Dziennik Gazeta Prawana logo

Wiktor Świetlik: PiS wzmacnia postkomunę i łamie zasady

5 listopada 2007, 23:21
Ten tekst przeczytasz w 5 minut
"Prawo i Sprawiedliwość, by osłabić Platformę, podlewa więdnący kwiatek postkomunizmu. Robi to, budując pozycję Aleksandra Kwaśniewskiego i namaszczając go na swojego głównego adwersarza. Tym samym zaprzecza swoim zasadom" - pisze szef działu Opinie w "Fakcie" Wiktor Świetlik.
PiS uznało, że lidera PO i jego partię trzeba zmarginalizować. Obejść i zepchnąć do drugiego szeregu. Trudno byłoby mieć o to pretensje. To logiczna i skuteczna strategia. Problem jednak w tym, że Prawo i Sprawiedliwość, by osłabić Platformę, podlewa więdnący kwiatek postkomunizmu. Robi to, budując pozycję Aleksandra Kwaśniewskiego i namaszczając go na swojego głównego adwersarza. Tym samym formacja Jarosława Kaczyńskiego zaprzecza jednej z najważniejszych zasad, na których została ufundowana. Woli eliminacji postkomunizmu z życia publicznego.

O czym powinni rozmawiać liderzy dwóch największych partii w debacie wyborczej? Premier powinien odnieść się do zarzutów o brak reformy służba zdrowia, ubezpieczeń, wytłumaczyć się z polityki zagranicznej. Donald Tusk powinien odpowiedzieć na pytanie, jakie elementy pozytywnego programu oprócz gremialnej krytyki rządu jego formacja przedstawiła przez ostatnie dwa lata. To wszystko powinniśmy usłyszeć z ich ust podczas przedwyborczej konfrontacji. Niestety, prawdopodobnie nie usłyszymy. Do ich debaty najprawdopodobniej nie dojdzie.

Socjotechnicy PiS już dawno uznali, że najprostszą metodą walki z PO będzie marginalizowanie jej przy pomocy Aleksandra Kwaśniewskiego. Dlatego PiS będzie traktować nie Donalda Tuska, a byłego prezydenta jako głównego adwersarza Jarosława Kaczyńskiego. Pomimo, że PO cieszy się dwukrotnie większą popularnością niż LiD. Pomimo, że tylko debata z Tuskiem ma jakikolwiek merytoryczny sens. W ten sposób tworzy się iluzję, że spór na linii Kaczyński - Kwaśniewski jest kluczowy. I że to wobec niego wyborca musi się określić wybierając jedną albo drugą stronę.

Były prezydent zrobił ostatnio naprawdę wiele, żeby sobie nie dopomóc. W jego przypadku nawet znajomość języków służy autodestrukcji. Po angielsku sugerował Niemcom zaostrzenie kursu wobec Warszawy. Po rosyjsku (i po pijanemu) wspierał obóz prorosyjski na Ukrainie. Ale trzeba przyznać, że stara opinia o kociej zdolności spadania Aleksandra Kwaśniewskiego zawsze na cztery łapy znowu się potwierdza. Rzucenie rękawicy Jarosławowi Kaczyńskiemu i podniesienie jej przez premiera szybko przysłoniło tamte obrazki. Czy był to efekt cichego porozumienia PiS z LiD w sprawie marginalizacji PO? Wiele wskazuje na to, że Kwaśniewski po prostu wykorzystał dogodny moment ratując skórę, a premier - zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami - odegrał swoją rolę.

Jeśli do takiego układu doszło, to chyba zrobiono już krok za daleko. To przecież PiS jawił się jako formacja, która w największym stopniu była zbudowana na antykomunizmie i antypostkomunizmie. Na chęci ograniczenia wpływów nomenklatury, która sprywatyzowała część Polski jeszcze w latach 80., a zalegalizowała ten majątek po Okrągłym Stole. Na odrzuceniu przyzwolenia na korupcję i przeniesienia faktycznych ośrodków kontroli nad państwem pomiędzy rozmaite struktury nie kierujące się jego interesem. To wszystko symbolizowały rządy SLD. A także postać Aleksandra Kwaśniewskiego, który w symboliczny wręcz sposób w ostatnich dniach swojej prezydentury ułaskawił Zbigniewa Sobotkę.

