Jarosław Kaczyński nas obraził – można przeczytać na internetowych forach. Ale można tam też znaleźć całkiem liczne głosy poparcia dla tego, co powiedział (polecam debaty na www.dziennik.pl).

Reklama

Powiedział zaś tyle, że nie chciałby, aby ludzie zajęci popijaniem piwa i podpatrywaniem internetowej pornografii oddawali - w przerwie między tymi czynnościami - swój głos w wyborach. To nie jest obraza wszystkich internautów. To zgryźliwa, ale uprawniona ocena jakiejś ich części.

Czy prezes PiS popełnił błąd z punktu widzenia politycznego PR? Oczywiście tak. Zwłaszcza po przegranych wyborach, choć i przedtem przemawiał często tonem drażniącym ludzi młodszych od siebie. Jego zrzędliwe narzekania na maniery Donalda Tuska to najlepszy prezent, jaki może dziś zaoferować młodszemu o zaledwie osiem lat liderowi PO. Przypominają język, jakim przemawiają do młodych ludzi nielubiani starsi wujowie, sąsiedzi czy upierdliwi nauczyciele.

Nie tylko osiemnastolatkowie, także obywatele sporo starsi wzdrygają się instynktownie, gdy coś takiego słyszą. I tym chętniej garną się do Tuska. A Kaczyński tłumaczy to spiskiem elit. Niepisana zmowa przeciw niemu potęg medialnych, wpływowych środowisk jest faktem, tak jak przeciw wielu politykom prawicy w różnych krajach. Niestety, on sam bywa wiernym sojusznikiem zmawiających się.

Na dokładkę Kaczyński naruszył, zresztą nie po raz pierwszy, kardynalną zasadę współczesnej, medialnej demokracji opartej na nieustannym widowisku i konkursie politycznych marketingów. Nakazuje ona nie konfliktować się bez wielkiej potrzeby z żadną większą grupą wyborców. Już w latach 80. znany ze słownych gaf wiceprezydent USA Dan Quayle musiał się gęsto tłumaczyć, gdy krytykując pewien telewizyjny serial jako promujący model rozbitej rodziny, został uznany za człowieka ubliżającego samotnym matkom. Nie pomogły wyjaśnienia.

Choć polityk był reprezentantem konserwatywnego skrzydła Republikanów, musiał się wycofywać rakiem. Nieważne, że Kaczyński nie mówił o wszystkich użytkownikach internetu, wśród których jest wielu sympatyków PiS i Ludwik Dorn. Ważne, że zaprezentował staroświecki dystans wobec tej grupy i jej stylu życia. W dzisiejszej demokracji to gorzej niż zbrodnia. To wielki błąd.

Nie zmienia to faktu, że przy okazji można postawić pytanie o naturę tej medialnej demokracji. O to, czy rzeczywiście powinna być ona wielką szkołą savoir vivre’u? Czy ideałem przywódcy powinien być ktoś, kto ma "gładką gadkę" i niewiele więcej? Czy polityk ma prawo krytykować swoich wyborców? Czy powinien im się w każdym przypadku podlizywać?

Często można odnieść wrażenie, że dla komentatorów kiepska ustawa jest mniejszym kłopotem niż niezręczne czy nazbyt toporne sformułowanie. I że tacy mówiący twardym językiem o rodakach liderzy jak de Gaulle, Churchill, nie wspominając nieustannie łajającego Polaków Piłsudskiego, nie mieliby w tym nowym modelu demokracji większych szans. Nie porównuję - broń Boże - tych polityków do Kaczyńskiego, stawiam jedynie problem. Na tę zmianę nie ma być może rady, ale czy to koniecznie oznacza, że trzeba ją przyśpieszać? Warto takie pytanie skierować zwłaszcza do dziennikarzy jako tych, którzy objaśniają rzeczywistość i kształtują gusty.

Trzeba też przy okazji spytać, czy Kaczyński ma rację, krytykując tzw. e-wybory, czyli pomysł głosowania przez internet. Tego systemu nie wprowadzono do końca w żadnym kraju, choć lokalnie występuje już w niektórych stanach USA, w Anglii, Belgii czy Szwajcarii.

Eksperci formułowali wobec niego wiele pytań i zastrzeżeń. W Ameryce naukowcy z czołowych uniwersytetów przestrzegali w 2000 r. przed możliwością nadużyć.

Wprowadzenie takiej rewolucji byłoby, moim zdaniem, możliwe tylko wtedy, gdyby jej autorzy potrafili przekonać wyborców, że zagwarantują zarówno tajność głosowania, jak i wykorzystanie każdego głosu zgodnie z jego przeznaczeniem. W krótkiej historii internetowych wyborów zdarzyły się już spektakularne wpadki i awarie komputerowych systemów. Analogia z internetowymi transakcjami bankowymi czy handlowymi jest w tym sensie nietrafna, że każdy użytkownik konta sprawdza, czy dana operacja została zakończona sukcesem. W przypadku tajnego głosowania to niemożliwe. Czy władzę nad naszymi decyzjami ma mieć paru komputerowych „magików”? A co z pilnowaniem uczciwości wyborów przez mężów zaufania poszczególnych ugrupowań? Przepraszam, jeśli jestem nienowoczesny.

Także postawione przez Kaczyńskiego w sposób toporny pytanie o naturę aktu wyborczego ma sens. Czy wybór politycznych przedstawicieli przesądzający o kierunku polityki państwa na cztery lata powinien być dokonywany w ten sam sposób co internetowy zakup pralki? Czy rzeczywiście nie zwiększy to ryzyka przypadkowych decyzji i rozmaitych manipulacji? Może warto być trochę staroświeckim, nawet jeśli w polskich warunkach głos za wędrówkami do urny "po kościele" jest też głosem na rzecz mniejszej frekwencji.

Mówiąc brutalnie, ktoś, komu nie chce się ruszyć z domu, żeby zagłosować, nie będzie dobrym wyborcą i nie jest dobrym obywatelem. Piszę to świadom ryzyka, że komuś się narażę. Na szczęście nie jestem politykiem.