: Rząd Donalda Tuska wykazuje kulturalną otwartość na problemy Kościoła, Komisja Wspólna spotkała się dwukrotnie, a więc nawet częściej niż za poprzednich
rządów, ale mam wrażenie, że jest to otwartość strategiczna. W praktyce okazuje się, że rząd skoncentrował się na swoich planach, a sprawy ważne dla Kościoła są odrzucane lub
odkładane na później. Oczywiście nie ma jakiejś wrogości, agresji, ale też nie ma woli rozwiązania przedstawionych kwestii, wrażliwości na nasz głos. Może to i lepiej, bo zbytnia
bliskość mogłaby prowadzić do utraty wiarygodności Kościoła wobec ludzi.
Zupełnie mnie nie przekonują. Według mnie ta sprawa także pokazuje, że nadal silne są dawne ideologie, które sprawiły, że ten dzień został w 1960 r. zlikwidowany.
To jest fakt. Przecież widać, że ten sposób myślenia tkwi w naszej aktualnej mentalności i wielu posłom, nie tylko w tej, ale i wielu innych sprawach, trudno się z niego wyzwolić.
Wszystkie polskie rządy lekceważą konieczność pomocy rodzinie. Te minirozwiązania, które za poprzedniej kadencji udało się wprowadzić, są raczej efektem przypadku. Nie ma polityki
prorodzinnej rządu, żadnych zaplanowanych, długofalowych rozwiązań, nie widać otwarcia na macierzyństwo i ojcostwo, lekceważenie rodzin wielodzietnych, brak wyraźnej promocji rodziny w
mediach publicznych, a Polska i Europa wymiera.
Kościół zawsze upominał się o sprawy rodziny środkami, jakimi dysponuje: w rozmowach z kolejnymi rządami, w listach pasterskich, w programach duszpasterskich czy homiliach. Teraz przygotowujemy specjalny memoriał do rządu w sprawie rodziny. Być może dojdzie do sytuacji, że w obronie rodziny trzeba będzie sięgnąć po tak radykalny środek jak manifestacja. Według mnie najważniejsze jest wpływanie na sumienia wszystkich Polaków, w tym także polityków, aby dostrzegli konieczność całościowej pomocy rodzinie.
Głos Kościoła w tej sprawie wyraża troskę o przyszłość człowieka i świata, ma charakter profetyczny. Odejście od praw natury jest zawsze niebezpieczne i nie będzie bezkarne. W czasie
eksperymentu in vitro dochodzi do poczęcia życia w sposób sztuczny, niezgodny z prawami natury, w warunkach dalekich od naturalnych, bo tych się nie da sztucznie odtworzyć. Do tego w czasie tej
metody giną ludzkie zarodki albo są wykorzystywane do innych, niegodnych celów. Ze względu na dobro człowieka, na przyszłość ludzkości, bo skutki tej metody mogą być katastrofalne np. w
sferze genetycznej, nie możemy jej uznać za dopuszczalną. Nie mam wątpliwości, że jest to metoda niemoralna i każdy katolik powinien to uznać.
Oczywiście musimy być w tych sprawach delikatni i uszanować pełną godność ludzi poczętych in vitro, są dziećmi wspólnego Ojca Boga, musimy rozumieć ból kobiety, która nie może mieć dziecka, i ta metoda wydawała się jej jedyną szansą na spełnienie tego pragnienia. Nie można jednak nawet dobrych pragnień osiągać niemoralnymi metodami. Trzeba pamiętać o hierarchii wartości, o tym, że są wartości większe niż biologiczne macierzyństwo czy ojcostwo, chociażby poświęcenie dla drugiego człowieka czy oddanie życia za innych. Życie zawsze ma sens, nawet jeśli rodzicielstwa fizycznego nie da się zrealizować.
