Ten społeczny przekaz encykliki komentuje dziś na naszych łamach publicysta i teolog Jarosław Makowski. Jego zdaniem tylko tak radykalne przesłanie, nawiązujące wprost do egalitarnego ducha Ewangelii, ma sens w świecie, który za sprawą kryzysu znalazł się właściwie na krawędzi rozpadu. Tylko w ten sposób można dziś nawoływać do opamiętania. I do wysiłku przemyślenia na nowo społecznych i ekonomicznych fundamentów zachodniego świata. Wołanie papieża pozytywnie odstaje od gorączkowych, ale pustych i pozornych działań wielkich tego świata, którzy starają się udawać, że panują nad sytuacją. Choć wywody papieża co rusz grzęzną w typowej kościelnej moralistyce, to jednak niezmiernie cenne wydają się jego zachęty do "nowego rozmachu w myśleniu". Czy jednak głos Benedykta ma szansę znaleźć oddźwięk w Kościele? Makowski nie kryje sceptycyzmu: Kościół - co świetnie widać w Polsce - nazbyt ugrzązł w sprawach doczesnych, by mógł sobie pozwolić na powtórne zawierzenie radykalnemu społecznemu przesłaniu Ewangelii. Neoliberalny kapitalizm stał się dla niego zbyt ważny, by dziś na serio wspierać próby jego zasadniczego przekształcenia. Argumenty papieża pozostaną więc zapewne wołaniem na puszczy...

p

Jarosław Makowski*:

Czy radykalne przesłanie Benedykta XVI znajdzie odzew w Kościele?

Wielka cisza, jaka zapadła wśród polskich komentatorów kościelnych i teologów po opublikowaniu społecznej encykliki Benedykta XVI "Caritas in veritate", jest wprost proporcjonalna do oczekiwań, jakie poprzedzały jej ogłoszenie. Nadzieje rosły wraz z kilkukrotnym przesuwaniem daty publikacji. Datę przesuwano ze względu na zawieruchę, jaką na świecie wywołał światowy kryzys ekonomiczny. Papieski tekst nie mógł bowiem nie uwzględnić gospodarczego tsunami, jeśli Kościół chciał, by encyklikę zauważono także poza katolickim światem.

Zadowolenie elit i gniew upokorzonych mas

Konsekwencje kryzysu, który obecnie nęka Amerykę, a jutro może dopaść Azję, mieszkaniec Warszawy czy Krakowa odczuwa natychmiast. To pokazuje, jak radykalnie zmieniła się nasza planeta i jak niewiele aktualnej diagnozy pozostało choćby w społecznej encyklice Jana Pawła II "Centesimus annus", którą papież Polak pisał zaledwie 18 lat temu.

To jednak żadną miarą nie tłumaczy, dlaczego tekst Benedykta spotyka się w Polsce z tak zawziętym milczeniem. Czy w kraju, gdzie jedyną obowiązującą doktryną ekonomiczną jest neoliberalna ideologia, a walkę z kryzysem chce się sprowadzić do "drugiego planu Balcerowicza", tekst Benedykta naszpikowany postulatami wziętymi niemal z manifestów alterglobalistycznych nie jawi się przypadkiem jako heretycki? Czy rodzimy Kościół zaniemówił po dokumencie papieża, bo de facto bliższa jest mu współczesna wersja kapitalizmu, w której czuje się jak ryba w wodzie, niż społeczna ewangelia Jezusa Chrystusa?

