Kompletna nieprawda. Parlament Europejski jest fascynującą przestrzenią polityczną. Jego znaczenie rośnie, i to nie tylko w sensie formalnym, ale i w sensie faktycznym.
Rzeczywiście do 1979 r. był kwiatkiem do europejskiego kożucha, bo delegowano tam wtedy ludzi z parlamentów narodowych. A nawet później przez dłuższy okres PE był instytucją bez większego
realnego wpływu. Potem zaczęło to się zmieniać. Przełomowe znaczenie miało wymuszenie pod koniec lat 90. dymisji Komisji Europejskiej pod zarzutami korupcji i niegospodarności. Ta rola
jeszcze wzrośnie, jeśli traktat lizboński wejdzie w życie. Już w tej chwili Komisja Europejska dla świętego spokoju konsultuje z Parlamentem Europejskim więcej, niż musi, choć Parlament
Europejski nadal nie ma inicjatywy legislacyjnej.
Genialnie dobrze, że wstrzelił się pan w temat niemiecki. Rzeczywiście przez wiele lat obecny szef PE Hans-Gert Poettering jako poseł PE był szefem powiatowego CDU. I u siebie nie miał
żadnego znaczenia, ale jako przewodniczący PE odegrał istotną rolę w polityce niemieckiej – właśnie niemieckiej, a nie europejskiej. Pani kanclerz Merkel ewidentnie wykorzystywała
Poetteringa w polityce niemieckiej, tej wewnętrznej, jak i zewnętrznej. Notabene tylko dwie nacje w Parlamencie Europejskim mają ściągi do głosowania przy budżecie takie same dla wszystkich
partii politycznych: Polacy i Niemcy. Na szczęście w PE Polacy w dużym stopniu starają się grać razem.
Bo są dwa poziomy. Jest ten frakcyjny, gdzie ludzie identyfikują się jako socjaliści, chadecy, narodowcy, i ten narodowy. Niemcy na przykład mają niebywale mocną i wpływową administrację,
która w dużym stopniu czasem decyduje o kształcie rezolucji. Głośna u nas afera z dopisywaniem do ustawy słów „lub czasopisma” to pikuś w porównaniu z tym, co robi
tamtejsza biurokracja. Zazwyczaj w interesie państwa, z którego się wywodzi. Brutalne, ale prawdziwe.
Wciąż chyba narodowy, choć to zależy od kraju. W narodach południowych skłonność do walki ideologicznej jest dużo silniejsza. W Hiszpanii ta walka toczy się niemal na noże. Włosi nie
mogli się nadziwić, jak możemy stworzyć poza regulaminem klub polski, w którym będą wszyscy polscy eurodeputowani. Na pierwszy klub przyszli posłowie LPR, na drugi SLD, a teraz przychodzą
wszyscy. I co miesiąc inna grupa polityczna, partia ma prezydencję.
Nieformalny, bo frakcji narodowych oficjalnie tworzyć nie można.
Bo tak rzeczywiście jest. PE stał się areną nadaktywności szeroko rozumianego nurtu lewicowo-liberalnego, który jest nadreprezentatywny w porównaniu do Europejczyków, w większości
sceptycznych wobec skrajnych obyczajowo nowinek. Następuje stopniowe przesuwanie wahadła ideowego w lewo. I dlatego są możliwe takie wydarzenia jak występ posłanki, która powiedziała, że
kiedyś bił ją mąż, ale teraz jest w szczęśliwym związku z kobietą, która jej nie bije. W Polsce mogą być ostre spory o aborcję, ale nie dojdzie do fizycznej przepychanki przy otwieraniu
antyaborcyjnej wystawy, kiedy doszło do bijatyk posłów autorów z administracją.
Prawica nierzadko wygrywa, ale w sprawach obyczajowych jest wyraźna, większościowa koalicja. Są w niej socjaliści, większość liberałów, Zieloni, postkomuniści. Nawet jest szwedzka
eurodeputowana, która jest eurosceptyczką, a jednocześnie organizuje seminaria domagające się równouprawnienia par homoseksualnych.
To prawda. To jednak koalicja dość egzotyczna, bo sam Ganley jest za walutą euro, a w Polsce ma na listach oddział ludzi, którzy euro traktują jak diabeł święconą wodę. To jest mało
spójne. Generalnie Polska obok Irlandii, obok Malty, Słowacji jest krajem, w którym tradycyjne wartości są bardziej obecne w życiu publicznym. W ogóle jeśli chodzi o politykę, Polska jest
bardziej na prawo. Pamiętam proamerykańskie poglądy wiceprzewodniczącego PE z ramienia lewicy Marka Siwca, które narażały go na ostracyzm w jego grupie PSE, w partii europejskich socjalistów.
Teraz już tak nie jest, bo Amerykę Obamy oni odbierają pozytywnie, ale wcześniej stosunek do Busha był elementem oceny, czy ktoś jest postępowy, czy nie.
No tak, w czasie wyboru 14 wiceprzewodniczących PE jest zazwyczaj dokładnie 14 kandydatów. Powiem więcej: nigdy nie ogłoszono wyników głosowania. Wszyscy otrzymali wymaganą liczbę głosów,
ale nie zostało powiedziane, ile kto dostał. To pokazuje trochę to, o czym pan mówi, siłę nieformalnych uzgodnień. W polskim Sejmie jednak takie numery by nie przeszły.