Metoda ta niesie tak wiele niebezpieczeństw dla ludzkości i jest tak moralnie naganna, że na pewno nie powinna być stosowana. Polityk katolik powinien dążyć do tego, aby stanowisko Kościoła
w sprawie in vitro znalazło odzwierciedlenie w prawie.
Ta sytuacja przypomina sprawę ustawy aborcyjnej z 1993 r., kiedy posłowie stanęli przed dylematem, czy poprzeć ustawę, która tylko częściowo zakazuje zabijania dzieci poczętych, czy
głosować przeciw, dążąc do całkowitego zakazu. Część posłów słusznie była za tym drugim rozwiązaniem. Ich radykalne domaganie się całkowitego zakazu aborcji zmusiło parlament do
wypracowania obecnego prawa ograniczającego zabijanie dzieci nienarodzonych. Jednak ci, którzy zagłosowali za nią, mieli dylemat moralny, czy można poprzeć ustawę z punktu widzenia Kościoła
nie do przyjęcia. Odpowiedź na ten problem dał kilka lat później Jan Paweł II w encyklice "Evangelium vitae", w której uznał, że mieli obowiązek ulepszać nieetyczne prawo
i dlatego jasno formułując swój sprzeciw wobec aborcji, zagłosowali za stanem prawnym, który ograniczał zabijanie dzieci poczętych. Jednakże dalej ciąży na prawodawcy obowiązek
udoskonalenia prawa, czyli całkowitego wyeliminowania aborcji.
Prawnicy i etycy katoliccy uważają, że nie, dlatego że w 1993 r. obowiązywała ustawa z 1956 r., która pozwalała na aborcję bez ograniczeń, a w sprawie in vitro nie ma żadnych
regulacji.
To bardzo trudny dylemat. Kościół nie może odejść od zasad i akceptować zła nawet w małej części, głosowanie za ustawą sankcjonującą prawnie in vitro, nawet ze wspomnianymi
ograniczeniami, byłoby taką akceptacją.
Nie, absolutnie nie. Konieczność ratowania życia, ludzkich zarodków jest absolutnym obowiązkiem każdego z nas. I dlatego postulujemy ustawę w pełni etycznie poprawną. Gdy przyjdzie do
głosowania, każdy poseł musi sam podjąć decyzję w swoim sumieniu. Może tu w jakiś sposób pomóc analogia: jeśli płonie las i po ocenieniu sił nie damy rady uratować go całego, to trzeba
odgrodzić część, którą da się uratować. Być może lepsze zrozumienie problemu nawiązujące do godności człowieka, którą chroni konstytucja, pomoże posłom udoskonalić projektowaną
ustawę i zdobędą się na profetyczny akt uchwalenia prawa chroniącego drogę naturalnego poczęcia człowieka, tym bardziej że aktualna metoda in vitro nierozerwalnie łączy się z
eliminowaniem zarodków, czyli zabijaniem wielu poczętych dzieci.
Komisja orzeka o zwrocie tylko tych dóbr, które zostały zabrane Kościołowi niezgodnie z prawem, działa w ramach obowiązujących przepisów i na pewno ich nie łamie. Dziś mało kto wie, że ta konfiskata odbywała się z olbrzymią krzywdą wobec ludzi. W ciągu kilkunastu lat prawie wszystkie sprawy zostały załatwione. Aby pokryć pozostałe roszczenia wystarczą 2 czy 3 promile ziemi z zasobów funduszu ziemi, nie jest to więc jakiś wielki problem. Według mnie brak jest dobrej woli ze strony rządu, aby zakończyć pracę tej komisji, co powinno jak najszybciej nastąpić, a wówczas zarzuty ustąpią. Nie powinno się zamykać oczu na okoliczność, że przedłużająca się sytuacja generuje różne niezdrowe i nieetyczne kombinacje związane z czerpaniem zysków przez osoby trzecie, które niby pomagają, a właśnie szkodzą Kościołowi, co ostatnio odnotowała także prasa. Komisja Majątkowa jest w tych przypadkach bezsilna.
