Wszystko odbywa się według łatwego do przewidzenia scenariusza. Platforma Obywatelska wystawia na listy do europarlamentu głośne nazwiska, na ogół słabiej utożsamiane z partią, bez dbałości o polityczną spójność. To ma być "loża mądrych ludzi", którzy mają sporo do powiedzenia na temat Europy. Do tej pory taka wizerunkowa recepta zawsze się sprawdzała. Pięć lat temu nawet Unia Wolności uciekła dzięki niej spod wyborczego noża. PO mająca na czele wciąż popularnego premiera, a z plecami wciąż niezłe sondaże, chce iść po sukces.

Reklama

Na tym tle strategia PiS - wystawiać sprawdzonych własnych kandydatów i mówić o tym samym co zawsze, czyli głównie o kryzysie - wydaje się mało efektowna. Opiera się na przekonaniu, że przy niskiej frekwencji i przy zaaferowaniu polskich wyborców kłopotami ekonomicznymi, bardziej liczyć się będą twarde partyjne tożsamości niż "gwiazdowanie". Że wybory nabiorą charakteru plebiscytu - za czy przeciw rządom Platformy. I że mimo sondażowych pozorów niezadowolonych będzie procentowo trochę więcej niż przed półtora rokiem, gdy rozpoczynały się "rządy miłości". Pierwsze potwierdzenia tej swojej intuicji liderzy PiS już zresztą łowią. W zeszłym tygodniu sondaże wahnęły się na niekorzyść Platformy.

To rozumowanie nie jest bezsensowne, podobnie jak podejrzenie PiS-owskich spindoktorów, że są cały czas niedoszacowani w sondażach. W pierwszych tygodniach po ostatnich wyborach średni wynik PiS z badań opinii publicznej nie przekraczał 25 proc. A w wyborach prawdziwych partia Jarosława Kaczyńskiego dostała 32 proc.

W tej sytuacji PiS ma szansę na wynik, który można będzie odtrąbić jako na poły sukces. Stawiam tezę, że możliwe jest prawie wszystko, choć chyba nie wyprzedzenie PO. Tyle że ten na poły sukces odbije się PiS-owi w dalszej przyszłości czkawką. Bo zostanie uznany przez wszystkie wewnątrzpartyjne koterie i przez samego prezesa za sygnał, że nic nie warto zmienić.

Po pierwsze, układając tak, a nie inaczej swoją reprezentację do europarlamentu, PiS funduje sobie pozycję partii słabej w europejskich rozgrywkach. Na jego listach przeważają ludzie, którzy szukają w Strasburgu i Brukseli potwierdzenia krajowej pozycji i organizacyjnego zaplecza dla krajowej działalności. Dotyczy to zarówno działających od dawna jedną nogą w Polsce, drugą zagranicą spindoktorów Adama Bielana i Jacka Kurskiego, jak i ich śmiertelnych rywali w rodzaju Jacka Kurskiego, Zbigniewa Ziobro czy Pawla Kowala. Rezygnując z usług takich ludzi jak profesor Wojciech Roszkowski czy jak świetny znawca i aktywny uczestnik cywilizacyjnych sporów Konrad Szymański, PiS wycofał się z pierwszych, bardzo nieśmiałych prób wykreowania własnej europejskiej politycznej kadry. Nawet największa międzynarodowa zręczność Bielana czy Kamińskiego nie wystarczy, aby błysnęli w wielkim świecie - w przerwach między kolejnymi kampaniami w Polsce. Jeden Marek Migalski wiosny nie czyni, nawet jeśli w teorii ma on zadatki na eurokratę.

Dziś nie będzie to jeszcze miało większego znaczenia - skoro wybory europejskie to jeden więcej partyjny plebiscyt. Ale za kilka lat już tak, zwłaszcza gdy dzięki traktatowi lizbońskiego rola europarlamentu wzrośnie. Polityka europejska będzie się profesjonalizować i stawać coraz większym atutem w polityce krajowej. I to stworzy większe szanse Platformie. Nawet jeśli jej reprezentacja - od Saryusza-Wolskiego i Krzaklewskiego po Huebnerową i Thun-Woźniakowską - jawi się jako niespójna, jest z pewnością lepiej przygotowana.

Kaczyński może się oczywiście tłumaczyć, że ma mniejsze możliwości niż jego konkurenci. Dziś zepchniętemu do krajowego narożnika niełatwo mu pozyskiwać ludzi, którzy mają i europejską biegłość, i duże nazwiska. Ale to nie wszystko. Bo PiS wyraża autentyczne społeczne emocje - prospołeczne w sprawach ekonomicznych i narodowo-konserwatywne w kwestiach ideowych. A równocześnie przepychanka wokół list ujawnia wszystkie wady personalne tego środowiska i tego przywództwa.

Czy PiS powinien oddać kilka jedynek na swoich listach niepowalającym na kolana kandydatom związanym z Radiem Maryja? Pewnie tak - przy niskiej frekwencji rola toruńskiej stacji naprawdę rośnie. Ale czy powinien przyznawać pierwsze miejsce na Pomorzu Gdańskim słabo rozpoznawanej Hannie Fołtyn-Kubickiej tylko dlatego, że prowadziła kiedyś biuro poselskie Lecha Kaczyńskiego, a to miejsce uznano za domenę wpływów prezydenta? To pytanie retoryczne dla każdego, kto zna naturę stosunków w tej partii.

Takie quasi-dworskie sytuacje są oczywiście typowe dla różnych ugrupowań, jednak PO może sobie pozwolić na patologie. Walczący o odbicie się od dna PiS - nie. Niekoniecznie. Zresztą tak naprawdę istotniejsze jest coś innego. Sytuacja, w której Jarosław Kaczyński najpierw odpychał kijem młodych ambitnych polityków znanych na scenie krajowej od eurolist, potem zaś musiał ich dopuścić, szukając przeciwwagi dla głośnych platformerskich nazwisk, ujawniła rozpaczliwą krótkość PiS-owskiej ławki. Czy to wina polityki kadrowej przywódcy, nieczytelności personalnych układów wokół niego, czy warunków obiektywnych - bo PiS jest nielubiany przez establishment, marginalizowany przez media? Z pewnością wszystkiego po trochu. Ale partia, w której alternatywą dla przywództwa parlamentarnego Przemysława Gosiewskiego jest fascynująca personalna oferta wicemarszałka Krzysztofa Putry, a jako szef kampanii sprawdza się po raz kolejny wypróbowany w bojach Marek Kuchciński, nie może być trampoliną awansu dla nowych ciekawych nazwisk. Migalski jest tu wyjątkiem potwierdzającym regułę. Podobnie jak nieliczne, prowadzące między sobą krwawe bitwy medialne gwiazdy typu Kurskiego czy Bielana. A przecież właśnie eurowybory mogły być okazją do zastrzyku świeżej krwi.

Dlatego na miejscu co światlejszych PiS-owców obawiałbym się tego spodziewanego czerwcowego półsukcesu. Bo zostanie uznane za sygnał potwierdzenia „jedynie słusznej linii kierownictwa”. A wtedy w 2010 r. i 2011 r. PiS czekają kolejne wyborcze klęski.