Wierszyna jest biało-czerwona. Biała zimą, bo na Syberii zimą wszystko jest białe. Czerwona latem, gdy śnieg stopnieje i odkryje ziemię rdzawego koloru, która w formie kurzu pokrywa szybko wszystkie samochody. Auta z Wierszyny można poznać wszędzie właśnie po czerwonawym osadzie. Do tej oddalonej o 7 tys. km od ojczyzny wsi Polacy przybyli 103 lata temu. Dobrowolnie. Oni tego na pewno nie wiedzieli, że tu tak zimno – mówi Franciszka Janaszek, wnuczka przesiedleńców. Siedzimy w Domu Polskim w Wierszynie, 140 km na północ od Irkucka. Jej mieszkańcy do dziś zachowali nie tylko polską tożsamość, ale i język. To ostatnia taka wieś w azjatyckiej części Rosji.

Dziś zakrawa to na paradoks, ale na początku XX wieku nawet rosyjska Syberia wielu Polakom mogła jawić się jako ziemia obiecana. Bieda na ziemiach polskich, zwłaszcza na prowincji, była niewyobrażalna. Do 1914 r. tylko zabór rosyjski opuściło za chlebem co najmniej 1,5 mln ludzi. Większość wyjeżdżała do Ameryki, ale kilkaset tysięcy wybrało wyjazd w głąb Rosji. Właśnie w ten sposób na mapie Azji, tysiące kilometrów na wschód od granic ojczyzny, pojawiły się takie nazwy, jak Wilenka w guberni jenisejskiej (obecnie kraj krasnojarski) czy Biełostok w guberni tobolskiej (dziś obwód tomski).

Carscy urzędnicy tylko do tego zachęcali – raz, że oznaczało to rozrzedzenie polskiego żywiołu na ziemiach dawnej Rzeczypospolitej. Dwa, że w ten sposób zasiedlano Syberię, tę rosyjską wersję Dzikiego Zachodu. Po trzecie wreszcie, reorganizacja rozmieszczenia chłopów w imperium była jednym z założeń wielkiej reformy rolnej premiera modernizatora Piotra Stołypina. W 1910 r. wędka została zarzucona na Zagłębiu Dąbrowskim – zachodnim krańcu imperium, tuż przy granicy oddzielającej trzy zabory. W wioskach, które dziś są częścią Sosnowca, Będzina czy Dąbrowy Górniczej, pojawili się akwizytorzy nowego życia.

Obiecywali olbrzymie przestrzenie, lepsze życie i pełną wolność. O różnicach klimatycznych nie wspominali – a lokalni chłopi, martwiący się głównie tym, czy na kolejnym przednówku nie przyjdzie umrzeć z głodu, mogli nawet nie przypuszczać, że podobne różnice w ogóle na Ziemi istnieją. Jako pierwsi na rekonesans jechali tzw. chodaki. Zgodnie z przekazywaną z ust do ust tradycją przesiedleńcy mieli do wyboru trzy miejsca w okolicy. Na przyszłą Wierszynę padło, bo najbardziej przypominała rodzinne strony. – W naszej wsi żył jeden chodak, Pietrzyk. Pamiętam, jak po powrocie opowiadał, jak tam bydło chodzi samopas po lasach. Dużo tam, mówił, wszystkiego, i koni, i krów, i owiec. Wszystkiego pełno, będziemy jadali zawsze z mięsem – wspominała Magdalena Myczko, rocznik 1901, w rozmowie z historyk Natalją Galotkiną.

Rodziny Myczków, podobnie jak Janaszków, Wójcickich, Pietrasów czy Sztemplowskich, dały się przekonać. Chętnych – a było to ponad 200 rodzin – w czerwcu 1910 r. na dworcu kolei iwangorodzkiej (miano Iwangorodu nosił wówczas Dęblin) w Dąbrowie, obecnie zwanej Górniczą, zapakowano do pociągów z całym dobytkiem. – Braliśmy poduszki, pierzyny, święte obrazy, odzież. Bagaż szedł oddzielnie – wspominała Magdalena Myczko. Podróż pociągiem trwała dwa tygodnie. Przesiedleńcy dotarli w tym czasie do kilkutysięcznej osady Czeremchowo, 130 km od Irkucka. Dzisiaj Czeremchowo jest 50-tysięcznym miastem. Niektórzy Zagłębiacy już tu zostali, zatrudniając się w okolicznych kopalniach węgla. Resztę, w sumie 58 rodzin, czekała jeszcze pięciodniowa podróż konnymi telegami przez syberyjską tajgę.

Każda rodzina dostała zwrot jednej trzeciej kosztów podróży, trochę pszenicy, działkę i 30–60 rubli na zagospodarowanie. Kwotę nieoszałamiającą jak na pieniądze, które miały posłużyć za zaczyn na nowe życie. Średni zarobek robotnika przemysłowego w 1913 r. wynosił w Petersburgu 24 ruble. Dla porównania – funt (0,4 kg) kaszy gryczanej kosztował wówczas 10 kopiejek. Za kurę trzeba było zapłacić 75 kopiejek. Ale nie pieniądze były głównym zmartwieniem nowych mieszkańców Syberii. Przed budową domu trzeba było własnymi rękoma wykarczować działkę.

Sama sobie tego nie wyobrażam. Przecież tu była tajga, nie było nic, nawet ziemianek. Ja bym teraz z dzieckiem nie pojechała, a oni po ośmioro wieźli – kręci głową Franciszka Janaszek. Do pierwszego śniegu, który w tej części świata zaczyna padać z końcem września, nikt nie zdążył postawić domu. Zimę – jak opowiada pani Janaszek – spędzono więc w ziemiankach, zbudowanych z gliny zmieszanej ze słomą i kamieniami. A według danych Rosgidromietcentra średnia temperatura styczniowej nocy wynosi tu minus 29 stopni, a zdarzają się i ponad 50-stopniowe mrozy. Jak twierdzi wnuczka przesiedleńców, tylko cudem pierwszym wierszynianom udało się ją przetrwać w komplecie. Zwłaszcza że nie mogli liczyć na pomoc sąsiadów. Miejscowi Buriaci (naród bliski Mongołom) przyjęli ich nieufnie, choć wcześniej to przywódca buriackiej wspólnoty Trofim Trubaczejew – pisze Natalja Galotkina – zgodził się na przekazanie Polakom 5650 dziesięcin (6170 hektarów). Co najmniej jeden polsko-buriacki spór trafił wówczas nawet do sądu. Polak został uniewinniony od zarzutu kradzieży dwóch bochenków chleba.

Większość z przesiedleńców wymaga troski, zajęli najmniej zdatną do zagospodarowania działkę, nie mając przy tym żadnego doświadczenia np. w handlu drewnem, smołą i dziegciem itd. Przegłodowawszy pierwszą zimę, będą głodować i w tę – raportował w liście do biskupa irkucki ksiądz Piotr Bulwicz, sam będący zesłańcem. Zdesperowani wierszynianie, których w 1911 r. było tu już 377, zbierali środki na podróż w rodzinne strony. Udało się powrócić zaledwie kilku rodzinom. – Sami zbieraliśmy każdego rubla. Zabrakło nam pięć dni do wyjazdu, gdy wybuchła wojna (światowa – red.) – opowiadała Magdalena Myczko. Wybuch wojny napędził przy tym inflację i zebrane pieniądze wystarczyły jej rodzinie na kupno pudełka zapałek. A po 1926 r. powrót był już zakazany.

Ksiądz Bulwicz się pomylił – nie docenił polskiego samozaparcia. Po dwóch latach we wsi stała już szkoła. Po pięciu poświęcono kościół. Obie te instytucje odrodziły się na fali pieriestrojki. Polacy w Związku Sowieckim byli procentowo najsilniej narażonym na represje narodem. Zbrodnie nie ominęły także Wierszyny. W 1938 r. w ramach tzw. operacji polskiej (tej samej, w ramach której zamordowano 111 tys. Polaków, głównie z terenów Białorusi i Ukrainy, a kolejne 100 tys. deportowano do Azji) śmierć poniosło 30 wierszynian. Dzisiaj ich pamięć upamiętnia tabliczka zamontowana przed wejściem do drewnianej świątyni.

Kościół zaś – choć po zamknięciu w 1929 r. początkowo miał zostać zrównany z ziemią – ostatecznie został od strony ulicy obudowany gmachem klubu kołchoźnika. Po przyjściu pieriestrojki pustą świetlicę rozebrano. W czasie kolektywizacji utworzono tu z dopiero co przyznanych przecież przesiedleńcom ziem kolektywne gospodarstwo, nazwane – a jakże – Czerwona Wierszyna (później przemianowana na Drużbę). Niestety, bolszewicy rozkradli i zniszczyli większość oryginalnego wyposażenia świątyni. Ocalał baranek wykradziony z magazynu przez urzędnika i zwrócony po upadku ZSRR. Oraz pasyjka z krzyża przydrożnego, z którą wiąże się najpopularniejsza miejscowa legenda. Oto na któreś ze świąt komunistycznego kalendarza miejscowi komsomolcy urządzili sobie zawody w strzelaniu do krzyża. Pierwszy strzelec, nauczyciel, Polak, w pasyjkę trafił, ale rykoszet wybił mu oko. Zapał do świętokradztwa szybko komsomolcom przeszedł.

Pasyjka przetrwała następnie w ukryciu w domu Magdaleny Myczko. Pani Magdalena służyła wiernym za namiastkę duchownego, gdy wokół szalały stalinowskie antyreligijne represje. Chrzciła dzieci, grzebała zmarłych, uczyła podstaw religii. Zmarła w słusznym wieku, cztery dni przed 97. urodzinami. Jej grób na miejscowym cmentarzu – zorganizowanym nie, jak to w Rosji najczęściej bywa, na uboczu miejscowości, ale w samym jej centrum, na górce naprzeciwko kościoła – do dziś jest szczególnie zadbany, często leżą na nim świeże kwiaty. Co ciekawe, do niedawna cmentarz służył także bardziej przyziemnym celom – było to bowiem jedyne miejsce, w którym dało się złapać sygnał komórki.

W czasie pieriestrojki wierszynianom z powrotem rozdano ziemię po rozwiązanym kołchozie. Jego pracownicy dostali po 11 hektarów, nauczyciele – po siedem. Ziemia była jednak stopniowo skupowana przez byłego dyrektora kołchozu Drużba, Rosjanina Anatolija Artiomcewa. Dzisiaj bowiem Wierszyna jest wsią polsko-rosyjską. Buriatów w miejscowości nie ma (jeśli nie liczyć jednej rodziny), choć ten mongolski naród dominuje w najbliższej okolicy. Świadczą o tym same nazwy okolicznych wsi: Dundaj, Charagun, Chonzoj, Szarałdaj. Podobnie jak one Wierszyna należy do okręgu ust-ordyńsko-buriackiego, który jest częścią obwodu irkuckiego. W okręgu Buriaci stanowią 39,7 proc. ludności. Gdy miejscowy zespół Jarzumbek jedzie do Ust-Ordyńskiego, 15-tysięcznej stolicy okręgu, na ludowe festyny, zwykle na scenie towarzyszą mu buriackie kapele ludowe.

Zachowanie dawnej kultury i języka to jeden z małych cudów polskiego skrawka Syberii. Mieszkańcy mimo dekad przymusowej ateizacji obchodzą podstawowe święta katolickie – Boże Narodzenie, Wielkanoc (nazywaną tu Lejkami), Wszystkich Świętych. Był jednak czas, gdy nawet nie wiedzieli, kiedy jest Wielkanoc, bo nie mieli kalendarza – opowiada o. Karol Lipiński, miejscowy proboszcz. Przetrwała kuchnia – choć po polskim rosole lub flaczkach w miejscowym Domu Polskim można dostać rosyjskie bliny. Zachowaniu języka, jak pisze w kwartalniku „Zesłaniec” socjolog Michał Głuszkowski, sprzyjały z kolei polsko-buriackie różnice kulturowe i – w mniejszym stopniu – wyznaniowe w odniesieniu do Rosjan i osiedlonych w pobliskiej Tichonowce Ukraińców.

Tradycje i obyczaje wierszynian (...) stanowią obecnie konglomerat elementów kultury polskiej, radzieckiej, rosyjskiej i buriackiej (...). Po pogrzebie mieszkańcy Wierszyny zostawiają na grobie dla zmarłego pożywienie i nalewają kieliszek wódki, natomiast nowożeńcy (...) zatrzymują się na moście lub skrzyżowaniu, żeby zgodnie z buriackim zwyczajem »pobryzgać«, czyli skropić ziemię alkoholem – pisze Głuszkowski. Mieszkańcy wsi uczestniczą też np. w buriackim święcie sportowym surcharbaan. Wierszynianie – mimo że w czasach sowieckich w szkole języka nie uczono – wciąż jednak mówią po polsku, choć z wyraźnym akcentem i licznymi rusycyzmami. I nic w tym dziwnego, skoro ich polszczyzna rozwijała się niezależnie i w izolacji od ojczyzny.

Dzisiaj dotarcie do Wierszyny wciąż pozostaje sporym wyzwaniem, choć nie wymaga już tak długiej podróży, jak w 1910 r. Napisać, że droga z Irkucka jest w fatalnym stanie, to nic nie napisać. Asfaltowa nitka chyba nigdy nie była remontowana, koleiny i dziury corocznie się powiększają, rozjeżdżane dodatkowo przez załadowane drewnem gruzowiki. Kierowca busa, który wiózł nas do Wierszyny, był miejscowym Rosjaninem, a mimo to kilka razy ledwo zmieścił się w zakręcie, z trudem korygując kierunek jazdy na pokrytej lodem nawierzchni. Mimo to zima jest najłatwiejszą porą na dojazd. Jesienią, a także wiosną, gdy puszczają lody, dotarcie do wsi bywa niemożliwe ze względu na błota.

Dzieci przez trzy pierwsze lata nauki uczęszczają do szkoły na miejscu. Starsze muszą dojeżdżać do Dundaju lub Tichonowki. Od kilku lat wozi je szkolny autobusik. Chyba że akurat nie dojedzie – wówczas uczniów czeka kilkunastokilometrowy marsz przez pustkowie. Kilkudziesięciu wierszynian pracuje w gospodarstwie Artiomcewa. Reszta żyje głównie z wyrębu lasów – najczęściej nielegalnego, bo w zbiurokratyzowanej i skorumpowanej Rosji zdobycie licencji na wyrąb tajgi graniczy z cudem. – Chińczycy kupią każde drewno i rozliczają się od ręki gotówką. To wymarzeni kontrahenci – mówią miejscowi. Kary? Zazwyczaj policjanci zadowalają się drobnymi podarkami. Choć był przypadek przedsiębiorcy, który za brak licencji dostał od sądu w Irkucku 4 tys. rubli (415 zł) kary. Kwitnie drobna przedsiębiorczość: w liczącej 530 mieszkańców Wierszynie, wiosce ciągnącej się na pięć kilometrów, funkcjonuje sześć sklepów.

Życie codzienne jest takie, jak w każdej innej wiosce. Zdarzają się sąsiedzkie konflikty, szef byłego kołchozu regularnie np. napuszcza policję na kościół, skarżąc się na zbyt głośne dzwony elektroniczne (w jednym z donosów napisał wbrew prawdzie, że Polacy wygrywają hymn państwowy z wieży kościoła). Mieszkańcy mają jednak tajną broń: Galinę Janaszek, córkę pani Franciszki, emerytowaną major milicji – z dawnych lat pozostały jej kontakty, które dziś pomagają w polubownym rozwiązywaniu rozmaitych problemów. Wierszyna wyróżnia się czym innym: jest zdecydowanie bardziej zadbana. I nie jest to tylko polskie myślenie życzeniowe: Wierszyna zadziwia, bo wygląda jak kalka zachodniej wsi – pisze irkucki tygodnik „Kopiejka”. Domy i płoty są pomalowane, przy studniach sterczą żurawie, a po wsi krążą wozy o znajomych kształtach. Takich widoków nigdzie indziej w Rosji się nie zobaczy – za to gdzieś w okolicach Olkusza i owszem.

Odkąd Rosja otworzyła granice, a internet i telefonia komórkowa wdarły się w życie codzienne jej mieszkańców, Wierszyna przestała być odcięta od reszty świata. Do wsi trafia coraz więcej polskich wycieczek. Niektórzy mieszkańcy skarżą się, że przez przyjezdnych są traktowani jak ciekawostka przyrodnicza. Tymczasem największym problemem Wierszyny jest jej wyludnianie się. Młodzi wyjeżdżają za wygodniejszym życiem, choćby do Irkucka. Dlatego najbardziej przydałaby im się pomoc w postaci np. doprowadzenia wodociągu, dzięki któremu nie trzeba by przy czterdziestostopniowym mrozie załatwiać potrzeby w wygódkach. Bo akurat regularnych kąpieli w syberyjskiej bani nikt na trywialną wannę w łazience tu nie zamieni.

Autor dziękuje Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia za organizację wyjazdu do Wierszyny.