Kościół powinien być traktowany na równi z innymi. Jeśli inne podmioty będą miały możliwość wystąpienia o takie zadośćuczynienie, to prawo takie powinien mieć też Kościół.
Według mnie system finansowania z ofiar jest najlepszy z możliwych, ponieważ Kościół jest tu najbardziej wolny, zależny tylko od swoich wiernych, a nie od jakichś instytucji. Niestety staje
się on coraz bardziej niewydolny. Ofiary wiernych ledwie wystarczają dla utrzymania tego stanu, który jest. Gdy trzeba na przykład remontować zabytkowy kościół, to już nie ma na to
środków, a państwo nie tylko, że nie pokrywa kosztów, ale wydaje bardzo szczegółowe zarządzenia dotyczące konserwacji, których realizacja jest bardzo obciążająca finansowo i w wielu
wypadkach przekraczająca możliwości parafii. Ministerialna pomoc urzędów konserwatorskich i innych jednostek państwowych z ostatniego okresu wydaje się zapowiedzią zrozumienia, jak ważny
życiowo to problem.
Już aktualnie dążymy do wypracowania jakiegoś modelu. Kościół prowadzi wiele inicjatyw wychowawczych, rozwija szeroką akcję charytatywną i opiekuje się wieloma dobrami, które są dziedzictwem całego narodu i społeczeństwo, państwo powinno się włączyć w ich utrzymanie.
Aby ocenić to dwudziestolecie, musimy mieć świadomość momentu, z którego startowaliśmy. Z okresu totalitarnego reżimu wyszliśmy mocno okaleczeni, w złej kondycji ekonomicznej i moralnej.
Elity były wyniszczone albo oderwane od narodu i służące władzy. Dlatego rok 1989 był wielką szansą dla Polski i trzeba uczciwie powiedzieć, że wiele zrobiliśmy, aby tę szansę
wykorzystać. Powstają nowe szkoły, uczelnie, rozwija się częściowo gospodarka - niestety niekiedy bezmyślnie sprywatyzowana, bierzemy udział w światowej wymianie myśli intelektualnej. To
wszystko jest niewątpliwie wielkim skokiem cywilizacyjnym. Oczywiście są i niedostatki, np. zdecydowanie za mało w tych dziedzinach jest wymiaru etycznego, pominięto obrzeża Polski, niszcząc
tu pośrednictwo rolnicze, zaniedbuje się przetwórstwo, brak troski o miejsca pracy dla młodych, co odbije się mocnym rykoszetem na obliczu narodu.
Trzeba docenić, że zmieniliśmy ustrój na drodze pokojowej, bez rozlewu krwi. Oczywiście można było to zrobić lepiej, np. zapewnić lepsze warunki rozwoju dla całego społeczeństwa, a nie
tylko dla dawnej ekipy i rozmówców Okrągłego Stołu. Mimo zastrzeżeń oceniam tę drogę pozytywnie, co jednak nie znaczy, że naród nie ma prawa do prawdy o niedomówieniach dotyczących
Okrągłego Stołu. Tu chodzi o ważną lekcję wychowawczą w perspektywie myślenia odpowiedzialnego za politykę Polski dzisiaj.
Do teraz są zwolennicy i przeciwnicy tego kroku. Uważam jednak, że to była dziejowa konieczność. Nie da się dziś w epoce globalizacji utrzymać w pełni niezależnego państwa. Kto tak
myśli, ten się łudzi. Polacy powinni być w Unii z przesłaniem duchowym, moralnym, a także włączyć się z całą inteligencją i doświadczeniem historycznym, jakie posiadamy, aby nawiązać
twórczy dialog z nową Europą.
Trzeba powiedzieć prawdę o stanie wojennym, o roli Jaruzelskiego i jego ekipy, dlatego ten proces jest uzasadniony. Jednak nie powinno to być mściwe mówienie prawdy. Stan wojenny był dramatem,
harakiri zadanym własnemu narodowi. Trzeba jasno powiedzieć, że stan wojenny był złem i wszelkie manipulacje historyczne na ten temat są także złem, ale nie wolno przy takiej bolesnej okazji
piec własnych politycznych pieczeni. Polska do 1989 r. nie była przecież w pełni wolna, a generał Jaruzelski jest też człowiekiem i musiał się liczyć i zmagać jako człowiek z otoczeniem
bliższym i dalszym. I chyba inaczej był oceniany w 1989 r., skoro wybrano go prezydentem RP.
Fakt to gorszący, że ludzie deklarujący wspólne wartości nie potrafią się porozumieć, a wynika to pewnie z różnych przyczyn: z powierzchownej wiary, może też z braku poczucia godności
osobistej i braku wrażliwości estetycznej i etycznej oraz zdrowego patriotyzmu. Politycy ci tracą okazję do zdobycia autorytetu, skoro nie potrafią razem pracować dla dobra Polski, nie
potrafią jednoczyć się wokół dobra wspólnego. Dominuje interes własnej partii lub własny.
Widać też, że nie wszyscy potrafią zachować właściwe relacje między sobą, odnosząc się z szacunkiem do ludzi inaczej myślących. U niektórych ludzi z tzw. elit politycznych widać też braki w elementarnym wychowaniu, np. wulgarny język! Zapewne jest to brak samokontroli, ale po części to owoc komunizmu, kiedy szydzono z takich wartości jak honor czy godność. Po 1989 r. tym nurtem szła "Gazeta Wyborcza", która wyśmiewała patriotyzm i wszelkie wartości ważne dla Polaków. Teraz mamy owoc tych działań. Oczywiście są wyjątki, ludzie, którzy dla wartości są gotowi poświęcić własną karierę, i to budzi nadzieję.
Miernikiem kondycji Kościoła w danym kraju jest jego wierność nauczaniu Chrystusowemu i myślę, że w tej sferze w pełni i uczciwie spełniamy swoje zadanie. Kościół był aktywnym uczestnikiem przemian w ostatnim dwudziestoleciu, chociażby w sferze obrony życia czy etyki społecznej. Na pewno sukcesem są liczne fakultety teologiczne i wprowadzenie katechezy do szkoły. Coraz większą rolę odgrywają w Kościele świeccy działający w stowarzyszeniach i ruchach. Utrzymujemy kontakt z Kościołami w sąsiednich narodach, wysyłamy misjonarzy. Katolicy są po części obecni w publicznych mediach. Oczywiście są i niedociągnięcia, przede wszystkim wady moralne: apatia, pesymizm. Ale dopóki ludzie mają świadomość zła i grzechu, nie jest z człowiekiem źle, jest nadzieja na pracę nad sobą, pokonanie egoizmu, otwarcie na Boga i ludzi. Wymiernym dowodem wrażliwości sumienia są oblegane konfesjonały.
Oczywiście są to dane niekorzystne, mówią, że nie wolno spoczywać na laurach, trzeba więcej gorliwości i mądrości wiarą inspirowanej, ale nie robiłbym uogólnień, bo wiary nie da się
tylko mierzyć statystyką, wszak wewnętrzne wybory, nawrócenia przynoszą owoce trwalsze, chociaż niewidoczne. Zawsze były okresy, kiedy liczba chodzących do kościoła czy kleryków spadała,
a potem rosła. Musimy skorzystać z doświadczeń własnych oraz innych krajów, które już przeżywały takie problemy. Jednocześnie trzeba kultywować to, co u nas jest wartościowe,
pogłębiać życie modlitewne, nieść nadzieję i ufać ludziom.
Na pewno te sprawy odbiły się bardzo niekorzystnie na obrazie Kościoła, ale oczyszczały i uczyły nas pokory. Tym bardziej że niejednokrotnie były nagłaśniane nieadekwatnie do problemu.
Jednak nie sądzę, aby były to główne przyczyny, bo przecież słabości, grzechy ma każdy. Jeśli są problemy w Kościele, to wynikają one z oziębienia wiary naszych wiernych oraz
niewłaściwej, codziennej postawy samych kapłanów, kiedy nie potrafimy we właściwy sposób budzić w ludziach głodu Boga czy dawać przykładu bezinteresowności. Wiara musi rodzić owoce,
rodzić miłość, inaczej staje się letnia, zimna, pusta. I tu widzimy, że nigdy dosyć naszej pokory, naszych wysiłków, naszej troski o żywy kontakt z Bogiem i ludźmi.
Nie jestem zwolennikiem ujawniania opracowań komisji, chyba że jakiś biskup chce to zrobić sam. Przecież my jesteśmy jedynym środowiskiem w Polsce, które zrobiło autolustrację, i tylko z
duchownych, najbardziej szykanowanych przez UB ludzi, robi się jakichś agentów. To jest manipulacja i temat zastępczy. A co zrobili w sprawie autolustracji dziennikarze czy politycy? Nic. Nie
poddali się jej, nawet jeśli niekiedy byli do tego zobowiązani przez sprawowane funkcje. Dziennikarze na ten temat milczą. Lustracja nie jest problemem biskupów w Polsce. Efekty prac tych
komisji zostały przesłane do Stolicy Apostolskiej, bo to ona decyduje o mianowaniu czy odwoływaniu biskupa. Po zapoznaniu się z tymi materiałami nie zrobiła tego, uznając, że nie ma ku temu
powodu.
To jest niewątpliwie jedno z najważniejszych wyzwań, przed jakim zawsze stoją Kościół i ludzie Kościoła, czyli wszyscy ochrzczeni. Problem włączenia w życie Kościoła ludzi, którzy od
niego odeszli albo są daleko, powinien spędzać sen z powiek biskupom, księżom i zaangażowanym świeckim i wiem, że niekiedy spędza. Szczególną rolę mają tu chyba do odegrania świeccy, bo
oni w swoich miejscach pracy może by potrafili znaleźć sposób na zainteresowanie Ewangelią ludzi swego otoczenia, prowadzić rozmowy o wierze i dawać jej świadectwo, a nade wszystko modlić
się, być obok tych ludzi w trudnych momentach. Ostatecznie wiemy, że wiara jest łaską i daje ją Bóg, ale pośrednictwo człowieka jest konieczne.
Są do tego formowani, bo na tym polega ewangelizacja. Jednak według mnie to przede wszystkim powinna być rola świeckich, którzy muszą być do tego zadania odpowiednio przygotowywani, aby mogli
samych księży uwrażliwiać na problemy przeżywane przez ludzi. Oczywiście zaangażowania jest za mało, ale świeccy z ruchów, stowarzyszeń czy z Akcji Katolickiej to zadanie powoli
podejmują, zawsze szanując wolność wyboru i prawo do osobistej decyzji.
Czemuż by nie, ale większą szansę ma tu chyba np. wybitny dziennikarz czy imponujący reżyser nieukrywający, ale i nienarzucający swojej wiary. Jak zalecają ostatni papieże, dzisiaj potrzeba
bardziej świadków niż apologetyków.
Nie będę oceniał sam siebie, niech inni to zrobią. Mogę tylko powiedzieć, że zawsze starałem się zwracać uwagę na jedność w episkopacie. Moim priorytetem była jedność Kościoła w
Polsce przy świadomości różnic w sposobach pracy duszpasterskiej czy metodach osiągania celów. Starałem się też nie narzucać innym swojego zdania, często rezygnowałem z własnego, ale
nigdy wbrew przekonaniom, i to uważam za swój sukces.
*abp Józef Michalik jest metropolitą przemyskim i przewodniczącym Konferencji Episkopatu Polski.