Dziennik Gazeta Prawana logo

Marcowy antysemityzm - problem Polski czy Peerelu?

8 marca 2008, 03:32
Ten tekst przeczytasz w 17 minut
O antysemityzmie w polskim Marcu, jego źródłach i inspiratorach debatują na łamach DZIENNIKA znani historycy. "W 1967 i na początku 1968 roku antysemityzm jest już bardzo obecny jak na standardy tamtego czasu" - mówi między innymi historyk Andrzej Friszke.

: Na pewno 9 marca jeszcze nie było przesądzone, że wątek antysyjonistyczny stanie się tak ważnym tematem kampanii, którą władze rozpętywały w reakcji na bunt studentów. Pierwsze publikacje na temat zajść na Uniwersytecie Warszawskim w ogóle go nie wspominały. Pojawił się 11 marca, a potem szybko wyrósł na temat kluczowy. Zatem 9 lub 10 marca ktoś zdecydował, żeby popchnąć kampanię właśnie w tę stronę.

Zdanie o V kolumnie zniknęło z przemówienia w jego drukowanej wersji - spotkało się z gwałtowną reakcją części Biura Politycznego i Gomułka się cofnął. Po wojnie sześciodniowej na Bliskim Wschodzie w czerwcu 1967 roku prawdopodobieństwo jakiegoś ataku na syjonizm w Polsce oczywiście wzrosło, ale nie był on przesądzony, a już na pewno nie w takim kształcie, jaki uzyskał w Marcu.

: W Polsce pierwszym zauważalnym momentem, kiedy część aparatu komunistycznego próbuje używać haseł antysemickich, jest rok 1956. Wielki kryzys polityczny, podczas którego jedna z frakcji - natolińczycy - używa tych samych haseł, które potem pojawią się na większą skalę w roku 1967 - 1968. Czyli mieszanina frazeologii antysemickiej, antyinteligenckiej, populistycznej. Próba skanalizowania różnych nastrojów antystalinowskich czy antykomunistycznych tak, żeby one nie rozsadziły systemu.

Ten plan nie kończy się powodzeniem, nie można tego porównać z 1968 rokiem. Natolińczycy nie obejmują władzy. Właściwie można powiedzieć, że na swoją stronę przeciągają wtedy Gomułkę puławianie.

: Nie zgodzę się z Darkiem, że to wszystko zdecydowało się dopiero dziewiątego marca. Dziewiątego rzeczywiście zaczęła się kampania, która objęła prawie wszystkie środki masowego przekazu, stała się głównym motywem podczas masowych wieców. Natomiast jeżeli popatrzymy na miejsce antysemityzmu w rozgrywce wewnątrzpartyjnej w 1967 i na początku 1968 roku, to jest on już wówczas bardzo obecny jak na standardy tamtego czasu. On się intensyfikuje po wojnie sześciodniowej, w której Izrael pokonał wspierane przez ZSRR państwa arabskie. W tym samym czasie rozpoczyna się czystka w wojsku, a także czystka w środowisku dziennikarskim - wyraźnie uzasadniana za pomocą podejrzeń o sympatie dla Izraela. Bezpieka zbiera materiały, co kto powiedział w reakcji na wojnę sześciodniową. Zatem już sporo przed Marcem wszystko jest gotowe i tylko czeka się na okazję, by uderzyć. Bardzo brutalne antysemickie wypowiedzi pojawiają się ze strony esbeków przesłuchujących studentów zatrzymanych w czasie zbierania podpisów pod petycją w sprawie "Dziadów".

"Dlaczego dajecie się tym Mośkom manipulować?" - takie pytanie esbeka zapamiętał jeden z przesłuchiwanych wtedy studentów. Ja nie neguję tej genealogii kampanii marcowej, o której mówi Andrzej. Chcę tylko przestrzec przed retrospektywnym determinizmem - opinią, że jak coś się wydarzyło, to właśnie tak się musiało wydarzyć. Nie odbierajmy uczestnikom tej historii pewnej swobody wyboru, którą mieli, i odpowiedzialności, jaką ponoszą za swe decyzje. To na pewno nie była inicjatywa jakiegoś oficera redagującego raporty, ale przemyślane działanie, za którym stał Moczar. Po drugie w ten sposób Gomułka odegrał się na swych oponentach i "przywrócił jedność" partyjnego kierownictwa. W czerwcu 1967 w bezprecedensowy sposób musi się cofnąć, wycofać z oficjalnego tekstu przemówienia te słowa o V kolumnie, ale się z tym nie godzi. To człowiek twardy i szorstki, nie lubi sprzeciwu, więc cofa się, ale nie rezygnuje i czeka na okazję. Okazja przychodzi w marcu, a SB ewidentnie zachęca, żeby z niej skorzystać. Po trzecie przedstawienie działaczy studenckich jako wichrzycieli sterowanych z ukrycia przez swych ojców - żydowskich stalinistów okazało się skuteczną metodą izolowania buntu młodzieży od robotników. Ten wybór był racjonalny. A do tego pamiętajmy, że kontekstem polskiego Marca jest Praska Wiosna - Gomułka i jego twardogłowi towarzysze bali się, że rewizjonistyczna zaraza z Czechosłowacji przejdzie do Polski. Kampanię marcową można uznać za swego rodzaju prewencyjne uderzenie w zwolenników czeskiej drogi.

