Już wkrótce polska policja za pieniądze z Brukseli zbuduje supernowoczesny system wyłapywania i karania przekraczających prędkość kierowców. I w ten prosty sposób staniemy się krajem, w którym przy najgorszych chyba w Europie drogach staną najlepsze radary.
Dwa dni temu wjeżdżałem na Węgry. Jechałem 160 kilometrów na godzinę, a co chwila ktoś mnie wyprzedzał. Jechał więc z pewnością zbyt szybko, ale byliśmy na jednej ze znakomitych autostrad, którymi ten kraj jest pokryty, a przy drogach nie czaili się policjanci z radarami. Zupełnie inaczej jest w Polsce - tu w przypadku każdego niestosownego lub niepożądanego zachowania stosuje się dwie metody. Pierwsza polega na ostrzeganiu: stawia się na szosach niezliczone (nigdzie na świecie nie ma ich tyle) tablice ostrzegawcze, że będą koleiny lub dziury. Jest tych ostrzeżeń tak dużo, że przeszkadzają w jeździe.
Druga metoda polega na karaniu - teraz po zainstalowaniu za unijne pieniądze jeszcze liczniejszych niż dotąd radarów i błyskawicznym egzekwowaniu mandatów metoda ta okazała się po raz
kolejny charakterystyczna dla polskiego stylu rządzenia. Zamiast budować autostrady, lepiej stawiać radary i masowo wlepiać mandaty.
Otóż każde dziecko wie, że korupcja jest naganna, ale już nie każde potrafi poddać analizie i wyjaśnić dylemat następujący: czy lepiej coś szybko i skutecznie załatwić dla interesu
wspólnego, ryzykując drobne nieprawidłowości, czy lepiej zabezpieczyć się ze wszystkich stron i wobec tego zwlekać z podjęciem decyzji i działaniem?
Jeżeli potrafimy odróżnić drobne nieprawidłowości od dużych, to jestem stanowczo za pierwszym podejściem. W trakcie niedawnej miernej debaty telewizyjnej premier Kaczyński wspomniał, że w południowych Włoszech sprawy szły kiepsko, bo była korupcja (rzeczywiście była). Sprawy miały się źle jednak dlatego, że przymus darowizny na rzecz urzędników państwowych poważnie przekroczył umowne i akceptowane przez tamtejszą opinię publiczną kilkanaście procent i sięgnął aż 40 proc. Wtedy chadecja upadła i do dzisiaj się nie podniosła. Pytanie więc brzmi: czy zezwolić na bardzo ograniczoną i "naturalną" korupcję, czy raczej tak się pilnować, że już nic się nie jest w stanie zdziałać?
Jeżeli spojrzymy na inwestycję w radary z tego właśnie punktu widzenia, to szybko okaże się, że doskonale pasuje ona zarówno do polskiej tradycji, jak i do jej wersji oferowanej przez PiS. Gdyby ktokolwiek brał się rzeczowo a nie pryncypialnie do walki z korupcją, to pierwszym zadaniem nie byłoby, niewykonalne zresztą praktycznie, śledzenie jak po upadku PRL powstawały nowe fortuny, lecz dokładne sprawdzenie, jak to się stało, że przez 18 lat zbudowano w Polsce tak żenująco mało autostrad. Jestem przekonany, że ten, kto by miał odpowiednie uprawnienia i dane, mógłby analizując tę kwestię zarówno wszcząć wiele procesów sądowych, jak i ujawnić mechanizmy - niekoniecznie przestępcze - które powodują, e w Polsce w sferze publicznej (bo na szczęście nie prywatnej) dominuje niemożność. Oto zadanie i antykorupcyjne, i badawcze, ale nikt, żaden rząd ani żadna organizacja pozarządowa, nie chce się go podjąć. Dlaczego?
Dlatego, że w Polsce nie myśli się w kategoriach instytucjonalnych, tylko w kategoriach personalnych i punitywnych. W Polsce dominuje myślenie następujące: jeżeli coś jest źle, to winien jest ktoś, a skoro ktoś jest winien, to trzeba go złapać i albo wsadzić, albo chociaż wyrzucić. A może nie ma ludzkiej konkretnej winy, może jednak przyjąć, że w dzisiejszym bardzo skomplikowanym świecie siłami sprawczymi są instytucje i trzeba naprawiać instytucje, a nie zmieniać ludzi lub - nie daj Boże - naprawiać ich? Może uznać, że natura ludzka jest daleka od doskonałości i wobec tego należy mniej ludzi ścigać a bardziej stwarzać im instytucjonalne warunki do przestrzegania prawa i do rozsądnego zachowania? A przy tym wszystkim zdawać sobie sprawę, że nie doprowadzimy do pełnej roztropności oraz powszechnej uczciwości.
A skoro już mówimy o instytucjach, to powstaje pytanie: czy autostrada jest instytucją? Oczywiście, że jest - powie każdy socjolog. Autostrada to nie tylko równo wylany beton i asfalt, ale wszystko, co znajduje się wokół niej, cały zespół ludzkich (kierowców) zachowań i obyczajów. Istnienie takiej instytucji - jak wielu innych sprzyjających ludziom, bo stwarzających im warunki do współpracy, a nie do naturalnej skądinąd rywalizacji i agresji - niezmiernie ułatwia społeczne porozumienie i współpracę.
Zatem stoimy - czy raczej rządzący stoją - przed następującym wyborem: karać czy pomagać? Naturalnie, trochę karać trzeba, ale najpierw trzeba pomagać. Jeżeli się bowiem odwraca tę kolejność, można być pewnym, że ludzie zareagują jak ludzie - będą starać się za wszelką cenę zrobić coś na złość. Jeździć jeszcze szybciej?