Nawet jeśli Steinbach ze względu na opory socjaldemokratów do rady w końcu nie wejdzie, będzie w niej żyć jej duch. Jest on reprezentowany przez jej dwóch zastępców ze Związku Wypędzonych. Ale ten duch jest żywotny przede wszystkim dlatego, że istotne kręgi niemieckiej opinii publicznej nie rozumieją albo udają, że nie rozumieją, o co Polakom chodzi. W liście przewodniczącego Lammerta próżno szukać argumentów. Spór został sprowadzony do etykiety - Bartoszewski zachował się rzekomo nieelegancko, a Polacy powinni się zastanowić nad swoim postępowaniem.
Ekipa Tuska po części sama zgotowała sobie ten los. Rezygnując z fundamentalnej debaty, z pytań, czy to muzeum nie zrównuje cierpień sprawców wojny z cierpieniami jej ofiar, trochę sprowadziła ten spór do personaliów. Parę lat temu, Co gorsza, podobny brak empatii znajdujemy dziś w wypowiedziach wielu przedstawicieli niemieckiego mainstreamu. Tych, którzy parę lat temu pytani o panią Erikę, udawali, że jej nie znają.
Co z tym począć?
>>> Przeczytaj komentarz Jana Rokity
Bo naród niemiecki podjął się trudnego zadania rewindykowania własnych dziejów ze strefy wiecznego wstydu. To proces naturalny, ale sprzeczny z naszym rozumieniem historii. Co więcej, prowadzący naszych sąsiadów do naginania historycznej materii. Bo w XX w. ich martyrologia to tylko wypędzenia. Więc stawia się ją obok śmierci milionów polskich obywateli w następstwie wojny rozpętanej przez Niemców.
Niekoniecznie tylko takim językiem, jakim posłużył się Bartoszewski, choć doskonale te emocje rozumiem. Bo syte społeczeństwa zachodniej Europy stosują tyle rozmaitych rodzajów politycznej poprawności, że i Polacy mają szansę, przyznajmy - dziś ograniczoną - aby przebić się z własna prawdą. Nie możemy zabronić Niemcom czcić wypędzonych. Ale Jedni Polacy powinni krzyczeć, inni - perswadować w zaciszu gabinetów. Ale najgorsze, jeśli będziemy udawać, że nic się nie dzieje.
Zbiorowość bez szacunku dla własnej historii jest zbiorowością niezasługującą na szacunek w ogóle, o czym paradoksalnie powinien nas przekonać renesans narodowych uczuć Niemców. Uczmy się od nich. Na minimum szacunku zasłuży ten, kto sam się szanuje. Nawet jeśli dziś staje bezradny wobec mowy-trawy kulturalnego przewodniczącego Bundestagu.