Dziennik Gazeta Prawana logo

Maszyny do zabijania. Oto najlepsi snajperzy II wojny światowej

1 grudnia 2015, 14:26
Ten tekst przeczytasz w 5 minut
Karabin snajperski
Karabin snajperski/Shutterstock
Zdyscyplinowani, opanowani profesjonaliści precyzyjnie trafiający w cel, ale też zwiadowcy i mistrzowie maskowania się... Snajperzy bojowi, to więcej niż strzelcy. Biografie tych najlepszych w swoim fachu przedstawia książka "Snajperzy Drugiej Wojny Światowej". Autorami są czołowi historycy wojskowości, a każdy z rozdziałów czyta się niczym znakomitą powieść. 

Simo Häyhä, Ludmiła Pawliczenko, Wasilij Zajcew, Bert Kemp, Sepp Allerberger... nazwiska tych snajperów przeszły do legendy II wojny światowej.

Ten pierwszy miał 160 cm wzrostu, czyli nie wiele więcej niż karabin, którym się posługiwał... "Biała śmierć", czyli fiński strzelec wyborowy Simo Häyhä. Do fińskiej armii został powołany w 1925 roku. Wychował się na rodzinnej farmie, w których uczył się myślistwa i sztuki przetrwania w surowych warunkach.

Häyhä swój talent strzelecki wykorzystał w zabójczy sposób podczas wojny radziecko-fińskiej w latach 1939-1940.

- czytamy w "Snajperach Drugiej Wojny Światowej".

Polowanie na żołnierzy wroga doprowadził z czasem do perfekcji. Potrafił godzinami siedzieć w bezruchu w swoich kryjówkach i doskonale zamaskowany oczekiwał na strzał. Nosił biały kombinezon narciarski i nawet lufę karabinu owijał białą gazą. Za pożywienie służyły mu kostki cukru. Häyhä używał karabinu M/28-30, który był fińską wersją samopowtarzalnego karabinu Mosin-Nagant.

8489386-.jpg
Snajperzy Drugiej Wojny Światowej

Co ważniejsze, był pozbawiony... celownika optycznego. Häyhä używał jedynie celownika mechanicznego umieszczonego na kolbie karabinu.

Rosjanie nie mieli sposobu na wyeliminowanie "Białej śmierci". Czasem z bezsilności używali nawet artylerii i moździerzy, by zabić fińskiego snajpera, ale bezskutecznie. Häyhä wysłał na tamten świat 542 żołnierzy sowieckich.

Nie mniejszą sławą okryło się nazwisko radzieckiego snajpera Wasilija Zajcewa. Podobnie jak jego fiński odpowiednik, Zajcew od najmłodszych lat uczył się posługiwania bronią. Był myśliwym z wioski Jeleninskoje na Uralu. Prawdziwą chwałą okrył się podczas krwawych walk o Stalingrad w 1942 roku. Radzieccy dowódcy doskonale znali wyjątkowe umiejętności strzeleckie Zajcewa i dostał on zadanie stworzenia pierwszej szkoły i oddziału snajperów, którzy w ruinach miasta eliminowaliby z walki niemieckich żołnierzy i oficerów.

"Praca" snajpera w rumowisku Stalingradu była szczególnie trudna, ponieważ broń snajperska przeznaczona jest do walki na dużym dystansie. W Stalingradzie znaczna część walk odbywała się na bardzo bliską odległość. Dochodziło do wielu snajperskich pojedynków. Zajcew stał się znany, sowiecka propaganda wykreowała go na bezwzględnego zabójcę Niemców. Doniesienie o radzieckim snajperze nie uszły uwagi hitlerowcom. To podobno wtedy doszło do najsłynniejszego pojedynku strzelców wyborowych Stalingradzie. Do miasta miał zostać wezwany niejaki major Koenig, dowodzący berlińską szkołą snajperów. Miał jedno zadanie: zabić Zajcewa. Autorzy książki wyjaśniają jednak, że nazwisko Koenig (Król) mogło być pseudonimem niemieckiego strzelca funkcjonującego na tamtym odcinku frontu. W związku z tą walką wymieniano także nazwisko Thorvald, ale taki żołnierza nie ma w niemieckich aktach i nie kierował on berlińską szkołą snajperów. Jedno nie ulega wątpliwości, pojedynek znakomitych strzelców wyborowych się odbył, a na przeciwko Zajcewa stanął snajper znający swój fach po mistrzowsku.

W ruinach miasta odbyła się gra, z której zwycięsko wyszedł Wasilij Zajcew. Opuścił on armię w randze kapitana. Jego oficjalny wynik to 242 zabitych. Autorzy książki piszą, że w rzeczywistości Zajcew zanotował 400 trafień, ale tylko trafienia potwierdzone (przez obserwatora) umieszczano w oficjalnych dokumentach. Uważa się, że wśród sowieckich snajperów największą liczbę zabitych wrogów miał na koncie Iwan Sidorenko ze 112 Pułku Strzelców - 500 oficjalnie potwierdzonych trafień.

Wśród snajperskich legend jest także przedstawicielka płci pięknej. To Ludmiła Pawliczenko, jak o niej ówcześnie mówiono, najgroźniejsza kobieta świata. Ukrainka, która w 1937 roku rozpoczęła studia historyczne, a tuż przed wojną obroniła pracę magisterską. Po ataku Niemców na ZSRR jako ochotniczka zgłosiła się do sowieckiej armii. Jej sława wykuwała się podczas obrony Odessy. Swoje pierwsze trafienie zaliczyła w czasie czterodniowych walk o wzgórze 54.2 koło Bielajewki. Dokładnie były to dwa celne strzały, trzeci z Niemców zdołał zbiec. Była doskonałą maszyną do zabijania. Potrafiła przebywać w ukryciu nawet 18 godzin, mając do dyspozycji tylko suchy chleb i wodę...

Średnio zabijała czterech Niemców dziennie. Ogółem jej wynik w czasie walk o Odessę to 187 trafionych żołnierzy wroga. Broniła też Sewastopola. Pawliczenko kilkakrotnie była ranna, a na jej koncie zapisano ostatecznie 257 zabitych wrogów.

Zmarła w październiku 1974 roku. Jej imię nosi jedna z ulic Sewastopola...

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj