Tutaj wszelkie opinie są demokratycznie dopuszczone do obiegu. A co najważniejsze, niezależność blogerów od koncernów medialnych ośmiela ich do podejmowania wielu kwestii, którymi prasa z rozmaitych względów się nie zajmuje. Jednak Massing blogosfery bynajmniej nie idealizuje. Ceną naruszania tabu przez blogerów bywa bowiem nierzadko przejaskrawiona, zideologizowana krytyka.

p

Michael Massing*:

Dzięki blogosferze nastąpiła demokratyzacja opinii publicznej w USA

Kilka miesięcy temu na czacie z czytelnikami jeden z szefów "New York Timesa", Bill Keller, narzekał na malejącą podaż wysokiej jakości dziennikarstwa w okresie rosnącego popytu. Wyjaśnił przy tym, na czym jego zdaniem polega wysokiej jakości dziennikarstwo: "Doświadczeni dziennikarze aktywnie szukają wiadomości, wczytują się w dokumenty, budują źródła informacji i kilkakrotnie wszystko sprawdzają, wspierani przez redaktorów, którzy próbują egzekwować wysokie standardy rzetelności". Podaż takiego dziennikarstwa spada, ponieważ jest to ciężka, kosztowna i często niebezpieczna praca, mówił Keller. Podmioty, które zatrudniają takie osoby - głównie gazety codzienne - odchudzają się albo ogłaszają upadłość. W gigantycznej przestrzeni informacyjnej, jaką jest internet, pojawia się mnóstwo głosów wykorzystujących cudzą pracę dziennikarską, ale już nie tak wiele uprawiających poważną reporterkę.

Keller nie jest odosobniony w swoim lamencie. W tych biadoleniach przewija się pewien wspólny wątek: krytyka sieci i blogerów. David Simon, były dziennikarz "Baltimore Sun" i twórca "The Wire", wypowiedział się szczególnie ostro, występując jako ekspert na posiedzeniu komisji senackiej dotyczącym przyszłości dziennikarstwa. Internet jest wspaniałym narzędziem, oświadczył, ale pasożytuje na informacjach z tradycyjnej prasy - agregujące strony internetowe i blogerzy tylko powtarzają, komentują i biją pianę. Czytelnicy czerpią wiadomości od agregatorów i porzucają źródło, a mianowicie same gazety. Jednym słowem, pasożyt powoli zabija gospodarza.


Obraz internetu jako pasożyta ma swoje uzasadnienie. Wiele stron internetowych nie przetrwałoby bez informacji zbieranych przez konwencjonalną prasę. Takie miażdżące wypowiedzi są jednak anachroniczne i mało konstruktywne. Tylko w ciągu ostatnich kilku miesięcy w internecie ukazało się zaskakująco wiele oryginalnych, ciekawych i twórczych (aczkolwiek również chaotycznych i denerwujących) materiałów. Sztuka dziennikarska ulega w sieci przemodelowaniu, obserwujemy wiele fascynujących eksperymentów w zbieraniu, prezentacji i dostarczaniu wiadomości. Jeśli redaktorzy i szefowie naszych czołowych gazet nie zaczną zwracać na to uwagi, to przyspieszą własny upadek.

Przekraczanie politycznej poprawności

Blogosfera okazała się szczególnie atrakcyjna dla tych, którzy dysponują specjalistyczną wiedzą na jakiś temat, ale nie mają dostępu do ogólnokrajowych stron redakcyjnych. Wzorcowy przykład to Juan Cole, naukowiec z University Michigan, który na swoim blogu Informed Comment znacznie precyzyjniej analizuje wydarzenia w Iraku (a teraz w Iranie) niż większość dziennikarzy akredytowanych w tych krajach. Bez trudu można znaleźć dziś wielu podobnych komentatorów piszących na prawie każdy temat.

Dzięki internetowi otworzyły się pewne tematy, których prasa dawniej nie poruszała. Dobrym tego przykładem jest działalność proizraelskiego lobby w Ameryce. Dziennikarze prawie nie zajmowali się tym tematem z obawy przed zarzutami o antysemityzm lub antyizraelskość. Dzisiaj sieć roi się od informacji, analiz, opinii i polemik dotyczących stosunków amerykańsko-izraelskich. Rob Browne, dentysta z Long Island, śledzi ustawodawstwo związane z Izraelem na lewicowym blogu Daily Kos. A M.J. Rosenberg, dawny żydowski jastrząb, który zamienił się w gołębia, demaskuje działania lobby proizraelskiego dla Talking Points Memo. Naprzeciwko siebie mają batalion obrońców Izraela, między innymi Rona Kampeasa, Michaela Goldfarba i Jeffreya Goldberga.

Obie strony korzystają z ogromnej ilości danych dostępnych w internecie. "Dawniej po »Haaretz« musiałbym pojechać do Hotaling - mówi Philip Weiss, autor bloga Mondoweiss, odnosząc się do dawno zamkniętego sklepu z zagranicznymi gazetami w Nowym Jorku. - Teraz całą prasę izraelską i arabską mam online". Weiss jest jednym z wielu moich znajomych, którzy po latach frustracji związanej z pisaniem do czasopism rozwinęli skrzydła w sieci. Jego radykalne stanowisko nie podoba się nawet niektórym innym gołębiom, ale dzięki Weissowi do opinii publicznej przebił się nurt poglądów, który dawniej prawie nie był słyszany.


Przeciw establishmentowi

Nawet w tematach, które nie schodzą z czołówek gazet, takich jak kryzys finansowy, sieć ma do zaoferowania ciekawe i odkrywcze teksty. Na przykład w połowie roku 2007, kiedy pękła bańka kredytów hipotecznych subprime, próbujący wyjaśnić to zjawisko dziennikarze masowo wchodzili na takie strony jak Tanta - ukrywający się pod tym pseudonimem bankier z dwudziestoletnim doświadczeniem obnażał nieodpowiedzialność kredytodawców i lekkomyślność instytucji nadzoru. Yves Smith (pseudonim) demistyfikował rynki kredytowe, a Brad DeLong krytycznie analizował poglądy osób odpowiedzialnych za amerykańską politykę gospodarczą.

Przygotowując się do napisania tego artykułu, natrafiłem na bogate złoża świeżych materiałów o relacjach między Wall Street i Waszyngtonem. W Waszyngtonie znajduje się bowiem biuro, w którym pracuje siedem osób, wśród nich Ryan Grim, zajmujący się Kongresem. Wiosną tego roku obserwował bitwę o zaostrzenie przepisów bankowych, zwłaszcza w dziedzinie kredytów hipotecznych i kart kredytowych. Mogąc publikować teksty kilka razy dziennie, Grim śledzi wydarzenia z dokładnością, której większość dziennikarzy prasowych może mu tylko pozazdrościć. W artykule na temat prób utrącenia przez lobby bankowe projektu ustawy, która utrudniłaby eksmisje niewypłacalnych kredytobiorców, Grim przytoczył słowa senatora Dicka Durbina: "Trudno w to uwierzyć w czasach zawinionego przez same banki kryzysu bankowego, ale ich lobby nadal jest najsilniejsze na Kapitolu. Szczerze mówiąc, mają Kongres w kieszeni". Tych mocnych słów nie przytoczyła żadna większa gazeta, dopiero sześć tygodni później wspomniał o nich felietonista "Timesa" Frank Rich.

Pewna część tej rzeczywistości jest ukazywana przez drukowane gazety i tygodniki, na przykład cykl "USA Inc." w "Wall Street Journal" czy reportaże Gretchen Morgenson i Stephena Labatona w "Timesie", ale generalnie ten aspekt kryzysu finansowego prasa porusza sporadycznie, a krytykę opatruje replikami biznesmenów i ich opłacanych rzeczników, którym dziennikarze czują się zobowiązani dać tyle samo miejsca.


