko dogadując się znowu z komunistami teraz określanymi mianem postkomunistów. Zdradzając narodowe interesy dogadało się z żydowsko-niemiecko-europejskim biznesem, aby lud polski znowu gnębić z pomocą skorumpowanej III Rzeczypospolitej. Ci zaś, którzy z poparcia Kościoła korzystali, odwrócili się i zaczęli go zajadle krytykować, a Wielką Narodową Tradycję Przedwojenną spostponowali w imię poddaństwa liberalnej Europie.

Nie chcę przez to powiedzieć, że w takiej postaci myśl ta została wyrażona w książce Legutki, ale książka ta w istocie propaguje ten właśnie punkt widzenia. Polska przedwojenna jest kryształowym rezerwuarem wartości. Kościół autorytarny, walczący z liberalną demokracją, stojący na straży narodowego interesu i tradycyjnych wartości (Precz z feminizmem! Precz z gejostwem! Precz z krytykowaniem Kościoła i Państwa!) i oddany mu lud narodowy - to obraz, który z całą pewnością przystaje do wywodów filozofa z Krakowa. Wszak to profesor Legutko napisał głośny esej przeciw tolerancji...

Jeśli piszę tak mocne słowa, to także z głębokiego przeświadczenia, że głupocie towarzyszy w tym eseju zła wola i że nie jest on niewinny, lecz niebezpieczny. Bo wywody Legutki stanowią intelektualne usprawiedliwienie i zaplecze poglądów potocznych, które powyżej starałem się odtworzyć. Można jeszcze zwrócić uwagę na pewne szczególne zwroty, które znajdujemy w "Eseju o polskiej duszy". Chodzi mi o takie wyrażenia jak "ludzie znikąd", "prostactwo" itp. Dla mnie są to określenia, które (jakkolwiek można je czasem uzasadnić) stanowią wyraz pogardy dla ludzi uwikłanych w trudne czasy, w przerastające ich problemy. Przypominają one język charakterystyczny dla PRL, gdzie "oficjalnej" gloryfikacji "mas" towarzyszyła głęboka pogarda wobec nich. Wygląda to trochę tak, jakby cała myśl Legutki napędzana była złymi uczuciami.

Maria Janion wymyśliła pojęcie "fantazmatu" jako czegoś stojącego na pograniczu stereotypu, mitu i symbolu, czegoś, co ma istotną treść emocjonalną, ale wyraża pewną niejasność poznawczą - czarno-białe obrazy konkretu społecznego mieszają się w tych fantazmatach z wyobrażeniami i "pobożnymi życzeniami" albo żądaniami wobec świata, opartymi z kolei na czarno-białych regułach. Wydaje mi się, że "Esej o duszy polskiej" Ryszarda Legutki można zaliczyć do takich fantazmatów ideologicznych - nie dość, że psują one krew, to jeszcze dramatycznie odbiegają od empirycznej rzeczywistości. I to nie tylko w "historycznej diagnozie", ale także gdy chodzi o uchwycenie stanu ducha Polaków Anno Domini 2008.

Bo jeśli prawdziwe są narzekania Legutki na oderwanie się polskiego społeczeństwa od własnej historii - i to właśnie tej najważniejszej, najnowszej - to trudno nie uznać, że w dużym stopniu wynika to z fatalnych cech polskiego dyskursu na ten temat. Przede wszystkim z jego uwikłania w czysto polityczne i ideologiczno-personalne rozgrywki. Ludzie - owi Polacy mniej lub bardziej narodowi - machają więc na to ręką, bo zaczęli cieszyć się życiem, są pełni energii i zaangażowania w swe bieżące, lokalne sprawy. Polska obecna przeżywa po chwilach zastoju przypływ energii, buduje się i urządza, zbiera się przy piwie i przy okazji meczów. I tylko przykro, że zajadle wówczas odwołuje się do stereotypów, które wciąż są obecne w polskim dyskursie publicznym i politycznym. Ale Polacy uczą się też - i to na potęgę! - szacunku do innych i umiejętności współżycia z całą Europą. Mam nadzieję, że już niedługo będą wykrzykiwać przy okazji narodowych fet hasła mniej zjadliwe, a upiorna myśl o własnym Narodzie zeschnie jak trawa, o której wspomina któryś psalm...

Ireneusz Krzemiński

p

*Ireneusz Krzemiński, ur. 1949, socjolog, profesor w Instytucie Socjologii UW, kierownik Pracowni Teorii Zmiany Społecznej, wykłada także w Wyższej Szkole Komunikowania i Mediów Społecznych im. J. Giedroycia. Zajmuje się m.in. doświadczeniem i społeczną historią "Solidarności" - na ten temat opublikował m.in. książki "Czego chcieli, o czym myśleli? Analiza postulatów robotników Wybrzeża z 1970 i 1980 roku" (1987), "Czy Polska po Solidarności?" (1989), "Solidarność - projekt polskiej demokracji" (1997). Oprócz tego opublikował m.in. "Co się dzieje między ludźmi?" (1992) oraz "Wolność, równość, odmienność. Nowe ruchy społeczne w Polsce początków XXI wieku" (2006). W "Europie" nr 207 z 22 marca br. opublikowaliśmy jego tekst "Polska, Europa i polityka".