Nie trzeba być wprawnym czytelnikiem, by dostrzec, że papieski tekst ma wielu autorów. Papież oczywiście nadał mu własne, szczególne brzmienie, przede wszystkim poprzez horyzont teologiczny, ale dostrzegalne gołym okiem wewnętrzne różnice nie zniknęły. Nie jest to zarzut: encyklika, która porusza tak wiele zagadnień, niebędących naturalnym żywiołem kościelnego nauczania (rynki finansowe, korporacje, systemy bankowe, globalna bieda, mikrokredyty, giełda itd.), z natury rzeczy musi być efektem pracy wielu autorów specjalistów. Kluczowe pytanie jest inne: czy kanonicza wersja tekstu, pod którym Benedykt złożył swój podpis, celnie zdaje sprawę z tego, jak wygląda dzisiejsza rzeczywistość społeczna? Czy w encyklice znajdziemy recepty, jak wyjść ze ślepej uliczki, w którą zawiódł nas "dziki kapitalizm"?

Nie ulega wątpliwości, że dzisiejszy świat znalazł się na krawędzi. Na naszych oczach po przeciwnych stronach barykady miejsca zajmują "kosmopolityczna klasa menedżerów" (określenie z encykliki) i rosnące w zastraszającym tempie masy ludzi pracujących - upokorzone i pełne gniewu. Do rangi symbolu oddającego ten nowy globalny konflikt urasta zdjęcie, jakie obiegło świat po czerwcowym antyrządowym wiecu na Łotwie. Jak wiemy, kraj ten do niedawna uchodził za wzór w oczach przedstawicieli takich instytucji jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy czy Bank Światowy, gdyż z gorliwością prymusa wcielał w życie zalecaną przez nie neoliberalną filozofię. Dziś Łotwa stoi na skraju bankructwa: zamykane są szkoły i szpitale, ludziom odbiera się emerytury i obcina pensje. Cóż jednak zobaczymy na wspomnianym zdjęciu i dlaczego urasta ono - moim zdaniem - do rangi metafory współczesności?

Otóż widzimy tam łotewskiego ministra finansów Einarasa Repse, który stoi w tłumie demonstrantów. Naprzeciw niego, oko w oko, stoi krzycząca kobieta. Co więcej, minister w ostatniej chwili chwyta jej dłoń zaciśniętą w pięść, unikając tym samym ciosu. Ten na pierwszy rzut oka niewinny obrazek zdradza grozę naszych czasów: zderzenie milionowych mas biedaków z sytą i nieliczną oligarchią finansową. Trudno oprzeć się wrażeniu, że obserwujemy tu nowe wcielenie "walki klas".

Rynek pod pręgierzem Watykanu

Jak w tę sytuację wpisuje się papieski tekst? Negatywnym bohaterem encykliki Benedykta XVI jest rynek. A dokładniej: rynek, który wymknął się spod kontroli państwa i nadzorujących go instytucji, stając się dla samego siebie "sterem, żeglarzem, okrętem" i rujnując przy okazji gospodarki takich krajów, jak Węgry albo Islandia... Papież, kreśląc swą krytyczną diagnozę rynków finansowych, dołączył do coraz dłuższej listy krytyków neoliberalnej ideologii, wśród których są również laureaci Nobla z ekonomii Joseph Stiglitz i Paul Krugman.

Dlaczego rynek znalazł się pod papieskim pręgierzem? Przede wszystkim dlatego, że cel rynku w jego obecnym kształcie stanowi nie człowiek, lecz zysk. Tymczasem, jak mówi papież, "największym kapitałem jest człowiek". W sytuacji zaś, gdy dla rynku człowiek to tylko środek do celu, sfery bezpieczeństwa socjalnego ulegają redukcji ze względu na "poszukiwanie większych korzyści". Rynek niszczy "system ubezpieczeń społecznych", co budzi lęk i niepewność ludzi. Dąży do ograniczenia roli związków zawodowych. Przyczynia się do wzrostu nierówności i uderza w społeczną sprawiedliwość. Dla rynku, inaczej niż dla Kościoła, ubodzy są balastem, którego należy się pozbyć. Rynek, choć nie powinien, staje się sam z siebie "miejscem przemocy silniejszego nad słabym", niszcząc tak ważny dla każdej wspólnoty społeczny kapitał, jakim jest zaufanie. Dlatego, konkluduje papież, "rynek sam nie wystarczy".