Jednak przez cały ten okres panowanie Gomułki nie jest wcale takie stabilne. Najsłynniejszy moment to jest przemówienie w Sali Kongresowej 19 marca, kiedy Gomułka do pewnego stopnia stara się iść pod prąd panujących nastrojów i mówi, że głównym wrogiem dla partii i dla Polski jest rewizjonizm - czyli próby reformowania systemu, zdemokratyzowania go - a nie syjonizm. I w tym momencie jaka jest reakcja sali, na której był aktyw partyjny? - okrzyki: "Śmielej! Śmielej!". Nawet są zdjęcia, które pokazują, że Gomułka jest zdezorientowany, że się tego nie spodziewał. Potem w czerwcu i lipcu Gomułka daje wyraźne sygnały, że trzeba zaprzestać kampanii antysyjonistycznej, Na początku lipca na posiedzeniu Biura Politycznego mówi, że pewne przegięcia zostały popełnione, że to za daleko poszło, ma pretensje do MSW. Mam wrażenie, że Gomułka sam jest zaskoczony tym impetem antysemickim czy antysyjonistycznym.

On próbował wyhamować tę kampanię już w maju, kiedy dostał sygnał, że ambasador w Londynie, a jest nim znany działacz partii Jerzy Morawski, został zdjęty przypuszczalnie przez pracowników MSW, a przecież ambasador to jest nomenklatura Biura Politycznego. Gomułka musiał sobie uświadomić, że rzecz mu się wymyka spod kontroli. Jeszcze przed zjazdem partii jesienią 1968 będą miały miejsce akcje ulotkowe wymierzone w bliskich mu ludzi. Tropy będą prowadzić do osób związanych z MSW.

Dosyć precyzyjnie wiemy, kiedy kampania antysyjonistyczna zostaje wyciszona. Jak pisałem książkę, to bardzo mnie to zaciekawiło. Wiemy, kiedy Gomułka zaczyna "tupać nogą" - dosłownie krzyczy na sekretarzy wojewódzkich: "Dosyć tego, towarzysze". A od 24 czerwca 1968 obowiązuje zapis cenzorski, który - cytuję - "zabraniał zbędnego eksponowania i nagromadzenia publikacji na temat syjonizmu". I temat znika. Jak potem jakiś biedny ślusarz na jakiejś konferencji partyjnej w Warszawie, na której był Gomułka, powiedział coś o syjonistach, to go tak towarzysze zrugali, że go Gomułka bronił publicznie. Czyli: gdy kierownictwo partyjne chciało nagonkę ukrócić, to ją ukróciło, ale dopiero w maju - czerwcu. Wcześniej widocznie była do czegoś potrzebna.

Temu właśnie służyło słowo syjonizm: od czasów Stalina pozwalało atakować Żydów w ortodoksyjnym języku marksistów-leninistów. A jak nie za syjonizm to za kosmopolityzm. Do tego kampania marcowa podaje się za antystalinowską. Już w pierwszym jej tekście łączy się syjonistów z "bankrutami politycznymi", czyli dawnymi stalinistami, jako przykład wskazany jest Staszewski, członek najwyższych władz partyjnych w okresie "błędów i wypaczeń", a pierwszym wywalonym z partii i ze stanowiska był Zambrowski, jeszcze ważniejsza postać tego okresu, potem przywódca grupy puławian. A do smaku połączono ich z zachodnioniemieckimi rewizjonistami. Zdziwienie, że można kogoś jednocześnie oskarżyć o to, że jest syjonistą, trockistą i sojusznikiem niemieckich odwetowców, wynika z niezrozumienia logiki takiego ataku. Gavin Langmuir, który się zajmował antysemityzmem w średniowieczu, zwrócił uwagę na obrazy Żydów, które nazwał chimerycznymi. Chimera w mitologii greckiej to potwór, który ma głowę kobiety, ciało lwa, ogon węża itd. Nie ma takich zwierząt, nigdy nie żyło na ziemi połączenie węża i lwa, podobnie jak nie ma trockisty-agenta imperializmu i syjonisty-kosmopolity. I w tym leży siła takiego obrazu: taka łącząca przeciwieństwa postać jest tym bardziej ohydna, budzi większą odrazę i lęk.

Studenci domagają się przywrócenia na uczelnię Michnika i Szlajfera, których w żaden sposób nie wiążą z syjonizmem, odmawiają rozmowy w tych kategoriach. Nie ma śladów tego, żeby na wiecach studenckich pojawiała się jakaś krytyka czy nieufność do studentów żydowskiego pochodzenia. Jeszcze pod koniec fali wieców i strajków liderami komitetów studenckich bywają osoby, które mają żydowskie nazwiska, np. Weintraub. Tak przynajmniej było na Uniwersytecie Warszawskim czy na innych uczelniach, rzecz wymaga zbadania.

W sprawozdaniach z zebrań partyjnych z marca powtarza się takie zdanie o wyjątkowej szczerości wypowiedzi, o niezwykłym zaangażowaniu albo że zebrania trwają do późna w nocy. Kampania marcowa czymś się różniła od poprzednich nagonek na różne grupy i osoby. Pojawiał się w niej rodzaj energii, którego nie było w innych kampaniach - a tych w PRL było wiele i wiązałbym to właśnie z uprzedzeniami i resentymentami antyżydowskimi.

Ujawnia się pewien ukryty dotąd poziom - nazwijmy to - dyskusji. Dotychczas nie było wiadomo, kto jest Żydem, a w każdym razie nie wypadało o tym oficjalnie mówić. I nagle taka informacja się pojawia, czasem w postaci jakiejś aluzji w artykule prasowym, choć najczęściej w formie pogłoski. To jest czas wielkiej fali pogłosek o tym, że X lub Y jest Żydem. Mamy szeroką choć nieoficjalną, niepublikowaną przecież dyskusję wokół Spychalskiego, intensywne pogłoski, że jest Żydem. Na to prasa odpowiada publikacją życiorysu, łącznie z tym, jak się babka nazywała. Pamiętam tego typu pogłoski dotyczące osób znanych z telewizji, artystów, piosenkarzy... Ludzie opowiadają sobie: "A wiesz, to są Żydzi". Jest pewna podatność na przyjęcie takiej kliszy, że społeczeństwo w PRL dzieli się na Żydów i Polaków. I jeśli ktoś jest Żydem, to już jest źle i najlepiej, żeby sobie gdzieś pojechał. Zajmuje miejsce nie to, które powinien. Jest obcy.

Z jednej strony episkopat i Wyszyński stanęli na wysokości zadania. Zostaje opublikowany list pasterski, który można interpretować jako obronę studentów. Natomiast tam nie ma słowa o Żydach. Biskupi zakładali, że to jest element wewnątrzpartyjnych rozgrywek, kłopotów "w rodzinie", do których my nie będziemy się mieszać. Chyba cytuję nawet jednego z hierarchów. Zresztą podział wewnątrz koła Znak też to pokazuje. W ich interpelacjach poselskich, nawet tych najbardziej krytycznych, nie pojawia się żadne odniesienie do kampanii antysemickiej. A przecież można było to wypowiedzieć w oficjalnym języku, że np. odwołanie się do argumentów rasowych jest niezgodne z humanizmem socjalistycznym itp. W środowisku Znaku byli też katolicy lewicowi.

Jest w kole Znaku absolutny sprzeciw wobec tej kampanii, ale taki niezinstytucjonalizowany. Próba wydania wspólnego oświadczenia w tej sprawie musiałaby prowadzić do rozłamu. W związku z tym oni się w tej materii nie wypowiadają inaczej niż indywidualnie.

Tu chodzi o więcej niż stwierdzenie, że "mnie tam nie było", a zatem nie ponoszę odpowiedzialności. Dochodzimy tu do pytania, czy lub w jakim stopniu Polacy odpowiadają za reżim, który trzymał ich w niewoli przez 40 lat. Trzymał ich polskimi rękami, PRL to nie była przecież sowiecka okupacja. Zacytuję pewnego filozofa sprzed 500 lat, który zwraca się do poddanych tyrana: przecież człowiek, który was uciska, ma tylko dwoje oczu i dwoje rąk, skąd by wziął tyle oczu, którymi was śledzi, i tyle rąk, którymi was bije, gdyby nie wziął ich od was? A Jakub Karpiński, przenikliwy badacz natury PRL, a także cichy bohater marcowego buntu, napisał, że rozróżnienie władza - społeczeństwo polegało na tym, że pewni ludzie w pewnych swych rolach społecznych uczestniczyli w większym stopniu niż inni w działaniach instytucji umacniających ustrój. Podział między władzą a społeczeństwem był podziałem między rolami społecznymi tej samej osoby. W 1968 roku sytuacja jest paradoksalnie prostsza, bo mamy jawny bunt przeciw tej władzy i jej brutalną reakcję, linia podziału nabiera wyrazistości.

Ja też się np. nie utożsamiam z mieszkańcami Jedwabnego, którzy mordowali Żydów, ale niewątpliwie byli to Polacy, choć tacy, z którymi dzisiaj słusznie nie chcemy odczuwać żadnej wspólnoty. Nasza historia składa się z wątków wspaniałych, ale też nikczemnych. To zrozumiałe, że jako państwo niepodległe nawiązujemy tylko do tej lepszej części historii, ale w jakimś sensie jesteśmy odpowiedzialni pokolenie w pokolenie za wszystko, co było wcześniej. Zwrócę uwagę na jedną rzecz: kampania antysyjonistyczna w roku 1968 jednak była autonomiczna. Nie ma żadnych dowodów na to, że Moskwa narzucała jej formy czy intensywność. Moskwa wymagała tylko jednego, stanięcia przez cały blok po właściwej stronie w konflikcie z Izraelem. Tę kampanię do takiej intensywności doprowadził polski aparat komunistyczny. Oczywiście w państwie niesuwerennym oni nie zostali wybrani w demokratycznych wyborach, ale to jednak byli Polacy.

Wydaje mi się, że w przypadku zbrodni w Jedwabnem sprawa jest prostsza. Żydów zabijali zdrajcy - z poduszczenia i we współpracy z najeźdźcą zabijali swoich współobywateli. To był drastyczny akt kolaboracji pewnej grupy ludzi z okupantem niemieckim i każdy rząd polski - także ówczesny rząd RP w Londynie, postawiłby ich za to przed sądem. Zdrajca to ktoś, kto wyłącza się ze wspólnoty. Nagonki z 1968 roku ja bym z tym nie porównywał, po pierwsze dlatego, że to wydarzenia różnej wagi i charakteru, ale też dlatego, że tę nagonkę inicjują i realizują władze państwa, które w jakimś sensie jest państwem polskim.

Będę sprzeciwiał się takiemu myśleniu, że but i bat sowiecki tłumaczą niemal wszystko w historii PRL. O ile jeszcze w okresie wczesnym, lat 40., czynnik sowiecki był tak silny, że ten system by nie powstał w Polsce bez sowieckiej przemocy, to w roku 1968, jeśli weźmiemy pod uwagę skalę wieców w dziesiątkach miejsc, w których brały udział nawet nie dziesiątki, ale setki tysięcy, a może i miliony ludzi... A to już jest pewien problem także dla nas. Ci ludzie wstają, potępiają swoich kolegów, linczują ich symbolicznie. Według mnie nie można powiedzieć, że działali pod sowieckim butem, to są także odruchy do jakiegoś stopnia wewnętrzne, autonomiczne...

Zgoda, z tym jednak, że Związek Radziecki pozostawał gwarantem ostatniej instancji rządów komunistów w Polsce. Bez sowieckiej armii by tu władzy nie zdobyli, a zaraz po tym, jak w końcu lat 80. ZSRR wycofał swoje gwarancje ustami Gorbaczowa, PRL się skończyła. Ale prawdą jest, że przez kilkadziesiąt lat PRL trwał, reprodukował się codziennie dzięki temu, że miliony ludzi podtrzymywały jego istnienie.

Jednak Marzec 68, o czym mówiliśmy przed chwilą, jest też okresem buntu, ruchu studenckiego. I ten ruch walczący z władzą nie używa antysemityzmu. W ogóle nie podnosi takiego tematu. Więc jeśli pytamy o odniesienie się do przeszłości, o wartościowanie czy szukanie tradycji, to nie powiedziałbym, że mam jakiekolwiek poczucie wspólnoty, a zatem odpowiedzialności za to, co robiła PZPR w tym czasie. Mam poczucie więzi i tradycji z ruchem buntu 1968 roku. Natomiast jeśli zapytamy o stosunek państwa, całości społeczeństwa, to wchodzimy w trudny moment i niewątpliwie krzywdy wtedy wyrządzone muszą zostać przez polskie państwo naprawione. Ludziom wtedy represjonowanym należy się jakieś zadośćuczynienie w imieniu następnych pokoleń.

*Dariusz Stola, historyk, profesor w Collegium Civitas i w Instytucie Studiów Politycznych PAN

*Paweł Machcewicz, historyk, profesor w Collegium Civitas i w Instytucie Studiów Politycznych PAN

*Andrzej Friszke, historyk zajmujący się historią najnowszą, wykładowca w Collegium Civitas

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj