Z czym się państwu kojarzy XIX w.? Z panami w cylindrach, dorożkami na ulicach, wiktoriańską wstrzemięźliwością, powstaniami narodowymi? Może z dymiącymi kominami fabryk? Dobrze pamiętać, że był to nade wszystko czas cywilizacyjnego szoku. Nigdy wcześniej świat Zachodu nie zmienił się tak diametralnie i dogłębnie; dzisiejsza rewolucja technologiczna jest już powtórką z rozrywki, cyfrowo-lśniącą, post humanistyczną, ale jednak powtórką.

Poza wieloma innymi atrybutami współczesności XIX stulecie wymyśliło także zbrodnię wymagającą wyjaśnienia i detektywa, który musi rozwikłać jej tajemnicę. Relacje między ludźmi w gigantycznych skupiskach ery przemysłowej zatomizowały się na tyle, że trzeba było scedować zaufanie na kogoś z zewnątrz: kogoś, kto dostrzega porządek tam, gdzie inni widzą tylko chaos. XIX-wieczny detektyw w typie Sherlocka Holmesa wspomagał się wprawdzie osiągnięciami nauki, ale w istocie był – w sensie intelektualnym – nadczłowiekiem albo superbohaterem. Od tej figury już całkiem niedaleko do medium, kogoś, kto nie musi już nawet opuszczać swojego pokoju, by rozwiązywać zagadki kryminalne, ma bowiem dar czytania przeszłości z przedmiotów, z pisma, z zapachów. Pozostaje w kontakcie z duchami zmarłych, a wśród narzędzi ma prekognicję, jest więc niekiedy w stanie zapobiec zbrodni na moment przed tym, nim się ona wydarzy.

To tylko jeden krok i twórca Sherlocka Holmesa, Arthur Conan Doyle, go zrobił, bowiem w drugiej połowie życia został entuzjastycznym wyznawcą spirytyzmu.