I co teraz? Czy PiS-wskie real politik, które miało usprawiedliwiać koalicję z Samoobroną, teraz usprawiedliwia restytucję postkomunistów? Czyli właśnie to, czemu te wszystkie wcześniejsze działania miały zapobiec?

Ktoś powie, że SLD i tak jest słabe. To nie znaczy, że zawsze będzie takie. Przed 1993 rokiem partie solidarnościowe też nie dostrzegały zagrożenia jakie stanowią postkomuniści. Teraz powinny być bogatsze o spore doświadczenie. A skutki tej obecnej rewitalizacji postkomuny być może za kilka lat, po wyborach samorządowych, zobaczymy na poziomie lokalnym. Może w Starachowicach?

Ktoś inny powie, że to tanie moralizatorstwo. Wszak jak pisał Zbigniew Herbert, cnota to niemodna stara panna, której zawsze daleko było do mężów władzy. Tyle że politycy i PiS, i PO, ale szczególnie PiS, tę cnotę i moralność deklinowali przez wszystkie przypadki. Bez krzty skromności, zamiast mówić tylko o naprawie państwa, głosili rewolucję moralną. Jakby byli kaznodziejami. Tym bardziej teraz to razi. Gdzie ta moralność? Przy układach z Kwaśniewskim?

Jeszcze niedawno być może mieliśmy szanse na trwałą przebudowę sceny politycznej. Na sprowadzenie jej do dwóch silnych formacji z niepostkomunistycznym rodowodem. Konserwatywno-socjalnej i liberalnej. Z czasem narodziłaby się może też szansa na powstanie jakiejś nowej lewicy. Lewicy, w której znalazłoby się miejsce dla Ryszarda Bugaja, Sławomira Sierakowskiego, może Marka Borowskiego. Ale nie całej struktury SLD, które poza wyeliminowaniem z gry Millera, pozostało nie zmienione. Bo LiD to SLD. Tylko przystrojone przez kilku niedobitków z UW i namaszczone przez Adama Michnika. Dlatego ten antytuskowy układ PiS i SLD jest regresem do sytuacji sprzed 2005 roku.

Oczywiście nie tylko PiS jest winny. Nieszczęsna PO mogłaby zacytować klasyka liberalnego, Friedricha von Hayeka, który stwierdził, iż "wszystkie siły antyliberalne łączą się przeciwko wszystkiemu co liberalne". Mogłaby, gdyby w ogóle wiadomo było coś więcej na temat liberalizmu PO. Niestety działalność liderów Platformy przez ostatnie dwa lata sprowadzała się do krytykowania w czambuł wszystkiego co robił rząd. PO zagłosowała nawet za becikowym, a jej przedstawiciele popierali roszczeniowe postulaty pielęgniarek. A polityk, który przedstawiał najbardziej merytoryczną krytykę - ale też alternatywę - został zmarginalizowany. Przegrał, bo nie umiał zbudować sobie sprawnej sitwy wewnątrz partii.

Obydwie te partie, i PiS, i PO padają dziś ofiarą swojej retoryki. Wiem, że spin-doktorzy, czyli po prostu manipulatorzy, są w polityce potrzebni. Problem zaczyna się, gdy liczą się już tylko oni. Gdy ich propaganda to jedyny przekaz, a w dodatku jest nakierowana nie tylko na zewnątrz, ale też do środka partii. Gdy zamiast debaty Tusk - Kaczyński, zamiast sporu o wybór między drogą liberalną a interwencjonityczną, mamy tylko czarne billboardy PO mówiące o tym, że nam wstyd za PiS. Gdy dyskusja nad różnicami w wizjach polityki zagranicznej została zredukowana do surrealistycznego spotu telewizyjnego z salonową elitą, która chce oddać Niemcom Mazury.

A postkomuniści? Mogą zachować się jak mucha, która natrętnie uprzykrzała się bohaterowi jednego z opowiadań Rolanda Topora. Siadała wciąż na nim, a on ją odganiał. W końcu odleciała kawałek dalej, usiadła i powiedziała ludzkim głosem tajemnicze słowa: "Nie szkodzi. Poczekam".
Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj