Reklama

Nie cierpię tych wszystkich okropnych tajnych stowarzyszeń, ale co robić. Służba, nie drużba. Wykorzystując znajomości, do których lepiej się nie przyznawać i sposoby, które lepiej przemilczeć, zdobyłem legendarne koraliki z kukurydzy - znak przynależności do tajnego Sprzysiężenia Szczurów Sprawiedliwych. Wczorajszej nocy, międląc w ręku Kukurydzyk, wszedłem w bramę (czy muszę dodawać, że ciemną, głuchą, zimną i do domu daleką?), pilnowaną przez zamaskowane postacie. Hasło! Torebka. Odzew! Coco Chanel! I oto zakapturzony wkraczam do wielkiego, oświetlonego kilkunastoma świecami pomieszczenia. Zastrachany, ale pełen troski o Polskę tak w ogóle, a o polskie dziennikarstwo w szczególe.

Wkroczył na biało ubrany postawny i urodziwy mężczyzna o jasnym spojrzeniu kibica Lechii Gdańsk. Jako jedyny nie nosił maski ani kaptura. Podobny był niesłychanie do jednego z najwybitniejszych polityków centroprawicowych współczesnej Europy. Zgromadzeni zamarli w oczekiwaniu. - Kuku! Kuku! - zakrzyknął, a setki głosów odkrzyknęły chwacko: - Kukurydzyk, uuuuu, Kukurydzyk, uuuuu! Potem zagrał na fujarce, zrobiła się prawie magiczna cisza. - Przyjaciele - zagrzmiał. - Wiem, z jaką dumą nosicie na plecach tatuaż w szczurze wąsiki (zaczęło okropnie swędzić mnie pod łopatką). I jak oddani jesteście Stowarzyszeniu!

Stojący koło mnie uczestnicy zaczęli popiskiwać radośnie.

- O głupi i podły świecie, chcesz wiedzieć, gdzie jest szczur?! - jeszcze bardziej podniósł głos prowadzący. - Oto prawda! Wszyscy jesteśmy pisowskimi szczurami!!! Lojalnymi szczurami prawdziwej Polski.

Sala zaczęła podskakiwać w emocjach godnych wielkiego widowiska. Kukurydzenie przerywane było walecznymi piskami, piski z kolei płynnie przechodziły w kłapanie zębami. Musiało minąć dobrych kilka minut, by prowadzący uspokoił salę. Teraz mówił ponurym półgłosem:

- Między nami jest zdrajca. Między nami jest chory szczur, który rozmawiał z dziennikarzami, nie uzgadniając swojej prywatnej opinii z Prezesem!

Nie opisuję się opisać, co się dalej działo. Ludzie (?) wyciągali zza pazuchy „Dziennik” i zębami szarpali na strzępy, biegali po ciemnej sali, drapiąc ściany, a nieraz i sufit, wygrażali anonimowemu zdrajcy. Zacząłem delikatnie przesuwać się w stronę wyjścia. Wychodząc, usłyszałem jeszcze, jak kolejne PiSzczury powtarzały rotę przysięgi:

„Nigdy nie powiem dziennikarzom choćby słowa, którego przedtem autoryzować nie zdołam u partii władz lub u samego Prezesa, ani się nawet nie uśmiechnę dwuznacznie, nie pokiwam głową, nie mrugnę, nie sapnę, a gdybym się kiedyś dopuścił wypowiedzi, niech mnie podczas zjazdu pożrą żywcem sąsiedzi”.

No, przepraszam. Wiem, że powinienem zostać do końca i zobaczyć, kogo zjedli. Stchórzyłem. Nie wiem, kogo złapali.

Zostaje zatem lektura listy obecności w Sejmie. Kto dzisiaj nie przyjdzie - wiadomo. Schrupany.