Jednym z fenomenów polskiej rzeczywistości politycznej ostatniego okresu jest zadziwiająca trwałość elektoratów przy raz dokonanych wyborach. O ile jeszcze niedawno mówiło się o swoistej "plemienności" polskich wyborców, którzy przemieszczają się z jednego obozu do innego, o tyle teraz zadziwia raczej trwanie przy "swoich". Wygląda więc na to, że wynik najbliższych wyborów jest już niemal przesądzony.
Inni badacze pokazują, że ta wyborcza zmienność zachodziła w dosyć ściśle wyznaczonych obszarach i osoby, które zmieniały swe upodobania wyborcze, pozostawały albo przy partiach obozu postsolidarnościowego, albo obozu postkomunistycznego. Podział ten niewątpliwie ożywił się w ostatnich dniach z nową siłą, między innymi ze względu na koalicję dawnej Unii Wolności z podzielonym i skompromitowanym SLD, któremu na dodatek pospieszył na ratunek były prezydent Aleksander Kwaśniewski. Niedawna, tak medialnie okrzyczana debata premiera Kaczyńskiego z Kwaśniewskim nadała dawnemu podziałowi dodatkowej atrakcyjności. Ale zarazem była zabiegiem socjotechnicznym sztabowców PiS wycelowanym w Platformę Obywatelską i Donalda Tuska. Zasłaniała prawdziwy podział i zasadniczy konflikt, z jakim mamy do czynienia od dwóch lat - to konflikt dwóch różnych wizji Polski, dwóch różnych systemów wartości i odmiennych treści psychicznych, jakie się z nimi wiążą.
Bo aspekt psychologiczny nie powinien być pomijany w spekulacjach politologiczno-socjologicznych. Przede wszystkim dlatego, że właśnie najwierniejsza część elektoratu PiS jest w szczególny sposób przywiązana do "swoich", do przywódców i ich drużyny walczącej z dotychczasowym porządkiem. Nowe wybory, które są szczególną kontynuacją poprzednich, będą stanowić swego rodzaju próbę ideowej lojalności wobec tych, którym się udzieliło i udziela poparcia właściwie bez względu na to, co i jak robią.
Szczególne znaczenie psychologiczne "walki z układem", jak też - na co warto zwrócić uwagę - podkreślane stanowczo przez premiera dążenie do tego, aby Polska i Polacy nareszcie byli "należycie traktowani" w Unii Europejskiej i w świecie polega na tym, że podnosi się w ten sposób samoocenę i pokazuje samym sobie, ale też i innym, jacy silni i jak wiele warci jesteśmy. W debacie z Kwaśniewskim premier Kaczyński - nie po raz pierwszy zresztą - deklarował, że jego programem jest walka z Polską elit i przywrócenie sprawiedliwości zwykłym ludziom. Państwo ma służyć zwykłym obywatelom i mają oni czuć się tutaj jak u siebie. To tak naprawdę zapewnienie, że zamknięte dotąd dla wielu drogi kariery i awansu teraz się otworzą. Można dopowiedzieć: bo najwyższa pora, aby odegnać tych, którzy dotąd się już "nachapali".
