Podczas tego heroicznego wyzwania ptaki zużywają zapas tłuszczu, który magazynowały na podróż, i - wyczerpane lotem - spadają na ziemię. W ubiegłym tygodniu do warszawskiego zoo niemal
codziennie mieszkańcy stolicy przynosili po kilka mysikrólików. Na Półwyspie Helskim zdarzało się, że przechodnie widzieli całe trawniki usłane małymi oliwkowozielonymi ptakami.
Co robić w takiej sytuacji? Ornitolodzy apelują, by nie zabierać wyczerpanych ptaków do domu. "Bardzo trudno je wykarmić, bo mysikróliki jedzą wyłącznie maleńkie owady. Dlatego
zostawmy je w spokoju, bo one po prostu odpoczywają" - mówi Wojciech Kania ze Stacji Ornitologicznej PAN na Wyspie Sobieszewskiej w Gdańsku. Możemy za to przenieść je w bezpieczne,
nasłonecznione miejsce, gdzie nie dopadną ich koty ani psy, by mogły spokojnie nabrać sił przed dalszym lotem.
Mysikrólika można zabrać ze sobą jedynie, gdy widać, że jest on poraniony. "Gdy znajdziemy takiego ptaka, trzeba go jak najszybciej przywieźć do nas" - mówi Andrzej
Kruszewicz z Ptasiego Azylu w warszawskim zoo. "W tym czasie można podawać mu wodę, ale tylko jako kropelki na listku. Na wolności mysikróliki piją bowiem tylko krople rosy" -
tłumaczy.
Mysikróliki są chronione, choć wcale nie ma ich tak mało. Co roku ornitolodzy obrączkują setki tych ptaków, by lepiej poznać ich zwyczaje. Dzięki temu wiadomo, że przez większą część
roku mieszkają w lasach świerkowych lub jodłowych. Najłatwiej wypatrzeć je można właśnie zimą. Są pokryte oliwkowozielonym puchem. Samice mają żółte, a samce pomarańczowe pióra na
łebkach, z czarną obwódką. Dla samców jest ona powodem do dumy, gdy prężą się w czasie godów przed samicami.
Przybysze z północy zimują w Polsce w lasach, gdzie żywią się na przykład jajkami owadów przylepionymi do igieł. Te, które nauczą się orientować w miejskiej przestrzeni, najchętniej przeczekują mrozy w miejskich parkach.