Blogerzy, których czytam, odrzucają takie bezmyślne próby "zachowania równowagi", a ich gotowość do rozstania się z tego rodzaju konwencjami sprawia, że blogosfera jest miejscem ożywczym i twórczym. Doskonale to ilustruje postać Glenna Greenwalda, prawnika, który zaczął blogować w grudniu 2005 roku i już po kilku miesiącach od debiutu wyrobił sobie markę jednego z nieoficjalnych liderów blogosfery. W odróżnieniu od krótkich i ostrych postów preferowanych przez większość blogerów, Greenwald proponuje codziennie jeden esej o objętości dwóch - trzech tysięcy słów. W każdym z nich opiera się na rozległych badaniach, przytacza mnóstwo faktów i buduje argumentację trochę jak prokurator w sądzie.

Greenwald początkowo wyróżnił się zajadłymi atakami na politykę antyterrorystyczną administracji Busha, a ostatnio podejmuje takie tematy, jak wpływ banku Goldman Sachs na politykę ekipy Obamy czy niechęć do posługiwania się słowem "tortury" przez prasę: "Nasze media konsekwentnie odmawiały nazywania »torturami« tego, co robiła administracja Busha, chociaż ponad stu zatrzymanych zmarło. Wystarczyło jednak, że jeden z urzędników Busha określił tym słowem to, co działo się w Guantanamo, i wreszcie media zaczęły używać słowa »tortury« na opisanie dokładnie tych samych metod, jeśli są stosowane przez inne kraje. To symptomatyczne dla mentalności współczesnego dziennikarza". Dla prasy, dodał Greenwald, "każda »debata« ma tylko dwie strony - establishment demokratyczny i establishment republikański".

Złapani w sieć

Czujnie monitorując amerykańską prasę, Greenwald wyrządził nam wszystkim bezcenną przysługę, ale jego posty mają pewną wadę. Śledząc jego argumenty i posłusznie idąc za linkami, czułem się wciągany w ideologiczny tunel aerodynamiczny, bezlitosne podmuchy opinii i analiz mocno mnie męczyły. Po przeczytaniu ostrego potępienia decyzji Obamy o nieopublikowaniu najnowszej partii zdjęć z torturami, zacząłem tracić z oczu przekonujące argumenty na poparcie decyzji prezydenta sformułowane przez innych komentatorów. W swoich dobrze uargumentowanych i prowokacyjnych postach Greenwald często zapomina, że politycy muszą brać pod uwagę praktyczne konsekwencje swoich działań.


To nas kieruje ku bardziej niepokojącym cechom dziennikarstwa, które kształtuje się w sieci. Polemiczne ekscesy, z których słynie blogosfera, pozostają realne. W "And Then There’s This" Bill Wasik, redaktor "Harper’s Magazine", mówi, że w "sieci politycznych blogów, oparta na mechanizmie sprzężenia zwrotnego między blogerami i czytelnikami", powstała maszyna dostarczająca czytelnikowi przefiltrowanych informacji zgodnych z jego poglądami. Wasik przytacza badania, z których wynika, że 85 procent linków w blogach prowadzi do blogów o tym samym nachyleniu politycznym, "prawie żaden blog nie okazuje szacunku żadnemu blogowi drugiej strony".

Ponadto kiedy tyle głosów ubiega się o uwagę, premiowane są pikantne i sensacyjne treści. Daje się naciągane tytuły, żeby internauci jak najwięcej klikali, co jest podstawowym miernikiem sukcesu w sieci. Zarządcy strony na bieżąco widzą, które teksty są często, a które rzadko czytane i mogą promować te pierwsze i chować te drugie. Wspomniane przeze mnie reportaże Ryana Grima o lobby finansowym w Waszyngtonie trudno było znaleźć w "Huffington Post", nie dało się natomiast przegapić takich tabloidowych postów jak "Lindsay Lohan Topless na Twitterze".

Autorzy internetowi są pod nieustanną presją, żeby co chwila zamieszczać coś nowego i zapewnić odpowiednią liczbę odwiedzin. Wiele osób, które na pełny etat piszą dla sieci, narzeka na stachanowskie tempo pracy i związany z tym brak czasu na myślenie czy pracę nad dłuższymi tekstami. Sami internauci nie lubią czytać długich tekstów na ekranie komputera. "Jednego problemu nie udało nam się rozgryźć: jak tworzyć dłuższe formy dziennikarskie online", mówi Jacob Weisberg, były redaktor naczelny "Slate". Chcąc rozwiązać ten problem, następca Weisberga David Plotz każe autorom pracującym nad większymi projektami wziąć sobie sześć tygodni wolnego.

Internet pozostaje też wylęgarnią plotek, przeinaczeń i zmyśleń. Dobrze to ilustruje ostatnia kampania prezydencka. Lewicowi blogerzy (w tym Andrew Sullivan) twierdzili, że Sarah Palin sfingowała ciążę, aby chronić swoją córkę Bristol, natomiast blogerzy prawicowi utrzymywali, że Barack Obama sfałszował swoje świadectwo urodzenia i nie jest obywatelem amerykańskim. Z kolei kaskada materiałów z Iranu, z mnóstwem e-maili, filmików i tweetów o niepotwierdzonej autentyczności wskazuje, że pilnie potrzebni są sprawni agregatorzy, którzy potrafią odróżnić ziarno od plew i pokierować czytelnikami w gąszczu cyberprzestrzeni.


Mimo tych wszystkich problemów sieć jest teraz miejscem, w którym odbywają się fascynujące eksperymenty. YouTube wprowadziło ostatnio Reporters’ Center, w którym doświadczeni dziennikarze radzą, jak należy tworzyć wiadomości międzynarodowe. "Huffington Post" założyło fundusz dla dziennikarzy śledczych. "GlobalPost" z Bostonu zaproponował współpracę dziesiątkom niezależnych dziennikarzy z całego świata. Inne ciekawe nowości to znakomicie redagowany dział książkowy w "Daily Beast", forum wideodebaty w Bloggingheads.tv i konserwatywny serwis blogerski NewMajority.com, który założył David Frum po odejściu z "National Review". Razem wziąwszy, inicjatywy te sugerują, że w świecie informacji zachodzą fundamentalne zmiany.

Clay Shirky, konsultant internetowy i profesor telekomunikacji na Uniwersytecie Nowojorskim, porównuje obecne zawirowania w mediach informacyjnych z rewolucją, jaką było wynalezienie prasy drukarskiej - stare formy przekazywania informacji załamały się, a nowe jeszcze nie okrzepły. Tę historyczną analogię można pociągnąć o krok dalej: tak jak wynalezienie druku złamało monopol średniowiecznego Kościoła na dystrybucję informacji, tak rozwój internetu podcina monopol korporacyjnych mass mediów. Jesteśmy świadkami brzemiennego w konsekwencje procesu decentralizacji i demokratyzacji.

Rzecz jasna, tradycyjne media nadal odgrywają podstawową rolę w informowaniu społeczeństwa, ale czy potrafią się przystosować do ulegającego szybkim zmianom środowiska informacyjnego? I kto będzie w przyszłości płacił za wysokiej jakości informacje?

Michael Massing

Przeł. Tomasz Bieroń

p

*Michael Massing, publicysta amerykański, medioznawca, specjalista w dziedzinie spraw zagranicznych. Współpracuje z "Columbia Journalism Review", "The New York Review", "The New Yorker", "The New York Yimes" oraz "The Atlantic Monthly". Opublikował m.in. książki "The Fix" (2002) oraz wspólnie z Orvillem Shellem "Now They Tell Us: The American Press and Iraq" (2004).