Program ten jest więc w rzeczywistości obietnicą złożoną tym wszystkim, którzy nie potrafili albo nie mogli zmieścić się w dotychczasowych kanałach instytucjonalnych karier. I wbrew
pozorom wcale nie dotyczy to ani najuboższych, ani najbardziej rzeczywiście życiowo pokrzywdzonych, ani też najsłabszych, bo najmniej wykształconych. Z całą pewnością apeluje za to do
licznej kategorii prowincjonalnej inteligencji, zorientowanej narodowo-katolicko, jak też też do całej rzeszy drobnych - by tak rzec - kapitalistów albo kandydatów na nich, w tym także
zanikających, lecz wciąż obecnych rzemieślników, raczej z mniejszych miast. To bardzo rozległa armia ludzi, wcale nie biednych, ale mających głębokie poczucie, że nie mieli szans - także
ze względu na swe przekonania - do zrobienia życiowej kariery. Bez względu na to, na ile takie odczucia były prawdziwe, to ich ideologiczne i polityczne zdefiniowanie nadało im walor całkowitej
pewności. Element narodowy jest bardzo ważny dla tej mentalności, bo pozwala dowartościować jednostki, poniżenie innych daje im poczucie, że są lepsze. Nie mówiąc o tym, że występowanie w
imieniu pokrzywdzonego narodu daje dobre moralne uzasadnienie prywatnym interesom. Ten stary mechanizm polega na tym, że poprzez poniżenie innych - zwłaszcza tych, którzy dotąd byli wyżej od
nas - od razu możemy się poczuć lepsi. A jeśli idą za tym realne możliwości zajęcia miejsca tych, którzy byli dotąd wyżej, daje to silne poczucie grupowe i przywiązanie do tych, z
którymi się człowiek identyfikuje. Jak widać narodowo-katolicki rdzeń tego elektoratu ma wiele funkcji.
Poparcie wyborcze dla PiS opiera się więc równocześnie na dwóch elementach. Po pierwsze, realnych korzyściach, jakie w tej chwili ludzie czerpią ze swej przynależności ideowej i partyjnej.
Po drugie, specyficznej psychologicznej nagrody: satysfakcji z tego, że szczególnie tym, którzy dotąd byli górą, teraz powinęła się noga.
Polityka braci Kaczyńskich i ich grupy doprowadziła do niezwykłej polaryzacji polskiego społeczeństwa, bo przecież ktoś musiał się stać realną i symboliczną ofiarą programu rozprawiania się z dotychczasowym porządkiem. Sądzę więc, że niezadowolonych i niechętnych obozowi rządowemu jest w tej chwili znacznie więcej Polaków niż sprzyjającej im mniejszości. Ale ta większość jest mniej zjednoczona i nie ma dotąd żadnego, dostatecznie jasnego, nośnego intelektualnie symbolu własnej wspólnoty. Bo z pewnością nie może takim symbolem być ani obrona tego, co było dotąd, ani uczucie złości i gniewu, jakie odczuwa wobec rządzących spora część Polaków.
W tej części bardziej zaangażowanego i świadomego elektoratu dalej ważny jest podział postkomunistyczny, stąd między innymi mamy podobną do wybierających PiS pulę wyborców
opowiadających się za PO. W sytuacjach konfrontacji, takich jak choćby ostatnia debata Kwaśniewski - Kaczyński, ujawnia się punkt widzenia tej zróżnicowanej większości, całkiem
przeciwstawny mniejszości narodowo-katolickiej. Można więc odnieść wrażenie, że kampania biegnie utartymi szlakami. Najważniejszym problemem wydaje się w tej chwili, ilu ludzi z tych dwóch
obozów weźmie udział w wyborach. Nawet niejasność programu partii Tuska może nie okazać się przeszkodą: przecież bardzo często w polskich wyborach głosowało się przeciwko zwycięstwu
niechcianych niż za prawdziwie wybranymi.
Teraz część elektoratu na pewno bardzo silnie identyfikuje się i uznaje za "swoich" partię Kaczyńskich, ale pozostali w ogromnym stopniu nie życzą jej dobrze. Zwycięzcą
wyborów będzie więc ten, który potrafi w ostatniej chwili zmobilizować i skłonić do pójścia do urn wyborczych niechętnych i rozeźlonych na obóz rządowy. Gdyby więc na przykład udało
się Tuskowi sformułować w kilku punktach realny program "Jakiej Polski chcemy?", przeciwstawny PiS-owskiej "walce z układem", to sądzę, że PO wygrałoby na
pewno. Jeśli nie, to wprawdzie wciąż ma spore szanse na zwycięstwo, ale konkurencja ze strony LiD jest naprawdę spora - wielkomiejski wyborca może w desperacji odrzucić stary podział
postkomunistyczny.