Widziałem to w telewizji. Sam nie czułem nic, nigdy nie byłem członkiem partii. Współczułem Rakowskiemu. To była jego życiowa klęska. Długo był wierzącym komunistą. Przez kilka dziesięcioleci wierzył, że można połączyć realny socjalizm ze zdrowym rozsądkiem, wierzył w socjalizm z ludzką twarzą. Ale będąc jednocześnie dobrym dziennikarzem i przyzwoitym człowiekiem, coraz wyraźniej dostrzegał, że jego ideały nie sprawdzają się w życiu. Przechodził ewolucję w kierunku rozgoryczonego, rozczarowanego krytyka. Widać to w jego dziennikach, słychać było w rozmowach. Mniej było to widoczne w jego wystąpieniach publicznych i na łamach Polityki.
Zaraz, zaraz, niech pan tak prędko nie wyrzuca na śmietnik twórcy najlepszego czasopisma od Berlina do Władywostoku. Rakowski nie był aparatczykiem. Siedział wprawdzie w środku aparatu
partyjnego, w kieszeni miał legitymację partyjną, w młodości uważał się za komunistę, później zaliczał rozmaite szkolenia i konwentykle. Ale jednocześnie redagował najlepsze pismo w
obozie, a wieczorami chodził do teatru, a nawet – wraz z Andrzejem Jareckim – popełnił niezbyt udaną sztukę teatralną. Był akceptowany przez ówczesną elitę: pisarzy,
muzyków, aktorów. Miał na Mazurach mały domek, gdzie całe to towarzystwo się zjeżdżało. Przychodzili też do redakcji na tradycyjne bale. To był człowiek z innej ligi niż reszta
komunistów.
Rakowski coraz lepiej zdawał sobie sprawę, że służy systemowi, który jest nieludzki, łamie charaktery i nie służy dobrze Polsce. Ale jednocześnie miał świadomość, że tuż obok jest
radziecka potęga, jest Jałta i że tego zmienić nie może. On, czy szerzej, my wszyscy w redakcji Polityki byliśmy w latach 60. i 70. naprawiaczami rzeczywistości, najwyżej reformatorami. Ale w
żadnym wypadku nie byliśmy po drugiej stronie barykady. Nie byliśmy w więzieniach. Tam gdzie Kuroń, Moczulski, Michnik, Modzelewski. Raczej czuliśmy intuicyjnie, że oni mają rację, ale nie
mieliśmy odwagi do nich przystąpić.
Czytaj dalej >>>
A skąd pan wie, że bez szemrania? Rakowski wielokrotnie ochraniał swoich ludzi, pisze o tym m.in. w swojej książce Andrzej K. Wróblewski, który miał bezpiekę na głowie i Rakowski go
wybronił. Rakowski nie był człowiekiem bezkompromisowym. Gdyby nim był, nie byłoby Polityki, która była dziełem jego życia. Wedle dzisiejszych kryteriów Rakowski za rzadko mówił
„nie”. Ale dla aparatu partyjnego: Gomułki, czy Moczara, którzy w każdej chwili mogli go wywalić z Polityki, a nawet raz go zdjęli ze stanowiska, tych
„nie” było i tak za dużo. Jako redaktor Polityki Rakowski całe życie balansował pomiędzy tym co można, a tym co będzie już zbyt dużą herezją. I prowadził najbardziej
niezależne państwowe czasopismo w Polsce.
Wydarzenia lat 1980-1981 nas wyprzedziły. Do 1980 r. cieszyliśmy się popularnością i uznaniem jako twórcy świetnego pisma, liberałowie, którzy starają się dostrzegać rzeczywistość
taką, jaka ona jest. Po sierpniu w pierwszej chwili uważaliśmy, że istnieje możliwość dogadania się. Pierwszy wywiad z przywódcami strajku w stoczni gdańskiej ukazał się u nas. Robiłem
go wspólnie z Andrzejem Krzysztofem Wróblewskim. Na zdjęciu na pierwszej stronie Polityki widać Wałęsę, Borusewicza, Gwiazdę, Walentynowicz i Lisa. Siedzimy z nimi, rozmawiamy i panuje
nastrój, powiedzmy, dialogu. Oni godzą się udzielić nam wywiadu, mimo że żywią głęboką nieufność do prasy oficjalnej, ale stawiają warunek, że wszystko musi być opublikowane do
ostatniego słowa. Potem Rakowski parę dni zabiegał i targował się na samej górze, by to zostało puszczone i udało mu się. Z czasem "Solidarność" nabrała takiego
rozpędu, że było już jasne, iż to jest ruch, który domaga się demokracji, wolności, i to jest nie do pogodzenia z jednopartyjnym systemem, socjalizmem realnym, że naszym - i nie tylko naszym
- zdaniem Moskwa tego nie zaakceptuje. No i wtedy każdy dokonywał swojego wyboru, tak jak wcześniej w 1968 r.
Ja cały czas pisałem na rzecz jakiegoś porozumienia, na rzecz jakiegoś modus vivendi. Nie wyobrażałem sobie, że system może upaść za naszego życia. Uważałem, że
"Solidarność" ma skrzydła Ikara. Moskiewskie słoneczko ją spali.
Czytaj dalej >>>
Komunizmu nie warto było ratować, ale Polskę – tak. Pamiętam moje rozmowy z Rakowskim i jego rzecznikiem Jerzym Urbanem pod koniec lat 80. Oni zdawali sobie sprawę z tego, że system
się wali, jest skazany na ostateczną porażkę. Nie widzieli innej perspektywy, jak podzielenie się władzą z opozycją. Chcieli wmontować ją w sejm, senat, samorząd. Ale do końca nie byli
gotowi, by nie rezygnować z tzw. kierownicy, czyli kierowniczej roli partii. Pod koniec 1989 r. Rakowski zrozumiał jednak, że jako szef partii, która w praktyce się rozsypała, nie ma żadnego
wpływu na to, co się dzieje. Uznał realia, że ogromna większość społeczeństwa odrzuca system. Rozwiązał partię i usunął się z życia publicznego, ale do śmierci w 2008 r. pozostał
wnikliwym analitykiem życia politycznego, czynnym publicystą, redaktorem lewicowego miesięcznika „Dziś”.
p
, dziennikarz i dyplomata, wieloletni felietonista tygodnika Polityka i były ambasador RP w Chile, także tłumacz, satyryk i autor książek