Czy Benedykt nie jawi się w tej diagnozie jako socjalista z krwi i kości? Jeśli jest socjalistą, to nie ze względu na socjalizm, ale na Ewangelię Jezusa Chrystusa. Logika Ewangelii, w której zapisana została siostrzana i braterska gramatyka relacji międzyludzkich, stoi w radykalniej sprzeczności z logiką rynku, na którym rządzi chciwość, konkurencja i prawo silniejszego. Biorąc za dobrą monetę kategorie teologiczne, należy powiedzieć wprost: rynek jest antychrystyczny. Jest antychrystem. Dlaczego? Ponieważ w świetle społecznej ewangelii Jezusa Chrystusa to człowiek jest zawsze celem, a nigdy środkiem. Żywiołem ewangelii Mistrza z Nazaretu jest miłość. Przejawia się ona w tym, że "jeden drugiego brzemiona nosi", a nie występuje przeciw niemu. Miłość ma organizować nie tylko życie jednostki, ale także życie wspólnoty. Społeczna ewangelia Jezusa głosi więc, że - jak dodaje papież - skandalem wołającym o pomstę do nieba są społeczne nierówności. Fakt, że biednych traktuje się jako brzemię, a nie jako wyzwanie i zobowiązanie do chrześcijańskiego miłosierdzia. "Dać jeść głodnemu" to naczelny "imperatyw Kościoła", zauważa Benedykt. I dodaje: "Solidarność to przede wszystkim fakt, że wszyscy czują się odpowiedzialni za wszystkich". W jednym uniwersalnym siostrzeństwie i braterstwie. Ludzkość nie wróci oczywiście do raju raz na zawsze utraconego, ale to jeszcze nie powód, byśmy całkowicie zarzucili dążenie do urzeczywistniania świata, w którym naczelną zasadą organizującą nasze życie jest miłość, a nie rynek.

Nieuchronna porażka kościelnego moralizowania

Jak Benedykt wyobraża sobie praktyczną realizację takiego dążenia? Papieskim lekarstwem na doskwierający nam deficyt miłości w życiu społecznym jest, niestety, typowe kościelne moralizowanie. Papież ma oczywiście rację, kiedy gani chciwość, która zaczęła uchodzić za cnotę. Ma rację, kiedy nawołuje, by etyka wróciła do sfery ekonomicznej i finansowej. Trudno nie zgodzić się z Benedyktem, kiedy wzywa on do zmiany stylu życia, tak by przeciwstawić się konsumpcjonizmowi i hedonizmowi, który sprawił, że technika zastępuje naukę, zarządzanie politykę, zaś seksualność zajmuje miejsce miłości. Można jedynie przytaknąć, gdy papież stwierdza, że technika zniwelowała odległości między ludźmi, ale nie wytworzyła żadnej bliskości. Trudno również nie powiedzieć "tak", kiedy Benedykt zachęca do ekologicznego stylu życia, bo cały świat jest stworzony ręką Boga, a więc do Niego należy.

Ale niemal natychmiast po przeczytaniu tych postulatów rodzą się wątpliwości. Jak bowiem owe wezwania mają znaleźć posłuch wśród ludzi dobrej woli, skoro sami wierni i kościelne instytucje je ignorują? Przecież i Kościół lokował pieniądze wiernych na giełdach, licząc na szybkie zyski (teraz okazało się, że w wyniku zapaści finansowej część z tych pieniędzy stracił)... Jak nawoływania papieża, by rzucić wyzwanie materializmowi, mają się do faktu, że również Radio Watykańskie zatańczyło tak, jak zagrał mu kapitalizm, godząc się niedawno po raz pierwszy w historii na nadawanie spotów reklamowych? I dalej: jak Kościół ma być nauczycielem skromnego i uczciwego życia w Polsce w sytuacji, gdy opinia publiczna co rusz dowiaduje się o nadużyciach Komisji Majątkowej zwracającej mienie kościelnym instytucjom? Jak wiernych przekonać, że nie samym chlebem człowiek żyje, ale "każdym słowem, które od Boga pochodzi", kiedy widzimy, że niektórzy księża całą swoją posługę duszpasterską sprowadzają do troski o swój chleb powszedni? I w końcu: czy należy się aż tak mocno dziwić globalnym korporacjom, które wyciskają zatrudnianych robotników jak cytrynę, skoro w kościelnych instytucjach ludzie pracują często za przysłowiowe "Bóg zapłać"?

Jak na dłoni widać, że papieska recepta na bolączki dzisiejszej sytuacji sprowadza się do tego, do czego sprowadza się każde kazanie, czyli do wezwania "Poprawcie się!". Jednocześnie Benedykt jest człowiekiem zanadto doświadczonym, by nie wiedzieć, że ludzie nie są aniołami. A kościelne moralizowanie, choć stanowi kanoniczny rytuał, nie ma w sobie siły koniecznej do tego, by rzeczywiście zmienić świat.

Iluzje postępu i negatywna globalizacja

Dużo bardziej intrygujące jest to, że papieska encyklika - raczej nieświadomie - odsłania zasadniczą i permanentną degradację świata. To budzi grozę, a więc może zrodzić i opamiętanie. Benedykt w swym tekście często nawiązuje do encykliki Pawła VI "Populorum progressio" (1967). Jak wiadomo, Paweł VI wierzył jeszcze w postęp ludzkości, choć widział też, jakie grzechy na jego drodze się popełnia. Benedykt również pisze o postępie. Chce wierzyć, że ludzkość nie stoi nad przepaścią. Czy postępuje tak tylko dlatego, że - jak celnie notuje brytyjski filozof John Gray w znakomitej książce "Słomiane psy" - "ludzie nie mogą żyć beż złudzeń"? Że dla współczesnych mężczyzn i kobiet "irracjonalna wiara w postęp może stanowić jedyne antidotum na nihilizm. Nie potrafiliby żyć bez nadziei, że przyszłość okaże się lepsza od teraźniejszości"? Logika tekstu Benedykta jest potwierdzeniem słów Graya: odsłania bowiem postęp negatywny. Papież często stosuje figurę nawiązania typu "już Paweł VI pisał" czy też "już mój poprzednik wskazywał". O czym to świadczy? O tym przede wszystkim, że już Paweł IV w drugiej połowie XX wieku przestrzegał przed niepożądanymi zjawiskami, które dziś ukazały w pełni swoją brutalną twarz. Tyle że tamten głos okazał się głosem wołającego na puszczy.

By dokładnie to zilustrować, przyjrzyjmy się nowej wersji postępu, czyli globalizacji. Przecieramy oczy ze zdumienia, w jak szybkim tempie globalizuje się terroryzm, przepływ kapitału, handel żywym towarem, handel bronią, jak szybko i sprawnie globalizują się rynki finansowe. Jednocześnie obserwujemy, z jakim trudem (jeśli w ogóle) globalny charakter przybierają instytucje kontrolujące rynek, z jakimi oporami przebija się do świadomości uniwersalność praw człowieka czy globalnej odpowiedzialności za ziemię, jaki śmiech wywołują sugestie, by spróbować stworzyć globalny rząd, który stałby na straży praw, obowiązków i solidarności. Innymi słowy, o ile globalizacja negatywna krzepnie dziś w siłę, o tyle globalizacja pozytywna nawet nie zakiełkowała.

Świat, zamiast wzrastać, karleje, a postęp jest iluzją - oto przesłanie na początek XXI wieku, jakie płynie z papieskiego tekstu.

Czy powinno zatem dziwić, że wobec negatywnego postępu, negatywnej globalizacji i globalnego krachu finansowego Kościół jest bezradny? Dołączył on dziś po prostu do długiej listy tych instytucji i mędrców, którzy bezradnie rozkładają ręce, zdradzając jednocześnie, że nie mają dobrej recepty na bolączki, jakie sami sobie zgotowaliśmy. A gołym okiem widać, że dobiliśmy do ściany.

Cóż bowiem robią nasze rządy i międzynarodowe instytucje, na których barkach spoczywa odpowiedzialność za globalny ład? Pozorują działania. Ileż w ostatnich kilku miesiącach odbyło się szczytów i spotkań - G20 w Waszyngtonie, G20 w Londynie, wreszcie G8 na gruzach włoskiej L’Aquili po trzęsieniu ziemi...

Te mityngi politycznych i finansowych elit miały pokazać przestraszonym masom, że przywódcy panują nad rzeczywistością, że kontrolują to, co się dzieje, i że w razie potrzeby zapobiegną tragedii. Sygnał, jaki mieli dostać przerażeni o swój los ludzie, jest następujący: "Śpijcie spokojnie, my nad wszystkim czuwamy". Kłopot w tym, że działania rządów i międzynarodowych instytucji mają charakter wyłącznie pozorny i pokazowy. Maksyma obwiązującej dziś filozofii światowych elit brzmi: "Coś trzeba robić!". Na pytanie: "Co dokładnie?", pada zwykle odpowiedź: "Nieważne, cokolwiek". Im większa niepewność i chaos, tym większa konieczność pozorowanych działań, mających dać poczucie złudnego bezpieczeństwa.

Bezczynność lepsza od pozorowanej walki

Aktualne więc pozostaje pytanie: co robić? I drugie: jak robić? Moja odpowiedź brzmi: nic! Nie w tym sensie, byśmy teraz mieli usiąść, załamać się i czekać na koniec świata. Przeciwnie: należy usiąść, by w końcu pomyśleć. To bowiem, co dziś kłuje w oczy, to bezmyślność świata. Z tego też powodu kilka zdań encykliki Benedykta budzi nadzieje: "Paweł VI zauważał, że »świat cierpi z powodu braku myśli«. Słowa te zawierają stwierdzenie, ale przede wszystkim życzenie: potrzebny jest nowy rozmach w myśleniu, by lepiej zrozumieć konsekwencje faktu, że jesteśmy jedną rodziną; oddziaływanie między ludami na Ziemi zachęca nas do tego rozmachu, aby integracja odbywała się raczej pod znakiem solidarności niż marginalizacji".

Powtórzymy raz jeszcze: "świat cierpi z powodu braku myśli". Dlatego "potrzebny jest nowy rozmach w myśleniu". Oto, jak się zdaje, lekarstwo, które - niejako mimochodem - zostało przez papieża sformułowane. Kiedy świat wypada z kolein, uratować nas może tylko myślenie. Kto jednak przejmie się papieską zachętą do myślenia kosztem działania? Politycy? Finansiści? Teologowie? Trudno w to uwierzyć...

Żyjemy wszak w kulturze przymusowego "robienia czegoś", choć nie wiemy, ani dlaczego coś robimy, ani w jakim celu. "To nie bezczynni marzyciele, lecz praktyczni mężczyźni i kobiety uciekają od rzeczywistości; w aktywności szukają schronienia przed błahością ich egzystencji" (John Gray). Przymus działania i pozorowana walka z kryzysem gospodarczym stają się więc rodzajem miotacza ognia, jakim próbuje się gasić nasz stojący w płomieniach dom. A to oczywiście znak, że najgorsze dopiero przed nami.

Jarosław Makowski

p

*Jarosław Makowski, ur. 1973, teolog i publicysta, stale współpracuje m.in. z "Gazetą Wyborczą", "Rzeczpospolitą" i "W drodze". Opublikował zbiory wywiadów "Mistrzowie w krainie życia. Rozmowy nie tylko o filozofii" (2001) oraz "Dziesięć ważnych słów. Rozmowy o Dekalogu" (2002). Ostatnio wydał książkę "Kobiety uczą Kościół" (2007).