Obraz Kościoła, jaki wyłania się z tekstu Sierakowskiego, jest żywcem wzięty z poradnika młodego (bardzo młodego…) rewolucjonisty: "średniowieczny, pełen hipokryzji, funkcjonujący jak partia polityczna". Z tym obrazem nie warto polemizować - są granice oderwania od rzeczywistości, za którymi poważna rozmowa nie jest już możliwa.

W tekście młodego lidera warszawskich salonów artystyczno-dziennikarskich jest też jednak warstwa polityczna, nad którą warto się zatrzymać, bo stanowi ona odskocznię do planu pogrążenia naszego życia publicznego w kolejnej fazie jałowych sporów ideologicznych. Na tym bowiem kończą się pomysły obecnej lewicy na odbicie się od politycznego dna, na jakie zepchnęła ją korupcja epoki Millera oraz bezideowość ekipy Kwaśniewskiego i Olejniczaka.

Sierakowski odnosi się do mojej propozycji, aby koalicja PO - PSL z założenia odłożyła na bok spory światopoglądowo-etyczne, koncentrując się na rozwiązywaniu problemów, które obchodzą przytłaczającą większość Polaków: budowie autostrad, podnoszeniu zarobków w sferze budżetowej, obniżaniu podatków, upraszczaniu prawa… Mój oponent widzi w tym spełnianie "żądań" Episkopatu i gotowość do "przehandlowania" wolności w zamian za spokój polityczny. Nie zauważa przy tym, że moje stanowisko oznacza odrzucenie niektórych postulatów Episkopatu, np. postulatu wprowadzenia religii jako przedmiotu maturalnego.

W latach 90. przeżyliśmy burzliwą debatę na temat granic publicznej obecności religii, właściwego modelu stosunków Kościół - państwo czy kwestii politycznych zadań katolików. Rezultatem tej debaty było ukształtowanie się pewnego kompromisu społecznego. Zakłada on np. stosunkowo restrykcyjne prawo antyaborcyjne, ale odrzuca postulat jej całkowitego zakazu. Zakłada szeroką publiczną obecność religii, przy zachowaniu jednak światopoglądowej bezstronności państwa i jego rozdziale od instytucji kościelnej. Zakłada obecność katechezy w szkole, przy jednoczesnym poszanowaniu praw mniejszości religijnych lub niewierzących. Elementem tego kompromisu jest legalność zabiegów in vitro, z wykluczeniem jednak możliwości finansowania ich z budżetu.

Nad poszczególnymi elementami tego polskiego kompromisu światopoglądowego można by długo dyskutować. Pewnie zawiera on rozwiązania lepsze lub gorsze. Niektóre są trudne z punktu widzenia Kościoła, inne - z punktu widzenia niekatolickich mniejszości. Ale fakt utarcia się takiego kompromisu jest wielką wartością. Myślę zresztą, że tak właśnie postrzega go ogromna większość Polaków, którzy - co pokazują sondaże opinii publicznej - z dystansem odnoszą się do wszelkich prób jego naruszenia.

To właśnie szacunek dla tego kompromisu - a nie uległość wobec Episkopatu - stoi za moją propozycją odłożenia na bok sporów światopoglądowo-etycznych. Gdyby Sławomir Sierakowski choć odrobinę przejmował się prawdą (a nie tylko promocją swych ideologicznych sofizmatów), to zauważyłby, że w poprzedniej kadencji parlamentu sprzeciwiałem się postulatowi zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej. Wbrew własnemu oczywistemu interesowi politycznemu broniłem też ministra Legutki, gdy zgłosił zastrzeżenia do decyzji o wliczaniu oceny z religii do średniej. W obu przypadkach uważałem bowiem, że naruszane jest dobre (a w każdym razie znośne) status quo, które zastąpione może być wyłącznie przez rozrywające wątłą tkankę społecznego zaufania spory.

Gdyby Polacy chcieli religii na maturze, zakazu aborcji, wzrostu wpływów Radia Maryja, to głosowaliby na PiS lub ugrupowania na prawo od partii Jarosława Kaczyńskiego. Gdyby chcieli legalizacji "związków partnerskich" czy eutanazji, większej dopuszczalności aborcji, czy usunięcia katechezy z sal szkolnych, udzieliliby poparcia SLD lub partii powołanej pod sztandarami "Krytyki Politycznej". Zagłosowali masowo na Platformę, a dzisiaj udzielają ogromnego kredytu zaufania naszej koalicji z PSL. To zaś oznacza, że nie będzie ideologicznych eksperymentów ani w lewo, ani w prawo, tylko żmudna praca nad poprawą warunków życia i pracy milionów Polaków. Rząd będzie podejmował decyzje suwerennie, nie ulegając naciskom ani Radia Maryja, ani "Trybuny". Z szacunkiem słuchać będziemy opinii biskupów - ale to politycy mają demokratyczny mandat do kierowania Polską. Do roli papierka lakmusowego urasta ostatnio sprawa zapłodnienia in vitro. Brak zgody na finansowanie zabiegów sztucznego zapłodnienia miałby rzekomo stanowić dowód uległości polityków Platformy wobec Episkopatu. Bezpłodność jest wielkim dramatem. Na obu szalach leżą wielkie wartości. Ale stawianie tej sprawy na ostrzu noża przez środowiska lewicowe to przejaw politycznego cynizmu. Co bowiem zrobiono pod rządami SLD, by rozwinąć program leczenia bezpłodności? Dlaczego jesteśmy jednym z ostatnich krajów Europy, w których nie ma ustawodawstwa bioetycznego? Dlaczego tak niedopracowane są przepisy adopcyjne? Czyżby Polską od 1989 roku rządziła obskurancka prawica?

Od październikowych wyborów odbyłem ponad dwadzieścia spotkań, podczas których odpowiadałem na setki pytań. Żadne z nich nie dotyczyło religii na maturze, zapłodnienia in vitro, legalizacji związków homoseksualnych czy zagrożenia klerykalizacją (albo antyklerykalizmem). Zwykli Polacy żyją innymi problemami. Przeszkadza im złe prawo budowlane, martwią się, czy ich dzieci lub wnuki wrócą do Polski, czy będą uczyć się w nowoczesnych szkołach… I tym zajmować się powinni politycy.

Przyziemne? Rolę Hamleta pozostawmy publicystom. Przykładem dla polityków jest Fortynbras.