Tak. Miałem poczucie dumy, że buduję Polskę. Miałem dwa takie momenty: 13 grudnia, gdy jako komisarz ds. europejskich z ówczesnym premierem Buzkiem i z prof. Geremkiem wsiadałem do samolotu i
z biało-czerwonym orłem lecieliśmy do Luksemburga na szczyt, na którym Polska została zaproszona do Unii, i drugi raz, gdy zasiadłem w ławach PE i oficjalnie witano przedstawicieli nowej Unii.
Poczucie, że jest się ambasadorem swojego kraju, to wielkie wyzwanie, ale i piękna sprawa.
Nie. Później fascynująca rzeczywistość, przez którą trzeba było się przebijać. Szybko zrozumiałem, jak duża część polityki europejskiej odbywa się w kuluarach. Komisje komisjami, ale
kontakty nieformalne są niesłychanie ważne.
Trzeba je cierpliwie budować. Trzeba chodzić na imprezy, nawiązywać kontakty, ale trzeba też przeżyć czasem gorzka nauczkę. Osobiste kontakty w polityce zagranicznej znaczą bardzo dużo, a z
drugiej strony nic nie znaczą, gdy dochodzi do starć interesów narodowych.
Tak, to system bardziej brytyjski. W Brukseli każdy ma biuro składające się z gabinetów – jeden dla siebie, drugi dla asystentów i stażystów. W Strasburgu jesteśmy – poza
wrześniem – dwa razy w miesiącu po cztery, pięć dni.
Żadnego. To pieniądze wyrzucane w błoto, ale ze względów prestiżowych Francja tego broni. Podpisywaliśmy list, by przenieść miejsce obrad na stałe do Brukseli, ale Francuzi się nie
zgadzają. A więc jak przychodzi czas, to wrzucamy wszystkie papiery w specjalne kantynki, które jadą kontenerami do Strasburga. Podobnie za pieniądze europejskiego podatnika setki urzędników
wsiada do samolotów. I tak będzie, bo tuż po wyborze prezydent elekt Nicholas Sarkozy pojechał właśnie do Strasburga. Dał jasny sygnał, wszyscy zrozumieli. Ten spór miał też humorystyczne
akcenty, ponieważ pojawił się projekt zgłoszony przez Macieja Giertycha, żeby przenieść siedzibę PE, ale do Rzymu.
Jest też część, w której znajduje się administracja i tam można się zgubić. Przyznam się, że po dwóch latach potrafiłem zabłądzić. Podoba mi się natomiast funkcjonalność PE, gdy
np. otrzymujemy biuro z toaletą i łazienką. Choć nie wszyscy. W każdym natomiast gabinecie jest kozetka po to, żeby poseł po trudach posłowania mógł po obiedzie dokonać sjesty lub też,
gdy spotyka się z większą grupą osób, by mógł ich posadzić. Na miejscu są trzy banki, w których deputowany otrzymuje kredyt na mieszkanie tylko z tego powodu, że jest europosłem.
Tak. Po roku.
Oczywiście. Zamiast wynajmować lub płacić za hotel, dużo lepiej kupić mieszkanie. Oprócz banków mamy sklepy, jest sześć restauracji i barów. Jest też system kastowy – do
restauracji mogą wejść wyłącznie eurodeputowani albo osoby tylko za ich zaproszeniem po pokazaniu identyfikatora. Jest też stołówka dla wszystkich, do której posłowie i asystenci mogą
wejść do określonej godziny, a inni po tej godzinie, żeby nie robić tłoku. Stoi dwóch panów z PE i sprawdza identyfikatory, ale nasi sprytni młodzi z Polski ludzie wchodzą wyjściem, a nie
wejściem. Nie przewidziano polskiego sprytu.
W PE głosuje się przez optyczną większość, chyba że ktoś krzyknie pod koniec głosowania „check”. Wtedy się sprawdza.
Porównanie statystyk z Wiejskiej i stąd chyba raczej wyszłoby na niekorzyść Wiejskiej. W PE jest jak w parlamencie narodowym – każdy, kto chce pracować, znajdzie dla siebie masę
roboty, i to efektywnej. W Polsce groźba rozwiązania Sejmu powoduje to, że każdy poseł musi się bić, być widoczny. W PE nie ma tego problemu. Większa jest siła konsensusu, posłowie są
mniej agresywni. Także polscy.
To też zależy od dzieci. Do tej pory europoseł zarabiał tyle, ile poseł krajowy. Oczywiście miał też diety. Polak dostawał 6 tys. euro na rękę, Włoch – 11 tys. euro, Niemiec czy
Austriak – po 9 tys euro. Od nowej kadencji PE ma być sytuacja, w której ci, którzy zarabiali tyle, ile zarabiają krajowi, mają mieć podniesione pensje do 7 tys. euro, ale Włosi,
Austriacy i Niemcy będą mieć tyle ile przedtem. Tyle że podatnik włoski, austriacki, niemiecki będzie płacił te dodatkowe pieniądze, np. 4 tys. euro podatnik włoski.
Eurodeputowany z Polski na pewno będzie zarabiał więcej niż polski poseł.
To zależy.
Uczciwie pełniąc swoje obowiązki, bez żadnych czarów-marów, można zarobić około 20 tys.
O konserwach nie słyszałem. Co do spania w biurze, to o jednej takiej sprawie słyszałem. Nie wiem, czy wynikało to z oszczędności, czy z tego, że ktoś był zmorzony wieczornymi
koktajlami.
Tak. Tak nie można.
Owszem. Jest system monitoringu, sprawdzają, gdzie się świecą światła. Przychodzi ochroniarz.
Po pierwsze starać się nawiązać jak najwięcej kontaktów. Nie warto też przenosić sporów z Polski.